PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
"Sanditon" - powieść w odcinkach
Autor Wiadomość
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 16:34   "Sanditon" - powieść w odcinkach

Tak jak obiecałam, będę zamieszczać we fragmentach powieść Sanditon - tą część, dokończoną przez Pewną Damę, czyli Marie Dobbs. :D
Na początek dla przypomnienia, jeden (ostatni) akapit napisany jeszcze przez Jane Austen (wizyta u Lady Denham), a potem przechodzę już do rzeczy ;) I jeszcze jedno, zauważyłam, że w ebooku i nawet w książce Lasy Susan, Wastonowie, Sanditon, poniższy akapit znajduje się w rozdziale XII, tymczasem w wydaniu dokończonym przez Pewną Damę, stanowi on fragment rozdziału XI. Pozwolicie więc, że będę się trzymać rozdziałów i numerów stron takich, jakie są w wydaniu Prószyńskiego z 1999r. :D

Część rozdziału XI; str. 77-80
Dom lady Denham okazał się duży i ładny, a na powitanie gości wyszło aż dwoje służących. Wszystko wokół tchnęło atmosferą ładu i porządku – stara dama ceniła sobie widocznie uporządkowany tryb życia. Gości wprowadzono do gustownie umeblowanego saloniku, choć zastawiające go znakomitej jakości sprzęty były raczej wyjątkowo starannie utrzymane niż nowe. Zanim pojawiła się lady Denham, Charlotta zdążyła już nieco się rozejrzeć i usłyszeć od pani Parker, że naturalnej wielkości portret dostojnego mężczyzny, wiszący nad kominkiem, przedstawia sir Harry’ego Denhama. Obraz ów natychmiast przyciągnął wzrok wchodzących – w przeciwieństwie do licznych miniatur zawieszonych w innej części pokoju, z których jedna, niezbyt rzucająca się w oczy, stanowiła podobiznę pana Hollisa. Biedny pan Hollis! Nie sposób było nie odczuwać dla niego współczucia – tak źle został potraktowany. Zesłany w swoim własnym domu na poślednią ścianę, między miniatury, musiał patrzeć, jak najlepsze miejsce zajmuje w nim na stałe sir Harry Denham. (na tym kończy się Sanditon napisane przez JA)

Oto ciąg dalszy pióra Marie Dobbs ;) :

Sposób, w jaki lady Denham powitała wchodzące, wyraźnie świadczył, że choć uważa ich wizytę za konieczny dowód dobrego wychowania, sama nie zamierza okazać się na tyle dobrze wychowana, by narazić się z tego powodu na robienie rzeczy, które jej nie odpowiadają.
- Co za szczęście, doprawdy, że zastała mnie pani w domu, pani Parker – oświadczyła z właściwą sobie bezceremonialnością. – Właśnie wychodziłam, żeby udać się do biblioteki, możemy tedy za kilka minut wyruszyć tam wszystkie razem. Hodges dowiedział się właśnie od pani Whitby, że pani Griffiths domaga się konia pokojowego. Dziwne tylko, że nie napomknęła o tym ani słowem, kiedy przedwczoraj złożyłam jej wizytę. A skoro panna Lambe nie będzie korzystać z dobrodziejstw oślego mleka, skąd miałam wiedzieć, czy codzienne ćwiczenia na koniu pokojowym są akurat tym, co zalecił jej lekarz? Brak mi cierpliwości do osób, które sięgając dla poprawy zdrowia po jeden środek, jednocześnie odrzucają inne. Ale nie mówmy o tym więcej. Wciąż owiewa mnie ten niezdrowy wiatr. Koń pokojowy pana Hollisa jest w doskonałym stanie i jeszcze dziś możemy dostarczyć go na Taras – gdy tylko uda mi się ustalić warunki. Muszę jedynie zaczekać na powrót panny Klary od Jacksonów. Na szczęście ich chata znajduje się nie dalej niż ćwierć mili stąd, jeżeli iść tam przez park.
Charlotta, podejrzewając, że lady Denham będzie musiała czekać dłużej, niż zamierzała, zastanawiała się, jak – po tym niezbyt obiecującym początku – uda się przeciągnąć oficjalną wizytę. Zwłaszcza, że nic nie wskazywało, by gospodyni zamierzała usiąść. Kątem ucha zaledwie słuchała grzecznych uwag pani Parker, nie skłaniając się bynajmniej do rozmowy, która mogłaby pokrzyżować jej plany.
Mimo to Pani Parker, we właściwy sobie spokojny i dyskretny sposób, siedziała wytrwale, wypytując o zdrowie starego pana Jacksona, wspominając o przybyciu do Sanditon Sidneya Parkera i zachwycając się pięknymi bukietami irysów i róż, ustawionymi w jednej z nisz.
Milkła tylko chwilami, kiedy lady Denham zaczynała niecierpliwie krążyć po salonie. Ani Charlotta, ani pani Parker nie zmieniły położenia żadnego ze sprzętów, ale mała Mary, usiadłszy najpierw na jednym, a potem na drugim krześle, poruszyła kilka poduszek, lekko mnąc ich obicie, przesunęła podnóżek i zmarszczyła mały dywanik leżący przed kominkiem. Niewątpliwie lady Denham nie potrafiła zaczekać na wyjście gości z przywracaniem wszystkim przedmiotom właściwego im wyglądu i miejsca, toteż Charlotta ze zdumieniem przyglądała się, jak wszystkie nieznaczne zmiany, zaprowadzone w pokoju przez Mary, zostają pieczołowicie usuwane.
- Ciekawam, co też zatrzymało pannę Klarę? – odezwała się w końcu lady Denham, wstrząsając ostatnią poduszkę, by nadać jej poprzedni kształt. – Miała jedynie, jak zwykle, zanieść skopek zupy, którą wysyłamy tym ludziom, jeśli tylko kucharka ugotuje jej znacznie dużo. To rosół wołowy. Panna Klara nie powinna jednak tracić na to całego dnia – i to w dodatku mojego dnia. Powinna wziąć pod uwagę, że wynajęcie konia pokojowego jest poważną sprawą i to jej, bardziej niż czemukolwiek innemu, należy poświęcić dzisiejszy ranek. Panna Klara mogłaby przypilnować Betsy, gdy ta na strychu będzie wycierać go z kurzu.
Zażenowana tak skoncentrowanym na samej sobie i wypowiadanym na głos potokiem myśli gospodyni, Charlotta uznała, że lady Denham jest niezadowolona z wizyty i stara się zniechęcić gości do pozostawania u niej dłużej. Czuła się niezręcznie i modliła w duchu o to, by pani Parker dała jakiś znak, że chce przyśpieszyć wyjście. Pani Parker jednak, lepiej z nich dwóch znając gospodynię, siedziała spokojnie, wygłaszając wciąż uprzejme, konwencjonalne uwagi. Po wielu latach znajomości rozumiała, że niegrzeczne zachowanie wobec niezapowiedzianych gości nie wynika z niechęci wobec nich czy też nieprzygotowania na wizytę, ani nawet z niegościnności. Postępowanie lady Denham było skutkiem nadwerężonej równowagi psychicznej, co stanowiło przykry, ale nieunikniony rezultat jej zaawansowanego wieku. Z tym też wiązał się fakt, że wolała ona, by wszystko wokół niej pozostawało zawsze na właściwym miejscu.
Charlotta dostrzegała w tym wszakże jedynie brak dobrych manier. Mimo to powstrzymująca Mary przed czynieniem dalszych szkód, pani Parker, choć i jej uwagi nie uszedł egoizm gospodyni, wybaczała go, pamiętając, że przez całe życie lady Denham zbyt często postępowała tak, jak jej się podobało, a teraz była już za stara, aby się zmienić.
Dlatego też starała się zachowywać wobec starej damy tak uprzejmie, jak tylko to możliwe, a wyznaczywszy sobie z góry, ile trwać ma jej wizyta, nie dała się w żaden sposób sprowokować do jej skrócenia.

Dziś tak krótko. Nie chcę rozpoczynać nowego rozdziału, ale jutro będzie duże ciacho – cały XII rozdział ;)
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 17:30   

Dla tych, co nie czytali jeszcze Sanditon w ogóle, podaję link do strony, z której można ściągnąc ebooka (ale tylko część napisaną przez Jane Austen, reszta będzie tutaj we fragmentach). Link ten podała w innym wątku Jeannette, ale sądzę, że tutaj również warto go umieścić - robię to głównie z myślą o nowych użytkowniczkach/użytkownikach forum, którzy jeszcze nie bardzo mogą się połapac co, gdzie i jak ;)
Oto ten link:
http://www.literatura.net.pl/ (trzeba się zarejestrować i w wyszukiwarce wpisac Jane Austen :D )
 
 
MiMi 



Dołączyła: 13 Cze 2006
Posty: 1096
Skąd: woj. śląskie
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 21:08   

Dzieki bardzo. Ja jeszce nie przeczytałam Sandition, ale te odcinki też zapiszę sobie na kompie i kiedyś przeczytam!
_________________
"Jeżeli przypuścimy, że życie ludzkie może być kierowane rozumem, wówczas zginie możliwość życia."

