PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Aragonte
Wto 15 Kwi, 2008 21:12
The Moth (Ćma)
Autor Wiadomość
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Czw 20 Lip, 2006 21:00   The Moth (Ćma)

Moniczko, a może wkleisz tu ten fragment książki który przetłumaczyłaś?
Bardzo proszę.
Zacznie żyć temat "The Moth" na Forum :grin:

 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Czw 20 Lip, 2006 23:04   

Gitko, no co Ty, to coś co przesłałam nie nadaje się do pokazania większej publice, wierz mi :hello: Wstydziłabym się i tyle :shock:
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Czw 20 Lip, 2006 23:25   

Monika, co Ty to piszesz?
Świetnie przetłumaczyłaś ten pierwszy rozdział.
Naprawdę bardzo dobrze się czyta i czeka na więcej.
Mówię Ci wklej tu, dziewczyny poczytają też na pewno z przyjemnością, tak jak i ja to uczyniłam :grin:
Przecież tak się napracowałaś, szkoda żebym tylko ja to czytała, proszę :grin:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pią 21 Lip, 2006 09:48   

No dobrze, wklejam, dobrze, że ten wątek nie jest bardzo oblegany :wink:

CZĘŚĆ I
PRZEPROWADZKA

Rozdział 1.

Robert Bradley usiadł we frontowym pokoju przy ulicy Upper Foxglove Road 122, w Jarrow. Miasto to jest usytuowane w hrabstwie Durham, ograniczone w całej swej wielkości przez rzekę Tyne. To jest tak jakby miasto samo się ścisnęło wokół Tyne Dock. Idąc wzdłuż Wschodniego Jarrow, Kościoła Świętego Piotra i starego Klasztoru, który był domem mnicha Bede le Venerable, w kierunku Church Bank i głównej magistrali, przez którą przebiega linia tramwajowa, ostatecznie dotrze się do stoczni Palmera, przy końcu Ellison Street. Są też inne stocznie wzdłuż rzeki, ale to właśnie stocznia Palmera góruje nad wszystkimi innymi w mieście.
Robert Bradley pracował u Palmera odkąd skończył czternaście lat. Służył u niego cztery lata, oprócz tego przez rok doskonalił swoje zdolności. Teraz, mając dwadzieścia cztery lata, był mężczyzną, wykwalifikowanym w swoim fachu, tak jak jego ojciec przed nim.
Sześć godzin wcześniej pomógł wynieść ojca z tego pokoju, w którym od pięciu dni leżał w kupnej trumnie. Kiełkował w nim żal. Zmusił się, aby skupić myśli na jednym punkcie, dotyczącym jego przyszłości, myślał o tym, że kiedyś będzie miał swój własny dom, nie tylko dwa pokoje i pomywalnię naczyń, w których nie można trzymać zwierząt, ale prawdziwy Dom, dom, w którym wchodzisz po schodach, na górę położyć się. Dom, z prawdziwą szopą … nie, to będzie budynek z cegły, na zewnątrz, jako warsztat. No cóż, jeśli ten dzień kiedyś nadejdzie, pierwszą rzeczą, którą zrobi w swoim warsztacie będzie jego własna trumna. Właśnie, dlatego, że jego specjalnością jest drewno, tak samo jak było jego ojca. Więc dlaczego ojciec nie pomyślał by zrobić trumnę dla siebie, choćby na tyłach podwórza. Miał przecież mnóstwo czasu żeby o tym pomyśleć, w końcu w swoim rzemiośle pracował od czterdziestu lat. Z drugiej strony, miał żonę, o którą musiał dbać, która chciała mieć w domu dobre, solidne meble. I właśnie to robił ojciec przez te lata, które mu zostały. On sam pomagał często ojcu. Na przykład przy wykonaniu bieliźniarki, przy której jego wuj wycierał właśnie ręce.
Spoglądał na wuja, badawczo spod lekko opuszczonych powiek. Nie wiedział, co o nim myśleć. Właściwie, kto mógłby wiedzieć, co myśleć o człowieku, który przestał się odzywać do rodzonego brata dwadzieścia pięć lat temu, a co więcej, widział go dwukrotnie w ciągu tego czasu. Pierwszy raz był trzy lata temu, kiedy przybył – tak jak teraz - na pogrzeb. Jednakże nawet w takich okolicznościach nie chciał wejść do domu. Stał na cmentarzu, daleko od innych zebranych przy mogile. Kiedy jednak odwrócili się od grobu, jego ojciec spojrzał poprzez cmentarny śnieg na postać, stojącą samotnie i wymamrotał: ‘Boże drogi! Nasz John’.