"Wojna i pokój" Lew Tołstoj
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 22:29   

Kochana Ago - dzięki! :thud:
Już nie mogłam się doczekać i bałam się,że nie zdążę na początek, ale wszystko pięknie się zgrało w czasie :lol:

Już zaczynam się smakować :mrgreen: :banan:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 00:03   

Cieszę się, że mogę się na coś przydać ;) A tak na poważnie, to naprawdę miło mi, że mogę Wam udostępnić tą powieśc, chociażby w kawałkach. Tak więc miłej lektury! :D
I nie krępuj się, Mag ;) Możesz smakować do woli :mrgreen:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 18:42   

Zapraszam do lektury kolejnego odcinka ;)
Mam nadzieję, że ciacho będzie smakowało... chociaż nie ukrywam, że mam w zanadrzu smaczniejsze wypieki... ale wszystko w swoim czasie :mrgreen: (najpierw trza to wklepać na klawiaturę)

Rozdział XII, str. 81-87

Niezręczna sytuacja trwała już blisko kwadrans, kiedy w holu dały się słyszeć pośpieszne kroki i pojawiła się panna Brereton, dzięki czemu zainteresowanie Charlotty wizytą natychmiast wzrosło. Widziała teraz z bliska białe wstążki Klary i ponownie uderzyła ją uroda i elegancja dziewczyny. Teraz jednak jej fascynacja zyskała nowy odcień, próbowała bowiem ocenić, czy na tej miłej twarzyczce pojawił się choćby najlżejszy wyraz poczucia winy bądź nieszczerości.
Panna Brereton spokojnie przeprosiła gości, udzielając krótkiego wyjaśnienia, czemu to tak długo jej nie było: od razu pośpieszyłaby z powrotem, gdyby wiedziała, że pani Parker wybiera się z wizytą, nie mając wszakże o tym pojęcia, siedziała długi czas przy starej pani Jackson. Charlotta uważnie obserwowała Klarę, ale nie spostrzegła, by kłamliwa wymówka choć odrobinę zarumieniła jej policzki.
Pani Parker, podniósłszy się w końcu z miejsca, zaproponowała, by wszyscy przespacerowali się teraz z powrotem na Taras, jednakże lady Denham niespodziewanie i przewrotnie nakazała służbie podanie przekąski. Charlotta, mile zaskoczona różnorodnością cieplarnianych owoców, które w okamgnieniu znalazły się w salonie Sanditon House, zachodziła w głowę, czemu gospodyni wstrzymywała się z uczynieniem tego gestu w chwili, gdy była po temu najodpowiedniejsza pora, i zdobyła się nań akurat wtedy, gdy nieproszeni goście zbierali się już do wyjścia. W ślad za panią Parker ruszyła w stronę suto zastawionego stołu, a jej prosty umysł wciąż zmagał się z mieszaniną dobrych chęci, zimnego wyrachowania i kapryśnego usposobienia, które składały się na charakter ich gospodyni.
Wkrótce zresztą wizyta wystawiła hart ducha Charlotty na kolejną próbę, sytuacja bowiem stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Nadejście sir Edwarda Denhama było najwidoczniej nieoczekiwane przez nikogo prócz niej samej – i być może panny Brereton. Mimo to Charlotta, przyglądając mu się badawczo w czasie powitania, poczuła się co najmniej lekko zdumiona całkowitą pewnością siebie, z jaką tłumaczył swoje nadejście. Rozmawiał tego ranka z panią Withby i usłyszawszy, ze panna Lambe potrzebuje konia pokojowego, pospieszył, by zanieść tę wiadomość lady Denham – z gorącym zapewnieniem, że stale ma na uwadze jej interesy. Wyraził to wszystko stylem tak kwiecistym, na jaki tylko było go stać. Jak oświadczył, przybył do Sanditon House bezpośrednio z biblioteki.
Wypowiadając to bezwstydne kłamstwo, nie zdradzał najlżejszego nawet zakłopotania. Charlotta sama nie wiedziała co ma o tym wszystkim sądzić. Przeniosła wzrok na Klarę i ujrzała, że ta – całkiem obojętna wobec przybysza – zajęła się małą Mary, częstując ją kiścią winogron.
Charlotta obserwowała ten wystudiowany brak zainteresowania sir Edwardem także przy wcześniejszych okazjach, ale dopiero teraz przyszło jej na myśl, że zawsze ma on miejsce w obecności lady Denham. Równie oczywisty był fakt, że podczas ich spotkania sama na sam Klara ośmielała go do czynienia jej awansów i życzliwiej przysłuchiwała się temu, co mówił. Ich związek wydawał się pod pewnymi względami zagadkowy, pod innymi zaś zupełnie jasny. Lady Denham z zadowoleniem przyjmowała zarówno wyolbrzymione okazywanie jej względów przez sir Edwarda, jak i jego naleganie, by mienić się jej sługą; bez wątpienia systematycznie dawała się obu tym rzeczom zwodzić. Ta jedna chwila wystarczyła Charlotcie, by przekonać się, iż sekretne spotkanie dostrzeżonej przez nią tego ranka pary nie było ani przypadkowe, ani też pierwsze. Sir Edward i panna Brereton musieli być doświadczonymi konspiratorami, inaczej trudno byłoby uwierzyć, że dwulicowość przychodzi im z taką łatwością.
„To bez wątpienia pannie Brereton najbardziej zależy na ukrywaniu spotkań z sir Edwardem przed lady Denham – uznała. – Ale rzeczywiście znalazła się w trudnym położeniu. Kto wie, jak zareagowałaby stara dama, gdyby Klara bardziej otwarcie okazywała mu swoje względy? Przecież lady Denham oczekuje, że poślubi on jakąś dziedziczkę. A choć sam może równie dobrze spodziewać się, że panna Brereton także zostanie za jakiś czas dziedziczką, jego rachuby w tym wypadku nie muszą pokrywać się z planami bogatej damy”. Charlotta pomyślała też, że ciągłe pozostawanie na łasce kaprysów kogoś takiego jak owa dama musi być dla tej młodej pary wyjątkowo trudne. Nie zmieniło to wszakże jej pierwszego sądu, potępiającego ich oszustwo. Uznała, że gdy będzie miała z nimi do czynienia w przyszłości, winna zachować daleko posuniętą ostrożność.
Tak zajęta była rozmyślaniem o postępowaniu panny Brereton, że poczuła się całkowicie zaskoczona, gdy ta nieoczekiwanie się do niej zwróciła, w jak najserdeczniejszych słowach wyrażając nadzieję, że dane im będzie poznać się bliżej. Wypytywała Charlottę o morskie kąpiele; czy zamierza ich zażywać w czasie pobytu w Sanditon i czy kiedykolwiek wcześniej miała już okazję z nich korzystać?
- Myślę, ze bardzo je polubię – odparła Charlotta. – A pani Parker była tak miła, że obiecała wybrać się ze mną w tym celu pierwszego ranka, gdy tylko uda nam się zamówić kąpiel.
- Mam nadzieję, że zgodzi się pani także na moje towarzystwo w czasie tej wyprawy. Jestem przekonana, że morskie kąpiele są czymś zachwycającym i nie mogę się doczekać, kiedy ich popróbuję. Dotąd jednak nie mieliśmy sprzyjającej pogody. Poza tym lady Denham nie podoba się pomysł, bym sama wchodziła do maszyny kąpielowej.
- Och, panno Klaro, proszę nie zaczynać od nowa powtarzania tych nonsensów! – zakrzyknęła lady Denham. – powiadam ci, że w czasach mojej młodości nie zawracano sobie głowy żadnymi maszynami kąpielowymi, i serdecznie żałuję, że dałam się panu Parkerowi namówić na wprowadzenie tej innowacji w Sanditon!
- Ależ droga pani, każdy kurort musi w dzisiejszych czasach posiadać maszyny kąpielowe – zaprotestowała pani Parker. – Stanowią wielką atrakcję. A przyzna pani, że nasze są doskonale usytuowane – w zacisznej zatoczce, jakby wprost do tego celu stworzonej, tuż na zachód od głównej plaży.
- Och, proszę, oszczędźcie mi tych wszystkich argumentów. Słyszałam je już od pana Parkera, a i później powtarzano mi je tysiące razy. A jedynym, który tak naprawdę mnie przekonał, był brak wydatków. To jedno z nielicznych ulepszeń pana Parkera, które nie kosztowało mnie ani pensa. Sfinansowali je ci, którzy go chcieli. Każdy w tej wiosce zdaje się wierzyć, że na zainstalowaniu maszyn kąpielowych zarobi fortunę. Jednak, jak słyszę zyski są raczej umiarkowane. Jeden szyling od każdego dżentelmena, jak mówi pani Whitby, oraz jeden szyling i sześć pensów od damy. I w dodatku zniżki dla stałych klientów. Niektórzy ludzie to straszliwi głupcy. Gotowi są płacić za to, żeby niszczyć sobie cerę. Twoja skóra, młoda damo, stałaby się szorstka i ogorzała, gdybyś wystawiła ją na działanie słonej wody. Ale jak przypuszczam, młodzi ludzie zawsze muszą wypróbować wszystko, co nowe. I nigdy nie pomyślą nawet, że przy wchodzeniu do maszyny kąpielowej wiatr może odsłonić ich nogi.
Tu ponownie wtrąciła się pani Parker; pogodnie uznając ostatnią gderliwą uwagę lady Denham za wystarczająca zgodę, doradziła Charlotcie przyjęcie zaproszenia panny Brereton. Uszczęśliwiała ją bowiem każda perspektywa przyjemności, jaką jej gość mógłby czerpać z pobytu w Sanditon. Była przy tym wystarczająco lojalna wobec męża, by sprzeciwić się wszelkim insynuacjom, jakoby morska woda mogła być szkodliwa.
- Jeśli chodzi o cerę, sama nigdy o niczym podobnym nie słyszałam. Być może niezdrowe są wiatr i słońce, a winę przypisuje się słonej wodzie. Jestem przekonana, że morskie kąpiele są naprawdę dobre dla zdrowia, pod warunkiem, że zachowa się ostrożność.
- Och, z pewnością – zgodził się z nią sir Edward, który próbował dodać odwagi zamierzającemu skorzystać z kąpieli towarzystwu, nie występując jednak otwarcie przeciwko lady Denham. – Jeśli jednak chce się uniknąć omdlenia i załamania nerwowego, nie należy ponad miarę przeciągać zanurzenia w słonej wodzie. No i pozostaje jeszcze kwestia pory kąpieli. Trzeba ją wybrać z nadzwyczajna ostrożnością. Nie powinno się wchodzić do wody przed wybiciem południa, najlepiej zrobić to przynajmniej kilka godzin po śniadaniu, kiedy jak można przypuszczać, ów posiłek zostanie strawiony. Przed wejściem do wody należy też wykonać kilka ćwiczeń – podobnie jak po wyjściu na brzeg.
Sir Edward jeszcze długo ciągnął swój wykład w tym stylu, uzupełniając go o szczegółowe instrukcje co do dokładnego czasu kąpieli oraz spaceru, którego młode damy powinny przed i po niej zażyć. Charlotta zaczęła w związku z tym podejrzewać, że przygotowuje on grunt do następnego spotkania z Klarą – wybrał wszak już niemal jego czas i miejsce – czyniąc to w dodatku w obecności lady Denham.
To przypuszczenie odebrało jej niemal całkowicie ochotę na morskie kąpiele. Dobre wychowanie zmusiło ją wprawdzie do wyrażenia zgody, by panna Brereton towarzyszyła jej następnego ranka przy kąpieli, ale w głębi duszy postanowiła mieć oko na sir Edwarda i zrobić wszystko, co tylko się da, by rozwiać jego nadzieje na odprowadzenie Klary do domu.
„Niewątpliwie oboje sądzą, że okażę się dla nich bardzo użyteczna – myślała Charlotta, gdy cała trójka zbiła się odruchowo w gromadkę, podążając za lady Denham, panią Parker i Mary w powrotnej drodze przez park. – Panna Brereton próbuje zaprzyjaźnić się ze mną, gdyż w ten sposób pragnie zyskać pretekst do częstszego wymykania się z Sanditon House. Nie chcę jednak maczać palców w takim oszustwie, wobec czego wkrótce przekonają się oboje, że okażę się wyjątkowo kłopotliwa przyzwoitką”.
Kroczący pomiędzy Charlottą i Klarą sir Edward daleki był jednak od narzucania jakiejkolwiek młodej ładnej kobiecie roli przyzwoitki; traktował obie z taką samą galanterią. Wciąż wychwalając zalety morskich kąpieli, starał się oczarować swe towarzyszki wytwornym przeciąganiem sylab i pouczającymi uwagami.
- Zanurzenie się w ożywcze fale i pozwolenie, by otulił nas płynny żywioł, jest rzeczywiście wspaniałym uczuciem – zapewnił je. – Tym bardziej, że te słone ablucje mogą służyć nie tylko przyjemności, lecz zdrowiu. W wypadku wielu osób oczyszczające odmęty oceanu zdolne są przywrócić różowa barwę ich bladym policzkom. Nie znaczy to – dodał z wahaniem, starając się jednocześnie złożyć im obu ukłon – żeby którakolwiek z moich pięknych słuchaczek potrzebowała przywracania rumieńca swej przemiłej twarzyczce.
Charlotta rzuciła mu zdziwione spojrzenie. Ani policzki Klary, ani jej własne nie zdradzały nawet najlżejszego śladu rumieńca, gdyby zatem sir Edward był człowiekiem rozsądnym, mógłby poczuć się zawstydzony. Mimo to z werwą ciągnął przemówienie aż do chwili, gdy towarzystwo musiało się rozdzielić, dotarto już bowiem do bramy wjazdowej Trafalgar House.
Charlotta nadzwyczaj szczęśliwa, że uwolniła się od towarzystwa sir Edwarda, obserwowała, jak zajmuje on teraz nową pozycję: pomiędzy lady Denham i Klarą, tak wytrwale okazując względy tej pierwszej i tak bezceremonialnie traktując drugą, że Charlotta poczuła się zaintrygowana tym, jak naprawdę wyglądają relacje między ta trójką. Było dla niej całkiem jasne, że różnią się one od tych, które widzi się na pozór. Tylko co to wszystko mogło znaczyć?
„Trudno mi będzie ocenić tą kwestię, póki nie dowiem się o tych ludziach czegoś więcej – powiedziała sobie. – Lady Denham jest dumna ze swojej przenikliwości i bez wątpienia należy do osób podejrzliwych. Skoro więc doszukuje się we wszystkim ukrytych motywów i wszędzie węszy oszustwo, być może nie należy innych winić za to, że kryją się przed nią ze swymi uczuciami”.
Charlotta wiedziała, ze jej pierwsze wrażenia nie zawsze są słuszne. Już raz zmieniła przecież zdanie na temat lady Denham i sir Edwarda, czuła więc, że nie powinna więcej wyciągać fałszywych wniosków, zbyt szybko formułując opinię o Klarze Brereton.
„Nie sądzę jednak, bym miała ponownie zmienić zdanie o sir Edwardzie – uznała. – To bardzo niezorganizowany i głupi młodzieniec”.
Pogrążona w myślach skierowała się ku domowi, kątem ucha zaledwie słuchając pani Parker, której łagodne uwagi z reguły można było ignorować bez poważniejszego uszczerbku dla jakiejkolwiek dyskusji.
Dlatego też Charlotta powtórzyła kilka razy: „tak, tak”, lub „Och, zgadzam się, zdecydowanie przystojny, bardzo miły młody człowiek” i „Potrafi przemawiać naprawdę dwornie”, zanim uświadomiła sobie, że rozmowa dotyczy nie sir Edwarda Denhama, lecz Sidneya Parkera.