Szedł przy boku ojca, w kierunku sztywnej sylwetki podstarzałego mężczyzny, słyszał jak ten człowiek mówi ‘Więc, straciłeś ją także i ty’; na to ojciec odpowiedział ‘Tak, John, tak jak powiedziałeś, straciłem ją i ja. Powinieneś być teraz zadowolony’. Na te słowa mężczyzna odwrócił się i odszedł.
Tej nocy ojciec zdradził mu przyczynę tej całej waśni. Wyglądało na to, że jego matka miała poślubić starszego z braci, ale w międzyczasie zakochała się w młodszym. John Bradley miał trzydzieści trzy lata wtedy i miał uporządkowaną sytuację materialną. Starał się o Anne Forrester przeszło sześć lat. Mieszkała w wiosce, w chacie, niedaleko stolarni i domu Bradley’a. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że będzie to dla niej duży krok, jeśli stanie się panią tego domostwa, które było trzy razy większe od wszystkich innych w wiosce. Co więcej, to było dziesięć akrów ziemi posiadanej na własność, o sporym podwórzu i zbudowanych z kamienia budynków, z których byłby dumny każdy rzemieślnik. I co ona zrobiła? Uciekła z Bobem Bradley’em, który był siedem lat młodszy od swego brata, który był niemal jej rówieśnikiem.
John Bradley żył samotnie przez osiem kolejnych lat, nim jego zawziętość zmiękła; i wtedy ożenił się. Nie był to nikt z wioski, ale kobieta z rodziny Metodystów, w Birtley, w późnych swych latach trzydziestych.
Robert zwrócił wzrok na tą kobietę. W jego mniemaniu była osobą sprytną, obrotną. Musiała być niegdyś, tak sądził, dostatecznie ładną; teraz jej włosy były siwe, a jej twarz pokryta zmarszczkami, wyglądała mimo wszystko na miłą. Zastanawiał się jak układało się jej z mężem, który był zapamiętałym członkiem Kościoła Anglikańskiego. Była też ich córka, Carrie. Teraz była kimś, była Carrie. Powiedziała, że ma piętnaście lat, ale gdyby powiedziała, że siedemnaście też by jej uwierzył, ponieważ była rozwinięta tam gdzie dziewczyna powinna być: tył ciała był dobrze zarysowany, a jej piersi wypychały stanik sukienki. I miała bystre, promienne spojrzenie. A on wiedział niemal wszystko o takich błyszczących oczach jak Carrie. Jedna z właścicielek takich oczu była teraz w kuchni, sprzątając po kolacji. Czego się po nim spodziewała? Wystarczy, że uśmiechniesz się do Polly, a ona weźmie to za propozycję małżeństwa. Zaczynał się martwić o Polly Hinton i jej matkę… i jej ojca; nie opuścili tego domu odkąd jego ojciec umarł. A kiedy wspomniał, że sam sobie poradzi, pani Hinton naparła na niego, mówiąc ‘Nie bądź niemądry, chłopcze. Od tego są sąsiedzi w takiej chwili jak ta, żeby się wszystkim zająć’. I zajęła się wszystkim, przy okazji rzucając mu znaczące spojrzenia, jak to by było gdyby poślubił Polly. Nie miał zamiaru żenić się z Polly, ale nie mógł jej wybić tego pomysłu z głowy.
Od czasu Wigilii Nowego Roku, kiedy dał jej niewinnego klapsa i połaskotał w drodze powrotnej przez alejkę, nie stało się nic ponad to. Jego ojciec śmiał się i mówił ‘Uważaj lepiej chłopcze, bo obudzisz się któregoś ranka z Polly po jednej stronie łóżka i jej matką po drugiej’.
‘To dobry kawałek machoniu. Sam to robiłeś?’
Robert zamrugał, wyprostował ramiona i zebrał myśli nim odpowiedział ‘Pomagałem ojcu’. ‘Niczego tu sam nie zrobiłeś?’
‘Zrobiłem krzesła, na których siedzicie’.
Skinął w kierunku ciotki i dziewczyny, w tej samej chwili przyszło mu na myśl, że to zabawne mieć taką kuzynkę, i wuja i ciotkę jak ci dwoje. Dawało mu to poczucie, że nie jest zupełnie sam, aczkolwiek, widząc zachowanie i obyczaje wuja, pomyślał, że szybko może nadejść czas, kiedy powie sobie, że nie było by to takie złe nie mieć kontaktu z tym nowym, oschłym wujem. Ale oczywiście niedługo wyjadą i później, pomijając sporadyczne wizyty, jeśli będą ku temu skłonni, bardzo rzadko będzie ich widywał.
Spojrzał na wuja, który badał właśnie jedno z krzeseł. Nagle John Bradley powiedział ‘Jesteś usatysfakcjonowany pracą tutaj?’. Patrzył przez chwilę na mężczyznę, jakby się zastanawiał, wtedy odpowiedział ‘Będę zawsze zadowolony, jak długo będę pracował w drewnie’.
‘Oprawiasz też statki?’