W następnym odcinku (pewnie pojutrze) Sidney Parker :mrgreen:
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 22:17   

Dzięki Ago!.
Tyle podejrzliwych myśli w takiej młodej główce....no no
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 22:38   

Od następnego odcinka zacznie się najlepsze :P Nie chcę tu zdradzac fabuły, ale będzie się robiło coraz ciekawiej :mrgreen: .
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Czw 27 Lip, 2006 17:22   

Zapraszam do lektury :grin: . Dziś ponownie - tak jak ostatnio - duże ciacho :wink:

Rozdział XIII, str.88-94
Zapomnienie, choćby na krótko, o nowo przybyłych do Sanditon gościach stało się niemożliwe w chwili, gdy przekroczyło się próg Trafalgar House. Sidney Parker złożył już bratu wizytę i pan Parker nie potrafił mówić o niczym innym.
- Tylko pomyśl, Mary! – zawołał. – Mieć go w końcu u siebie! A jutro dołączą doń jeszcze dwaj przyjaciele! Dokładnie tylu młodych ludzi tu potrzebujemy. Nadadzą temu miejscu odpowiednio modna atmosferę. Nawet jeśli ich wizyta potrwa tylko kilka dni, może mieć wielkie znaczenie. Skądinąd ciekawe, jak długo tu zabawią? Ci oczekiwani młodzieńcy muszą być naprawdę wytwornymi ludźmi, skoro należą do przyjaciół Sidneya.
Charlotta już wcześniej zwróciła uwagę na to, że pan Parker skłonny jest oceniać ludzi ze względu na korzyści, jakie mogą przynieść Sanditon. Szacunek i podziw okazywany miejscowości liczyły się bardziej niż ich osobiste zalety. Nie zdziwiła się więc, gdy gospodarz uzupełnił swoje zachwyty nad Sidneyem, powtarzając wygłoszone przez brata pochwały pod adresem Sanditon.
- Jest wprost zdumiony ulepszeniami i postępem, jaki dokonał się u nas od czasu jego ostatniej wizyty – tym, jak wiele wybudowano nowych domów, jak szybko rosną nasze plantacje i jak wiele dzieje się na wzgórzu i Tarasie. Ciągle jednak lubi na ten temat żartować. Wiesz przecież, że najchętniej żartowałby ze wszystkiego. Śmiałem się przez tę godzinę naprawdę serdecznie, nim udał się z wizytą do Susan i Diany. Obiecał sprowadzić ich wszystkich dziś wieczór do nas na kolację. Mam nadzieję, że Reynoldowie także się do nich przyłączą, jeśli Sydney ich do tego nakłoni. Powiedziałem mu, że przy naszym stole zawsze zmieści się dodatkowa czwórka osób. Oni nic nie jedzą, jak wiesz, ale musimy zrobić, co w naszej mocy, żeby ich do tego zachęcić.
Pani, Parker znana powszechnie z doskonałej kuchni, mruknęła coś na temat baraniego combra, który pan Parker sam by pokrajał; wahała się między dodaniem kilku sztuk drobiu lub faszerowanych ryb i skończyła na wątpliwościach, czy rodzeństwo Parkerów w ogóle uda się namówić na przyjęcie zaproszenia.
- Jestem pewna, że Diana przyjdzie, jeśli tylko będzie się czuła na siłach – uznała. – Ale nawet Sidney nie zdoła przekonać Artura i Susan, by narazili się na kontakt z wieczornym powietrzem. Nigdy dotąd nie wychodzili o tej porze.
- Bo nigdy nie musieli – uciął pan Parker. – Ale tym razem chodzi o zjedzenie obiadu w naszym towarzystwie.
- Susan nie wspinała się też jeszcze za dnia na nasze wzgórze.
- Zaufaj mi, moja droga: Sidney przekona ich wszystkich – zapewnił ją z niezmienną pogodą ducha pan Parker. – Uzna ich obiekcje za nonsensowne i w końcu postawi na swoim.
Jego optymizm już wkrótce okazał się usprawiedliwiony. Tuż po dwunastej nadeszła wiadomość od panny Diany, która potwierdzała przyjęcie zaproszenia na rodzinną kolację. O piątej z okna na piętrze można było zobaczyć, jak Sidney i Artur prowadzą swoje siostry na wzgórze.
Charlotta ze wzruszeniem obserwowała prawdziwą radość, jaką cała rodzina czerpała z przebywania w swoim towarzystwie. Jej własne liczne rodzeństwo rozstawało się bardzo rzadko, nie wiedziała więc, czy bracia i siostry również cieszyliby się tak bardzo ze spotkania po długiej rozłące. Diana, zawsze energiczna i gadatliwa, zachowywała się tym razem jeszcze bardziej jowialnie – wyraźnie dopisywał jej dobry humor. Panna Parker wydawała się mniej ekscentryczna i skrzywiona, a gospodarz był jeszcze bardziej wylewny. Nawet Artur obdarzał wszystkich pełnym zadowolenia spojrzeniem, którym zwykle reagował tylko na widok jedzenia.
Charlotta trzymała się początkowo nieco z boku, nie chcąc przeszkadzać w ciepłych powitaniach, zadawaniu pozostawianym bez odpowiedzi pytań i wykrzykiwaniu niedokończonych zdań, którymi rozbrzmiewała cała bawialnia. Jednakże Artur, z braku kogoś, kto słuchałby tylko jego, wkrótce oderwał się od rodzeństwa i podszedł do panny Heywood. Pragnął opowiedzieć komuś, co czuje – i to komuś, kto, jak zakładał, uważnie go wysłucha.
- Czy widziała pani kiedy coś równie zachwycającego? – zapytał. – Sidney to kapitalny chłopak. Potrafi w nas wszystkich tchnąć życie. Zawsze tak jest. Przyjechał tu na kilka dni i z pewnością ułoży na ten czas plany, wywracając nam wszystko do góry nogami.
Entuzjazm, z jakim Artur zdawał się traktować tę perspektywę, przekonał Charlottę, że jego głównym problemem jest raczej nuda niż choroba. Stałe towarzystwo sióstr musiało być czasem przykre dla młodego, dwudziestojednoletniego mężczyzny. Szacunek, jaki okazywał bratu, miał niewątpliwie swe źródło w tęsknocie, by przeżyć od czasu do czasu coś nowego i podniecającego.
Wśród panującego w pokoju rozgardiaszu dało się wszakże słyszeć także głos panny Parker narzekającej, że teraz, kiedy jest tu Sidney, wszyscy oni mogą pożegnać się ze spokojnym i uporządkowanym życiem. Diana tymczasem udzielała Morganowi szczegółowych wskazówek w kwestii różnorodnych paczuszek ziołowej herbaty, które ze sobą przyniosła, składając przy tym pełne tolerancjo oświadczenie:
- Wiedziałam, że Sidney zapomni wziąć znad kominka flaszeczki Susan. Ale jakie to ma znaczenie skoro chodzi tylko o jeden wieczór? Nieczęsto mamy okazje spotykać się w tak miłym rodzinnym gronie.
Grono to nie mogło nie zainteresować Charlotty. Szczególne przywileje, jakimi bracia i siostry obdarzali Sidneya Parkera, przykuły jej uwagę na długo przedtem, nim sama miała okazję z nim porozmawiać, obserwować go i przysłuchiwać się jego konwersacji z innymi. Cechowała go pewna oryginalność, i to niewątpliwie jej się podobało. Uznanie budziła także jego sylwetka, był bowiem najwyższy spośród braci. Jego twarz, choć brakowało jej regularnych rysów, dzięki parze inteligentnych, żywych oczu była niemal przystojna. A choć zachowywał się z ożywieniem, jego maniery były nienaganne.
- A co z twoimi przyjaciółmi, Sidneyu? – zapytał pan Parker, gdy tylko zasiedli do kolacji. – Nic nam jeszcze o nich nie mówiłeś ani nie zdradziłeś, czemu do ciebie przyjeżdżają. Czy długo tu zabawią? Czy wspominałeś nam już kiedyś o nich? Jeszcze dziś rano zastanawiałem się, dlaczego postanowiłeś spotkać się z nimi w Sanditon.
- Mogłem już wam o nich wspomnieć. Znam ich obu od dawna. To Reginald Catton i Henry Brudenall.
- Catton? Ten młody człowiek, który zawsze kupuje dwukołówki? Spodobała mu się ta twoja żółta i zamówił sobie jej kopię? Byłeś z nim zeszłego roku w Shropshire? I czy nie wspominałeś kiedyś, że ma on również dom w mieście? Nie jest jeszcze żonaty, prawda? Czemuż to przyjeżdża do Sanditon?
Choć pan Parker był starszy od brata o blisko siedem lat, jego ciekawość i gorączkowy entuzjazm, jakim reagował na każde niemal wydarzenie, sprawiały, że niekiedy wydawał się z nich obu młodszy.
- Reginald nie zostanie tu dłużej niż noc lub dwie. Jeśli w ogóle zechce zanocować – wyjaśnił Sidney, odpowiadając jedynie na najistotniejsze z zadanych pytań. – Jedyny cel jego przyjazdu tutaj to przywiezienie z Londynu naszego wspólnego przyjaciela. A jedyny cel mojego z nimi spotkania to przedstawienie wam Henry’ego Brudenalla. Pozostanie tu przez kilka tygodni, ażeby podreperować zdrowie.
- Zdrowie? – wykrzyknęła Diana, żywo zainteresowana tym, co usłyszała. – A jakież to problemy ze zdrowiem ma pan Brudenall? Cierpi na ataki żółciowe? Ma chore nerwy? Gorączkuje?
- Nie dolega mu, mam nadzieję nic, czego nasze dobre morskie powietrze nie mogłoby uleczyć – westchnął pan Parker.
- Morskie powietrze może dobroczynnie wpływać na wiele schorzeń, ale istnieje przecież także wiele innych, dla których morski klimat nie ma żadnej wartości. Należą do nich dolegliwości moje i Susan, a także, jak sądzę, Artura. Wszelkie choroby nerwowe, ataki żółciowe, lumbago i reumatyzm powinny być trzymane z dala od morza. Podobnie jak bronchit. Ufam, ze pan Brudenall nie cierpi na astmę? Jeśli tak, Sanditon zabiłoby go w ciągu dwóch tygodni.
Sidney, który zdaniem Charlotty już wcześniej miał kłopoty z zachowaniem całkowitej powagi, zapewnił siostrę, że pan Brudenall nie choruje na astmę.
- W gruncie rzeczy Henry’emu nie dolega nic poważnego. Kiedy mówiłem o jego zdrowiu, nie miałem na myśli ani stanu przeszłego, ani obecnego, a raczej przyszły – oznajmił nieco niejasno. Umilkł na chwilę, ale najwyraźniej uznawszy, ze potrzebne są dalsze wyjaśnienia, ciągnął: - Chodzi o to, ze Henry udaje się wkrótce do Indii. Będąc młodym synem szacownej, ale zubożałej rodziny, nie ma przed sobą w Anglii wielkiej przyszłości. Dlatego wyrusza, żeby poszukać szczęścia w Bengalu. Ponieważ ma przed sobą kilkumiesięczną podróż morską, rodzina uznała, ze powinien wzmocnić kondycję, wystawiając się już wcześniej na działanie morskiego powietrza.
- Rozumiem – przytaknął z powątpiewaniem pan Parker.
- Chcesz więc powiedzieć, ze na dobrą sprawę, twój przyjaciel jest zupełnie zdrowy? – zdziwiła się z wyraźnym rozczarowaniem Diana.
- To postępowanie wydaje mi się nieco osobliwe – zaczęła pani Parker, podczas gdy przyglądający się uważnie bratu Artur wybuchnął nagle śmiechem.
- Ależ to zupełna blaga – powiedział. – Sidney wymyślił całą te historię. Poznaję to po jego minie. To tylko jeden z jego żartów.
Sidney uśmiechnął się w odpowiedzi.
- A jednak miałem nadzieję, że się nabierzecie – przyznał szczerze. – I zapewniam, że kiedy niemądrze rozprawiałem o zdrowiu, zapomniałem, że wy wszyscy natychmiast z radością przypiszecie Henry’emu astmę, ataki żółciowe i nerwowość. Wyraźnie zabrakło mi inwencji i dlatego nie wymyśliłem żadnej lepszej historyjki niż ta. Jeśli chodzi o wyjazd Henry’ego do Bengalu, mówiłem prawdę. Ale teraz, jak przypuszczam, muszę zdradzić wam cały sekret, choć dla osób z zewnątrz dobrze byłoby podtrzymać fikcję, iż mój przyjaciel zawitał do Sanditon ze względu na zdrowie. W końcu znajomi powinni być na tyle taktowni, żeby nie wypytywać o naturę jego schorzeń.
Powiedział to tonem o wiele poważniejszym niż poprzednio i wyjaśnił, że upadek ducha u przyjaciela oraz potrzeba kilkutygodniowego odpoczynku wynika bardziej ze stanu jego ducha niż ciała. Pan Brudenall od wielu lat był niezwykle mocno zajęty swoją kuzynką, ona zaś odwzajemniała jego uczucia. Zakładali, ze pobiorą się jeszcze przed odpłynięciem do Indii, co jego rodzina planowała już w czasach, gdy był jeszcze bardzo młody. Ich zaręczyny, choć odbyły się w zamkniętym rodzinnym gronie, zostały z aprobata przyjęte przez rodziców obu stron. Panna czuła wszelako, że nim rozpocznie swój długi i bez wątpienia uroczy pobyt w Bengalu, powinna jeszcze zakosztować radości londyńskiego karnawału.
Postanowiono tedy, ze młoda para pobierze się i popłynie do Indii następnego roku. Nietrudno więc chyba wyobrazić sobie konsternację Henrry’ego, gdy zaledwie miesiąc później usłyszał, ze jego kuzynka publicznie zaręczyła się z innym. Sidney Parker był zdania, że żaden mężczyzna nie mógłby być bardziej oddany kobiecie niż Henry. Nawet teraz nie pozwolił sobie choćby na słowo wyrzutu pod jej adresem. Jego przyszłość rysowała się raczej ponuro, nie winił jej więc za to, ze wybrała lepszą partię i wygodniejsze życie. Ojciec Henry’ego nalegał na to, by syn przyspieszył wyjazd z Anglii, wierząc, ze to oderwie jego myśli od smutnych przeżyć. Uważał, ze Henry powinien znaleźć się z dala od dawnych znajomych i tak szybko, jak to możliwe, otoczyć się ludźmi, wśród których przyjdzie mu spędzić resztę życia. Przygotowano tedy jego podróż. Niestety, ślub kuzynki ma się odbyć już za dwa tygodnie i wypada, by pojawiła się na nim cała rodzina. Bliscy Henry’ego uznali więc, ze lepiej dlań będzie wyjechać na ten czas z Londynu.
Skonsultowano się w tej sprawie z Sidney’em i jego przyjacielem Reginaldem Cattonem, ci zaś zdecydowali, że Reginald przywiezie Henry’ego do Sanditon w drodze do Brighton, gdzie sam się udaje. Sidney ze swej strony obiecał przyjacielowi wprowadzić go w towarzystwo, które ani nie będzie wiedzieć o jego zmartwieniu, ani nie zechce go o nic wypytywać.
- Nie mam oporów, by zaufać w tej sprawie swojej własnej rodzinie. Ale to, co powiedziałem, nie może wydostać się poza mury tego pokoju – ostrzegł. – Henry to najwrażliwszy pod słońcem młodzieniec, który czułby się głęboko nieszczęśliwy, gdyby wiedział, że wszyscy w Sanditon się nad nim litują.
Sidney obudził swym wyznaniem głębokie współczucie i życzliwość dla przyjaciela.
- Biedny chłopiec – westchnęła Diana. – Zrobiłeś bardzo dobrze, mówiąc nam o tym. To straszne, ze ta bezmyślna młoda osoba zniweczyła jego perspektywy, ale kto wie, ile niefrasobliwych uwag moglibyśmy poczynić, nie znając tych okoliczności.
- Masz rację – zgodziła się pani Parker. – Zawsze lepiej jest mówić prawdę.
Artur, który uważnie przyglądał się bratu, tym razem poczuł się w pełni usatysfakcjonowany. A Sidney, któremu szybkie potoczenie wzrokiem po zebranych przy stole osobach pozwoliło upewnić się, że Henry Brudenall zostanie przyjęty w Sanditon taktownie i życzliwie, z zadowoleniem zmienił temat i skierował rozmowę ku innym sprawom.

W następnym odcinku:

Rozdział XIV
Po kolacji Charlotta miała okazję przyjrzeć się Sidneyowi nieco lepiej, usadowiwszy się bowiem obok niej, młody człowiek jak najuprzejmiej rozpoczął z nią rozmowę. (...)

ciąg dalszy nastąpi... :mrgreen:
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Czw 27 Lip, 2006 23:52   

No no, akcja się rozwija, bohaterów przybywa....
Dzięki mróweczko :wink:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 17:08   

No to jedziemy dalej ;)
Rozdział XIV podzieliłam na dwie części - dziś pierwsza, druga pewnie w poniedziałek.

Rozdział XIV, str.95-99

Po kolacji Charlotta miała okazję przyjrzeć się Sidneyowi nieco lepiej, usadowiwszy się bowiem obok niej, młody człowiek jak najuprzejmiej rozpoczął z nią rozmowę.
- Jestem przekonany, że zyskam w pani sojusznika, panno Heywood. Przy takich okazjach wybieram sobie zawsze jakiś dogodny punkt obserwacyjny – dodał, przysuwając ku niej swoje krzesło. – Aż do chwili, gdy wniesiona zostanie taca z herbatą, nikt nie będzie mówił o niczym innym, jak tylko o wpływie różnych ziół na trawienie tego, co właśnie zjedliśmy.
- Jakże ty przesadzasz, Sidneyu! – oburzył się pan Parker, dołączając do ich towarzystwa.
- W takim razie idź do nich i sam zobacz, czyż nie mam racji – odparł Sidney. – Założę się, że właśnie wypowiadana jest jakaś dygresja na temat przewagi jednego lekarstwa nad innym, jeśli chodzi o trawienie, oraz ziołowej herbaty. I być może zapanuje lekka niezgoda co do właściwej temperatury, w jakiej należy ją pić, by nie wywołać sensacji żołądkowych. Zapewniam panią, panno Heywood, że niekiedy zdarzało mi się przesiedzieć całą godzinę, nie zmieniając tematu naszych rodzinnych dyskusji.
- Godzinę! Co to za nonsens! – wykrzyknęła Diana, przerywając rozmowę, którą sama toczyła w przeciwległym końcu pokoju. Łatwość, z jaką to uczyniła, dobitnie świadczyła o jej umiejętności słuchania i rozmawiania w tym samym czasie. – Jestem ostatnią osobą, która zaprzeczyłaby, że jesteśmy cierpiącymi inwalidami, a ty nie masz dla nas cienia współczucia. Droga panno Heywood, nie wolno pani wierzyć w nic, co twierdzi Sidney. Jego wesołość często sprawia, że nie zastanawia się nad tym, o czym mówi. Niemożliwe, by ktokolwiek rozprawiał o swoim zdrowiu mniej niż my, jeśli wziąć pod uwagę, jak wielkie mamy po temu powody.
- Jestem pewien, że panna Heywood przeszła już przez wiele prób podobnych do tej, o jakiej mówię – odrzekł Sidney. – I niewątpliwie zechce połączyć ze mną siły, by zapobiec dalszym.
- No, teraz jesteś doprawdy okropny.
- Daj mu spokój, Diano – poradził siostrze pan Parker. – To tylko jego zwykły sposób starania się, by zrobić to, czego pragnie. Ale pozwolimy mu siedzieć obok panny Heywood, skoro tak mu na tym zależy. – Powiedziawszy to, pan Parker odwrócił się i z pogodnym uśmiechem zajął miejsce na sofie, pomiędzy siostrami.
- Każdy członek tej rodziny jest przekonany, że zna cudze słabostki – roześmiał się Sidney. – Ale rzeczywiście osiągnąłem to, o co mi chodziło. I uczczę to zwycięstwo, pozwalając pani wybrać temat naszej rozmowy.
Charlotta była gotowa konwersować z nim na każdy temat, ale zaproponowała książki. Wkrótce z zapałem wymieniali więc opinie na temat tego, co ona czytała, nie miała bowiem wątpliwości, że on przeczytał o wiele więcej.
Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto prowadziłby rozmowę bardziej błyskotliwie od Sidneya. Brak jakichkolwiek ustalonych sądów pozwalał mu zmieniać je, kiedy tylko zechciał. Czasami więc zgadzał się ze zdaniem Charlotty, czasami zaś się z nią spierał, zależnie od tego, co w jego ocenie mogło w danym momencie wywrzeć lepsze wrażenie. Potrafił najwyraźniej opowiedziec się po każdej stronie i zawsze toczył spór nader żywiołowo. Dyskutowali na bardzo różne tematy, Sidneyowi rzadko bowiem zdarzało się wytrwać przy jednym – na szczęście miał coś do powiedzenia niemal we wszystkich kwestiach. Charlotta przekonała się wkrótce, że tak pod względem przyrodzonych zdolności, jak i pod względem wiedzy jej rozmówca znacznie góruje nad swoją rodziną.
Mówił dużo i rozsądnie, Charlotta zaś nie mogła powstrzymać się przed porównywaniem jego manier i tematów, jakie poruszał w rozmowie, z tymi, które pamiętała z obcowania z innymi poznanymi ostatnio młodymi mężczyznami. Sir Edward Denham, sypiący cytatami w przekonaniu, że stanowią one świadectwo jego kultury, w roli uprzejmego towarzysza okazał się wielkim rozczarowaniem. Jeśli zaś chodzi o Artura Parkera, nie miał on najmniejszego pojęcia, jak zabawiać rozmową młodą dziewczynę. Żywił niezłomne przekonanie, że jego dieta oraz symptomy choroby muszą wszystkim wydawać się równie interesujące, jak jego siostrom.
Łatwość w prowadzeniu pogawędki oraz wynikająca z dobrego wychowania swoboda w zachowaniu czyniła tedy Sidneya Parkera znacznie atrakcyjniejszym towarzystwem od obu tych panów. Charlotta uzmysłowiła sobie, że ów wieczór minął jej znacznie szybciej i przyjemniej niż jakikolwiek z tych, które dotąd spędziła w Sanditon.
Mimo jednak ze usłyszała z ust Sidneya opinię na tak wiele tematów, pozostała niepewna co do jego prawdziwych upodobań. Bo choć Sidney Parker dysponował rozległą wiedzą, często zaskakiwał ją wygłaszaniem sprzecznych poglądów. Swoją obojętnością wobec przyjmowania zdecydowanej postawy całkowicie różnił się od swojej towarzyszki, którą rodzice od najmłodszych lat uczyli wyrabiania sobie sądów i która zawsze wydawała powściągliwe i spójne opinie.
- Widzę, że w żadnym razie nie zdołam zachwiać pani zdrowego rozsądku, panno Heywood, przestanę się tedy z panią droczyć i pozwolę w spokoju wypić herbatę – powiedział Sidney, wstając w końcu z miejsca.
Charlotta ze zdumieniem uświadomiła sobie, że już od pewnego czasu w pokoju stoi taca z herbatą. Nie rozumiała, jak to się stało, że czas płynął jej tak szybko. Ogarnęły ja wyrzuty sumienia: musi być doprawdy wyzuta z wszelkich uczuć, skoro zagarnęła Sidneya tylko dla siebie, choć zapewne każdy w tym rodzinnym kręgu chciał z nim porozmawiać. Ganiła się w duchu za taką bezmyślność i odbieranie innym przyjemności pogawędzenia z młodym człowiekiem.
Obawiając się, że zostanie jej to poczytane za nietakt, także natychmiast wstała, zdecydowana odkupić swój egoistyczny postępek. Sidney jednak zaprotestował, domagając się, ażeby pozostała na swoim miejscu, i oświadczając, że sam przyniesie jej herbatę. Panna Heywood, choć pełna uznania dla jego ogłady, nalegała mimo to na zmianę miejsca, tak by mogli wziąć udział w ogólnej dyskusji. Młodzieniec przyjął tę propozycję z uśmiechem. Nalewając jej herbaty, dodał jedynie łagodną przestrogę:
- Być może udało się pani uniknąć najgorszego, ale z tego, co kątem ucha usłyszałem, ulubiony temat nie został jeszcze bynajmniej wyczerpany.
Charlotta zerknęła tedy na resztę towarzystwa i uchwyciła wątek konwersacji, odkrywając, że siostry Sidneya istotnie znalazły nowe zagrożenie dla swego zdrowia. Panna Parker, odpowiadając na uprzejme pytania szwagierki i przyznając, że nadzwyczaj wygodnie mieszka im się w nowych apartamentach na Tarasie, przeraziła swoich słuchaczy wygłoszoną omdlewającym tonem uwagą, że podejrzewają nową pomywaczkę o to, że ich stopniowo truje.
- Trucizna? – wykrzyknął pan Parker z niedowierzaniem. – Moja droga Susan, z pewnością żartujesz. O czymże ty mówisz?
- Owszem, Tom, to najświętsza prawda – energicznie przyszła siostrze w sukurs Diana. – Spędzam w kuchni każdą wolną sekundę, starając się temu zapobiec. Ale też obawiam się, ze jesteśmy truci – och, nie celowo, jak sądzę. Po prostu uważamy, że pomywaczka, którą najęliśmy, nie spłukuje naczyń. Mydło, jak wiesz, jest w najwyższym stopniu trujące. Ale nic, jak się zdaje, nie zdoła przekonać jej o powadze sytuacji. Czy uwierzysz? Ona nawet śmiała się ze mnie! Oświadczyła, że jej poprzedni pracodawcy nigdy nie płukali naczyń i nie chorowali nawet przez jeden dzień. Och, Sally jest dobroduszną, dosyć miłą dziewczyną, ale obawiam się, że będzie musiała odejść albo biedna Susan nigdy nie odzyska zdrowia. Artur też zaczął się uskarżać na niemal identyczne objawy – spędził straszliwą noc, nawet na minutę nie zmrużywszy oka. Obie z Susan próbowałyśmy wszystkiego, co mogłoby mu pomóc – od gorącej cegły po słabe kakao – jako że on za żadne skarby nie spróbowałby mojej ulubionej mikstury na bezsenność. Ciepła woda, którą zalewa się olchową korę – czy polecałam ci to już kiedyś, Mary? Ale ostatniej nocy biedny Artur błagał jedynie o mały kieliszek portwajnu. Ponieważ doszłam do wniosku, że póki nie ustąpię, żadna z nas nie zmruży oka, zgodziłam się spełnić jego prośbę. Portwajn rzadko w końcu może komuś zaszkodzić, a wierzę, że dzięki niemu mój brat spędził noc całkiem spokojnie. W każdym razie Susan i ja nie słyszałyśmy go już więcej. Tyle tylko, że dzisiaj obie mamy kiepskie samopoczucie. Gdyby nie przyjazd Sidneya, z pewnością wszyscy troje znaleźlibyśmy się dziś w łóżkach już na długo przed kolacją.
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 17:13   

A tak w ogóle, to czy ktoś oprócz Mag to czyta? :roll:
 
 
Aragonte 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 21587
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 17:36   

Ja! :grin: Ale przyznaję otwarcie, że mam zaległości, bo dopiero niedawno odkopałam ten wątek :oops:
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 18:08   

Ja na razie sobie kompletuję. Przyznaje, że ja pochłaniam książki, które mnie wciągają, więc na razie sobie zbieram, żeby tak za jednym razem więcej mieć radosci.

Ale bardzo cenię Twoja pracę, broń Boże się nie zniechęcaj!

PS. Zapomniałam podziękować za gratulacje w związku z moderowaniem: dziękuję! :grin:
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
Ostatnio zmieniony przez Harry_the_Cat Sob 29 Lip, 2006 18:37, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
MiMi 



Dołączyła: 13 Cze 2006
Posty: 1096
Skąd: woj. śląskie
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 18:36   

Ja też to czytam! I bardzo dziękuję za udostępnienie!
_________________
"Jeżeli przypuścimy, że życie ludzkie może być kierowane rozumem, wówczas zginie możliwość życia."

"Wojna i pokój" Lew Tołstoj
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Sob 29 Lip, 2006 18:37   

No to bardzo się cieszę :D I skądże znowu - ja zniechęcać się? Po prostu chciałam wiedzieć, czy ktoś jeszcze poza Mag i Mimi, która napisała kiedyś, że będzie zbierać odcinki, czyta Sanditon. No ale jak widzę, nie jest tak źle :)
Po niedzieli mam co prawda sporo spraw do załatwiania, w tym dwa wyjazdy (jeden do Częstochowy - jadę zawieźc dokumenty na uczelnię i poznac blizej miasto, w którym przyjdzie mi mieszkac :D ), ale jeszcze na poniedziałek coś wyskrobię, a potem najpóźniej w czwartek dostaniecie kolejne ciacho :hello:
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pon 31 Lip, 2006 11:21   

Jeśli myślisz,że nie doceniamy Twojej pracy to się mylisz- mojego dziękczynienia starczy Ci za całe forum :mrgreen: :thud:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Pon 31 Lip, 2006 12:40   

Mag, proszę, nie wyskakuj mi z czymś takim, bo aż mi głupio :oops:. Wiem, że doceniacie moje klepanie na klawiaturze ;) . No ale przeciez to chyba nic złego, że chciałam się dowiedziec ile osób to właściwie czyta... :roll:
A tak odnośnie kolejnej części, to postaram sie wkleic ją jeszcze dziś wieczorkiem :wink:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Pon 31 Lip, 2006 20:49   

No to lecimy dalej :wink:

Rozdział XIV, str.99-105

Słuchając opowieści o ostatniej niedyspozycji Artura, Charlotta rzuciła mu przelotne spojrzenie. Siedział obok szwagierki, popijając kakao i pojadając tosty. Pomimo lekkiej ospałości i ogromnego rozleniwienia nie sprawiał wrażenia człowieka, który ma za sobą tak okropną noc, jak opisała to panna Diana. Zerkając w ślad za jej wzrokiem i odgadując jej myśli, Sidney Parker rzekł półgłosem:
- Zdrowie Artura zawsze stanowiło ich obsesję. Mnie i mojemu starszemu bratu się udało: odesłano nas do szkół jeszcze przed śmiercią rodziców, dzięki czemu uniknęliśmy opieki sióstr. Artur, jak pani widzi, miał mniej szczęścia. Rozpieszczały go i niańczyły tak długo, że teraz odpowiada mu rola inwalidy.
W Sidneyu było tyle dobroduszności i szczerości, że Charlotta, choć czuła, że nie ma prawa mówić o jego rodzinie w tak familiarnym tonie, nie widziała innego wyjścia, jak tylko uprzejmie mu odpowiedzieć:
- Ale z pewnością młodemu człowiekowi musi być trudno nie zajmować się niczym prócz własnego zdrowia. Czy nie można uczynić nic, co skłoniłoby go do obrania sobie jakiegoś zawodu? Albo przynajmniej znaleźć coś, co by go pociągało i wypełniało mu czas?
- Robiłem, co w mojej mocy, by zeszłego roku zabrać go ze sobą za granicę, ale Artur nie tęskni za podróżami. Susan i Diana szybko przekonały go, że przenosząc się z jednego obcego miasta do innego, będzie musiał znosić wiele niewygód.
- Być może, gdyby miał jakiś majątek – powiedziała z lekkim wahaniem Charlotta – zająłby się jego pomnażaniem.
- Ma niewielki dochód – odrzekł Sidney. – Wystarczający jednak jak na jego potrzeby, więc pomysł powiększania go nie wzbudza w nim entuzjazmu. Zresztą rozmawianie z Arturem o pieniądzach całkowicie mija się z celem. Dawno już doszedłem do wniosku, że żadne perspektywy finansowych korzyści, nie popchną go do wysiłku. Najlepsze, na co możemy mieć nadzieję, to to, że sam rozwinie w sobie jakąś nieszkodliwa pasję – na przykład pasję kolekcjonowania motyli, obserwowania ptaków lub hodowania psów. Są to zajęcia, które Artur mógłby z powodzeniem wykonywać, ale niestety, nikt nie może mu tego narzucić. Bodźca dostarczyłoby mu jednak tylko przypadkowe spotkanie z jakimś zapaleńcem lub własne, ukryte w nim samym skłonności. Bądź co bądź, członkom naszej rodziny nie brak zwykle entuzjazmu. Wprost przeciwnie, kaprysy i dziwactwa moich sióstr bardzo często w nim właśnie mają swoje źródło.
Uznając, że rozprawianie Sidneya na temat swojej rodziny osiągnęło zbyt wielki stopień szczerości, by należało zachęcać rozmówcę do wypowiadania dalszych sądów, Charlotta nie odpowiedziała. Obróciła się tylko lekko z powrotem ku reszcie towarzystwa. Parkerowie wciąż jeszcze omawiali jednak wady dochodzącej służby, kłopoty z jej wyszkoleniem oraz to, kogo w wiosce można by wynająć do pracy. Tematy nie zachęcały do włączenia się w rozmowę.
Pan Parker, przeglądając listę kandydatek na miejsce Sally, próbował jednocześnie przekonać siostry, że sam dobroczynny wpływ morskiego powietrza wystarczy, ażeby usunąć wszelkie niepożądane skutki domniemanego zatrucia mydłem. Charlotta siedziała przez jakiś czas, przysłuchując się jego przemowie na ulubiony temat, póki nie usłyszała nad uchem cichego chichotu.
- Wie pani, pod pewnymi względami Tom jest najgorszy z nich wszystkich – powiedział półgłosem Sidney Parker. – Jego upodobanie do medycyny przybiera dziwny obrót. Pokłada ślepe zaufanie w doktorze nazwiskiem Sanditon, co jest tak samo głupie, a może wręcz bardziej nieobliczalne niż wiara moich sióstr w znachorskie medykamenty.
Nie oceniając trafności tych spostrzeżeń, Charlotta uczuła, że wypowiadanie ich w jej obecności jest czymś niewłaściwym – była przecież osobą niemal obcą. Jednak niewątpliwie Sidney Parker należał do grona ludzi światowych, uznała więc, że sama jest zarówno zarozumiała, jak i prowincjonalna, skoro ośmiela się go krytykować. Swoboda i otwartość, a także upodobanie do wszystkiego, co może jego samego lub innych rozbawić – jest, uznała, całkowicie na miejscu u kogoś, kto większość czasu spędza w najlepszych londyńskich salonach. Jej doświadczenie natomiast, które - jak dotąd – niewiele wykraczało poza krąg własnej rodziny, ograniczało się do obserwowania zupełnie innego sposobu bycia: powściągliwości, obowiązującej w czasie wszelkich towarzyskich spotkań, okazywania odpowiedniego szacunku zarówno sąsiadom, jak i krewnym, oraz taktownej wyrozumiałości w ocenie słabostek innych. Wierzyła, że zasady, które jej wpojono, pozwalają zachować dobre stosunki miedzy ludźmi, którym przeznaczone jest spotykać się codziennie przez całe życie. Umiała jednak dostrzec ich wady, jeśli chodziło o wprowadzenie odrobiny humoru i ożywienia do towarzyskiej pogawędki. Choć tedy zazdrościła Sidneyowi Parkerowi swobody w mówieniu – każdemu, kto znalazł się obok – wszystkiego, co tylko przyszło mu na myśl, nie próbowała w żadnym razie pójść za jego przykładem.
Tymczasem, zdumiony nieco ciągłym milczeniem Charlotty, Sidney tym bardziej jął domagać się jej opinii na ten temat, więc dziewczyna uznała w końcu, że nie uniknie udzielenia odpowiedzi.
- Nie może pan doprawdy oczekiwać, że się z panem zgodzę, panie Parker – odparła niechętnie tonem łagodnej powagi. – Bo choć mówienie przez pana o własnej rodzinie takich rzeczy brzmi zupełnie niewinnie, w moich ustach podobne słowa byłyby straszliwą impertynencją.
Nie żałowała tego, co powiedziała. Czuła się tylko nieco upokorzona tym, że zmuszono ją do wyjawienia trzeźwych zasad, jakie kierowały jej postępowaniem. Jeszcze bardziej cierpiała na myśl, że w porównaniu z towarzyszkami, do jakich nawykł, wyda się młodemu człowiekowi nudna i pozbawiona poczucia humoru. Ale odprawa, której udzielenie kosztowało ją tak wiele rozterek, została przyjęta jedynie z pełnym uznania śmiechem.
- Och, roztropna, przytomna panno Heywood, ma pani całkowita rację, udzielając mi reprymendy – odparł Sidney ze szczerym rozbawieniem. – Zna pani jednak moją rodzinę tak dobrze, że zapomniałem, jak krótko trwa w istocie nasza znajomość. Powinienem, oczywiście, wstrzymać się co najmniej miesiąc, zanim spróbowałbym porównywać nasze opinie o moich krewnych.
- Bardzo wątpię, czy miesiąc odmieniłby wiele w mojej postawie – odrzekła zdecydowanie Charlotta. – Bardzo nieliczni z nas nie mają drobnych wad i musimy ufać, że nawzajem przymkniemy na nie oko.
- Ale ludzie mają tyle kłopotów ze swoimi wadami i niekiedy tak bardzo starają się uczynić je fascynującymi dla innych, że byłoby z naszej strony uchybieniem przymykać na nie oko – zaprotestował Sidney. – Przecież oni woleliby raczej zostać wyśmiani niż grzecznie zlekceważeni.
Charlotta nie mogła powstrzymać uśmiechu, słysząc tak niefrasobliwą uwagę. Ucieszyła się też, że przedstawienie jej własnego stanowiska nie zostało odebrane jako akt złej woli, i teraz zdecydowana była nieodwołalnie zakończyć jakąkolwiek rozmowę na stronie. Udając, że dyskusja, która pochłaniała pozostałych , całkowicie przykuła jej uwagę, niemal niezauważalnym ruchem przesunęła swoje krzesło w stronę reszty towarzystwa.
Sidney obserwował jej wysiłki i dobrodusznie nie próbował ich zniweczyć. Uczynił tylko jeszcze jedną uwagę, by wywołać uśmiech na twarzy Charlotty, i dopiero później wstał, poddając się bez walki.
- Oto i Artur. Mam nadzieję, że rozmowa z nim będzie kosztowała panią mniej wysiłku. Nie ma potrzeby głowic się nad właściwą odpowiedzią na jakiekolwiek jego pytanie czy stwierdzenie – oświadczył. – Patrząc na jego twarz, natychmiast poznaję, że zamierza ze szczegółami wyjaśnić, czemu podany na kolację krem żurawinowy nie wywołał u niego ataku żółciowego.
Charlotta próbowała spojrzeć na Sidneya z dezaprobatą, gdy ten kierował się w stronę wolnego krzesła obok swojej szwagierki, ale nie udało jej się powstrzymać uśmiechu, kiedy Artur, który z kolei zajął miejsce obok niej, zaczął rozmowę dokładnie tak, jak to przewidział jego brat. Aby zilustrować swój przypadek, wybrał wprawdzie pieczoną kaczkę, a nie krem żurawinowy, ale Charlotta i tak miała kłopoty z zachowaniem powagi. Gdy jednak podniosła wzrok i zobaczyła utkwione w sobie spojrzenie Sidneya, który pochylił się do przodu, by także wysłuchać monologu Artura, szybko spuściła oczy pod pretekstem, że musi znaleźć w koszyczku z robótkami obrębek dla pani Parker.
Wyjmując go, przypomniała sobie obietnicę, że będzie on gotowy tuż po obiedzie. Bawiła się tak dobrze, że całkiem o tym zapomniała. Zajęła się nim teraz, zadając sobie pokutę za prawdziwą radość, jakiej zaznała tego popołudnia.
Pozostali wdali się wkrótce w dyskusję nad przyjazdem przyjaciół Sidneya. On sam także nad wyraz chętnie kreślił plany tego, jak uprzyjemni im pobyt.
- Wątpię, czy Reginald zostanie w Sanditon dłużej niż dzień. Prawdopodobnie nie zabawi tu więcej niż kilka godzin, nie musimy więc snuć planów co do jego osoby. Chyba, że postanowi wstąpić do nas także w drodze powrotnej z Brighton. Jeżeli jednak chodzi o Henry’ego, żadne nasze wysiłki nie okażą się przesadzone. Wiem, że mogę na was polegać – na pewno dopilnujecie, by poczuł się mile widziany. Przyszło mi jednak na myśl, że potrzeba czegoś więcej, aby utrzymać jego myśli z dala od zmartwień. Gdyby cały czas przebywał wśród zupełnie nowych ludzi... No i moglibyście zorganizować kilka małych wycieczek i przyjęć na jego cześć...
- Wycieczki i przyjęcia! O czymże ty myślisz, Sidneyu? Ja i Susan jesteśmy wyczerpane samym pobytem w Sanditon! Jak wyobrażasz sobie zabawianie przez nas twojego przyjaciela?
- Możemy chodzić na wspólne spacery i jeździć do przeuroczych okolicznych miejsc – zasugerował skwapliwie Sidney. – I nie miałem na myśli tylko nas, ale także inne mieszkające w sąsiedztwie rodziny – dodał zataczając rękoma krąg, tak jakby chciał objąć całe Sanditon. – Mówiliście dziś o pani Griffiths i jej podopiecznych. I pamiętam, że przy okazji mojej ostatniej wizyty Tom wspominał mi o miłej młodej parze mieszkającej u Denhamów. Podobno u lady Denham przebywa też jej kuzynka, siostrzenica czy kim tam ona dla niej jest...
- Panna Brereton – podpowiedział pan Parker. – Obie z lady Denham są naszymi częstymi gośćmi.
- W rzeczy samej. W dodatku panna Brereton i panna Heywood mają jutro rano po raz pierwszy kąpać się w morzu – dodała pani Parker. – Ale sama lady Denham jest tak bardzo przywiązana do ustalonego trybu życia, że wątpię, by ucieszyło ją zacieśnienie kontaktów z sąsiadami. A poza tymi codziennymi spotkaniami z przyjaciółmi, czegóż możemy drogi Sidneyu, spróbować?
- Balów, potańcówek i rzeczy w tym guście – odparł natychmiast młodzieniec.
- Bale! Potańcówki!
- Cóż, jest w Sanditon dostatecznie wiele młodych dam...
- Niemożliwe! – zakrzyknął pan Parker, wyrażając w ten sposób swoją rozpacz na myśl o podobnych głupstwach. – Ledwie rok temu próbowaliśmy zorganizować kilka dwutygodniowych zjazdów w czasie karnawału i projekt ten upadł z braku poparcia.
- Ależ zapewniam was, ze tym razem znajdziecie większe poparcie dla tego pomysłu! – upierał się Sidney, najwidoczniej nie przejmując się zniechęceniem brata, które – jego zdaniem – można było przezwyciężyć. Zaczął się nawet dopytywać, gdzie zeszłoroczne zjazdy miały miejsce.
- Szczerze mówiąc, jest całkiem wiele odpowiednich sal w pobliżu hotelu – rzekł pan Parker z odrobiną dumy w głosie i znacznie od niej większym niepokojem. – Jedyna trudność w tym, że nikt nie zechce ich zapełnić. Bądź rozsądny, Sidneyu. Nie jesteśmy w Brighton.
- W Brighton może nie, ale jak się nazywa ten nowy kurort, o którym zawsze wspominasz? Brindley czy Brincombe?
- Masz na myśli Brinshore?
- Brinshore. Właśnie to miejsce. Jestem przekonany, że w Brinshore można znaleźć więcej rozrywek. Prawdę mówiąc, byłbym w najwyższym stopniu zaskoczony, gdyby okazało się, że Brinshore nie organizuje dwutygodniowych zjazdów.
Charlotta domyśliła się, że Sidney Parker próbuje teraz ugodzić swego brata w najbardziej czuły punkt. Prawdopodobnie nie wiedział nic o tym co dzieje się w Brinshore, ale był przekonany, że na argument w dyskusji miejsce to nadaje się doskonale. A wytrwałość w realizacji własnych planów, których powstrzymać nie mogły żadne przeciwności, podwajała się jeszcze, gdy dostrzegł sposób ich realizacji. Zręcznie wplatając w odpowiednim momencie w dyskusję Brinshore, szybko wzbudził ożywiony spór o to, co Sanditon może zaproponować gościom, jeśli chodzi o rozrywki.
Obserwująca i przysłuchująca się temu wszystkiemu Charlotta doszła zaś do wniosku, że przesada Sidneya w trosce o przyjaciela dorównuje wszystkiemu, co wcześniej przedsiębrała w imieniu innych jego siostra Diana.
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pon 31 Lip, 2006 21:42   

Ago - dzięki.

Cała ta rodzinka jes "fajna", robi się coraz ciekawiej :grin:
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Pią 04 Sie, 2006 20:04   

Wybaczcie, dziewczynki, ale przez cały ten tydzień nie miałam zupełnie czasu żeby wklepac coś na klawiaturę. Teraz od poniedziałku znowu robota (jak nie załatwianie spraw na uczelni, to znowu co innego). Wykańczamy dom, tzn. cały już stoi, centralne etc. już jest, ale teraz kwestia kolejnego bielenia ścian wapnem i oczywiście obiecałam rodzicom, że pomogę. Tak więc nie myślcie, że o Was zapomniałam czy coś w tym stylu. Po prostu teraz nie mam czasu - nawet na forum mam już niezłe zaległości - ponad 400 postów :cry:
Jednak spróbuję coś wyskrobac mimo wszystko i może w niedzielę wkleję kolejny fragment. W każdym razie postaram się.
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Pią 04 Sie, 2006 22:14   

Spoko, Agnieszko! Cierpliwie poczekamy :grin:
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Aga85 



Dołączyła: 22 Maj 2006
Posty: 464
Skąd: woj. łódzkie
Wysłany: Nie 06 Sie, 2006 16:28   

Udało mi się znaleźć dziś trochę czasu, żeby wklepać co nieco na klawiaturę :D
Miłej lektury ;)

Rozdział XV str.106-109

Tak się stało, że Charlotta mogła być następnego ranka świadkiem przyjazdu przyjaciół Sidneya Parkera. Ona i Klara Brereton opuściły właśnie Trafalgar House, by udać się na plażę, kiedy skraj podjazdu przeciął bardzo elegancki powozik, kierując się raźno w dół, w stronę hotelu. Panny znajdowały się wprawdzie za daleko, by móc powiedzieć cokolwiek pewnego o jego pasażerach, ale Charlotcie, która zgadywała, kogo może wieźć ów pojazd, wydawało się, że spostrzegła w środku dwóch młodych mężczyzn. Jednakże panna Brereton, obserwator bardziej bezstronny, nie zobaczyła nic prócz trudnej do określenia liczby głów, dwóch wspaniałych, okazałych czarnych koni i lśniącego w promieniach słońca lakieru powozu.
- Cóż to mogą być za ludzie? Czy pan Parker coś o nich wie? Jestem pewna, że lady Denham nie słyszała o przyjeździe nikogo takiego! – zawołała zdumiona.
- W tak małym kurorcie jak Sanditon zwykle słyszy się, jak przypuszczam, o wszystkim? – zapytała Charlotta, wciąż wytężając wzrok. Nie lubiła gdy przypierano ją do muru.
- O tak. Przybysze niemal zawsze zapowiadają swoją wizytę listownie. Wie pani jak to jest: po pobycie tutaj nasi goście polecają wypróbowane miejsce przyjaciołom. A państwo Marlowe – nasi zeszłoroczni kuracjusze – napisali właśnie w tym tygodniu do lady Denham, wspominając o rodzinie, która, jak sądzę, może zjechać do Sanditon na wakacje. Ich córka, biedaczka, miewa silne ataki migreny i rodzice ufają, że morskie powietrze nieco je złagodzi. Czyżby rzeczywiście Fletcherowie przybyli tak szybko?
Powozik zatrzymał się teraz na dziedzińcu hotelu i Charlotta próbowała zobaczyć wysiadających zeń pasażerów. Była pewna, że jest ich tylko dwóch, niestety, silne słońce raczej utrudniało, niż poprawiało widoczność.
- Pan Sidney Parker także oczekuje dzisiaj w Sanditon jakichś przyjaciół.
- Cóż, ktokolwiek to jest, mam przynajmniej jakieś nowiny dla lady Denham – powiedziała z satysfakcją panna Brereton. – Ona zawsze zarzuca mi brak spostrzegawczości i to, że nic mnie nie interesuje. I muszę przyznać, że istotnie zwykle jestem ostatnią osobą, która dowiaduje się o tym, co dzieje się w Sanditon.
Owa spokojna konstatacja własnych wad uderzyła Charlottę swoja prawdziwością. Jej obserwacje także potwierdzały, że panna Brereton jest raczej osobą zamkniętą w sobie, marzycielską i skrytą. To wrażenie jeszcze się nasiliło w trakcie ich spaceru w dół wzgórza, jej towarzyszka popadła bowiem w nieoczekiwane zamyślenie. Pogrążona w melancholijnym nastroju, zignorowała wszelkie próby nawiązania przez Charlottę konwersacji i nie odrywała wzroku od odległego dziedzińca gospody, gdzie trwała krzątanina wokół przybyłego powozu. Po lekkim uśmiechu igrającym od czasu do czasu na jej ślicznej twarzy poznać można było, że myśli o czymś przyjemnym. O czym jednakże – to pozostawało dla Charlotty tajemnicą. Klara Brereton najwyraźniej zapomniała zarówno o swej towarzyszce, jak i rozmowie, wyruszając w jakąś szczęśliwą samotną podróż w głąb samej siebie.
Charlotta, która nigdy nie pozwoliłaby, aby jej własne myśli zaabsorbowały ją do tego stopnia, by zupełnie przestała być świadoma, co się wokół niej dzieje, czuła się tym wszystkim zafascynowana. Nabrała przy tym przeświadczenia, że otaczająca pannę Brereton aura tajemniczości nie jest wcale wystudiowana. Wprost przeciwnie, Klara okazała szczera skruchę i zawstydzenie, gdy w końcu udało jej się otrząsnąć z zamyślenia.
Pragnąc przerwać milczenie towarzyszki, Charlotta uznała, że najlepiej zrobi, jeśli zatrzyma się na chwilę.
- Jestem już w Sanditon dostatecznie długo by wiedzieć z jakim entuzjazmem wita się tutaj wszystkich nowo przybyłych – zauważyła nieco głośniej, niż to było konieczne, stając przy tym w miejscu, by zmusić pannę Brereton do odpowiedzi. Ale pusty wyraz oczu, które ta ku niej zwróciła, był wystarczającym potwierdzeniem, że Klara nie usłyszała ani słowa z tej prozaicznej uwagi. Wobec tego Charlotta powtórzyła ją jeszcze raz. – Wszyscy tutaj tak bardzo interesują się gośćmi – powiedziała z uśmiechem. – Konkurują wręcz ze sobą, jeśli chodzi o przynoszenie nowin na ich temat.
Panna Brereton nareszcie przyszła do siebie. Niedawne zwierzenia, że lady Denham karci ją za bycie nieuważną, były prawdopodobnie, jak uznała teraz Charlotta, znakomita ilustracją charakterów ich obu. Lady Denham, sama tak oschła i praktyczna, prawdopodobnie często czuła się poirytowana zachowaniem Klary, podczas gdy panna Brereton musiała zapewne ćwiczyć się w wyrozumiałości, cierpliwości i panowaniu nad sobą, żeby pozostać w dobrych stosunkach ze starą damą. Obserwując wysiłki swej towarzyszki, próbującej oderwać się od własnych myśli, Charlotta skłonna była w pełni uwierzyć zapewnieniom panny Brereton, że obie z lady Denham żyją w całkowitej harmonii.
- Och, tak... nowiny z Sanditon – westchnęła Klara. – A ja jestem wystawiona na najostrzejsze współzawodnictwo ze wszystkich. Musi pani wiedzieć, panno Heywood, że ogrodnik z Sanditon House jest wielkim kolekcjonerem lokalnych nowinek – zarówno tych ze wsi, jak i tych ze wzgórza. Codziennie dostarcza w okolice Sanditon warzywa i owoce z naszych ogrodów, z powrotem zaś przywozi wszystkie okoliczne plotki. Być może wszakże mam jedyną okazję, by wyprzedzić Hodgesa. Jeśli nie będzie pani miała nic przeciwko temu, po naszej kąpieli chciałabym zajrzeć do hotelu, by wywiedzieć się szczegółów od pani Woodcock.
Charlotcie udało się właśnie dostrzec postać w błękitnym płaszczu, podobnym do odzienia Sidneya Parkera, witającą w hotelu nowo przybyłych, była tedy przekonana, że dobrze ich rozpoznała.
- Nie mam nic przeciwko temu, ale jestem pewna, że potrafię oszczędzić pani tego kłopotu – odparła. – To przyjaciele pana Parkera – niejaki pan Reginald Catton i pan Henry Brudenall.
- Reginald Catton i Henr Brudenall – powtórzyła panna Brereton, jak gdyby pilnie uczyła się ich nazwisk na pamięć, by móc powtórzyć je później lady Denham. – I... – urwała niepewna, jakich jeszcze szczegółów stara dama będzie od niej oczekiwać – czy zostaną tutaj na długo?
- Pan Catton, jak sądzę, nie. Ale pan Brudenall przybywa tu dla podreperowania zdrowia, i o ile wiem, zostanie kilka tygodni.
W przeciwieństwie do Parkerów panna Brereton nie przejawiała ani cienia zainteresowania zdrowiem pana Brudenalla. Przyjęła tę wiadomość bez żadnych dalszych pytań, spokojna że same nazwiska – które kilka razy sobie powtórzyła – wystarczą, by zostawić w tyle Hodgesa.

Ciąg dalszy wkrótce nastąpi. Cierpliwości. ;)
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pon 07 Sie, 2006 13:16   

Dzięki Ago!

Nie musisz się usprawiedliwiać, jeśli masz obowiązki, to je wypełniaj. Już tak długo czekałam,żeby poznać Sanditon, że pare dni w tA czy w tamtą....
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pią 25 Sie, 2006 13:02   

Ago mam nadzieję,że się nie obrazisz jeśli zadam pytanie Gosi?

Gosiu, czy mogłabyś wykorzystać skaner, którym posłużyłaś się przy "Oneginie" w celu propagacji SANDITONU?
Wiem z dobrych źródeł ( :wink: ), że masz tą książkę :thud: Proszę :thud:

Odciążyłoby to Agę i dało nam dostęp do jedynej nieprzeczytanej JA :thud:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.