‘Tak, razem z innymi pracownikami’. Uśmiechnął się szeroko w kierunku ciotki, ona odpowiedziała mu tym samym, choć nic nie powiedziała. Odkąd tu przybyli wypowiedziała może z tuzin słów. Wyglądało na to, że znała swoje miejsce.
Więc jak będzie? Propozycja padła szybko, niczym uderzenie. Zostaw te dwa pokoje i przeprowadź się na prowincję, do domu, gdzie twój ojciec się urodził, gdzie nadal mógłbyś pracować w drewnie. To zbyt piękne, by było prawdziwe. Z dala od pośpiechu, hałasu, mrowiska dzieci, czyniących ciągły rumor na ulicy, aż do późnej nocy. Często myślał nad tym, że liczba dzieci z obu stron ulicy przeważała liczebnie nity w płycie statku, po zapaleniu świateł ulicznych lamp wyłaniały się niczym hardy mrówek. Ale mrówki były spokojne, podczas gdy hałas, które dzieci robiły pod drzwiami był niekiedy ogłuszający.
Przywykł do huku stoczni, ale to był inny rodzaj hałasu. Statki budowane były w harmidrze, ale jego udział w ich budowie brał się z jeszcze większego hałasu, dźwięk przechodził przez drewno, delikatne kłucie hebla po desce i miękki plusk, jak gdyby pukiel drewna opadał między swych towarzyszy. Muzyka brzmiała też w papierze ściernym, pracującym wzdłuż włókna drzewnego. I wreszcie ten ukryty dźwięk: wiesz, że on tam jest, słyszysz ten trzask w swej głowie, jak gdyby jeden kawałek drewna zazębiał się w inny kawałek.
I pracować z tymi dźwiękami bez tła ze stalowych płyt to było coś, nad czym można było się zastanawiać, rozważać głęboko. Ale zawsze były jakieś przeszkody. Czy mógłby polubić pracę dla tego człowieka, żyć w tamtym miejscu? Tutaj, w pewnym sensie zostawiał pracę za sobą, kiedy przechodził przez bramę stoczni, teraz musiałby być 24 h na dobę blisko tego faceta. I jak na razie nie wiedział jak to wszystko ogarnąć. Musiał rozważyć także i to, że jeśli spali za sobą wszystkie mosty, nie będzie mógł liczyć na zdobycie innego domu, czy innej pracy tutaj. Zawsze był ktoś chętny wskoczyć na twoje miejsce, wszyscy wokoło byli teraz chytrzy i podstępni, jak wszędzie indziej.
Był też Instytut Mechaniki. Będzie mu go brakowało, i jego książek. Cóż, miał więcej niż dwa tuziny swoich własnych, zasługujących na powtórne czytania; mógł zawsze iść do Birtley, czy Chester-le-Street, a nawet dalej, do Durham. Były tam wyznaczone sale do czytania. Ale pomijając to wszystko, zostają jeszcze ludzie.
‘Więc, co odpowiesz? Chcesz czasu żeby to przemyśleć’.
Nie wiedział, co powiedzieć. Decyzja została podjęta właściwie za niego, kiedy drzwi prowadzące z dziennego pokoju do pomywalni zostały pchnięte i ukazała się pani Hinton mówiąc ‘Wszystko jest sprzątnięte, czyste i schludne, Bobby. Polly poszła się przebrać, przyjdzie później doglądnąć kolacji i innych spraw… Dobranoc pani Bradley, dobranoc panie Bradley’. Kiwnęła głową ku wszystkim. Ostatnie skinienie zachowała dla Roberta, a towarzyszył temu wyraz głębokiej sympatii, jaką taka sytuacja uzasadniała.
Drzwi nie zamknęły się nim Robert, patrząc na wuja nie powiedział ‘Zgadzam się. Przyjmuję propozycję’.
Kiedy jesteś między diabłem, a głębokim morzem, mądrzej jest zatrzasnąć drzwi przed diabłem, konkretniejszym w treści.
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pią 21 Lip, 2006 10:07   

Moniczko, teraz to się dopiero oblężenie zacznie :wink:
Bardzo Ci dziękuję, jesteś wielka :grin:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pią 21 Lip, 2006 18:29   

Dzięki Giteczko, jutro postaram się wkleić drugi rozdział :wink:
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Sob 22 Lip, 2006 21:05   

A wiesz Gitko, że dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że grała w "Burmistrzu Casterbridge". Mimo, że oglądałam ten film kilka razy nie zdałam sobie sprawy, że to ona. Ma interesującą urodę.

Wkleję narazie połowę drugiego rozdziału. A co do tych tłumów o których pisałaś, całe szczęście że takowych nie ma, to moje amatorskie tłumaczenie nie umywa się do innych tutaj zamieszczanych :wink:

Rozdział 2

‘Kto by pomyślał, że zobaczymy drewniany strych w środku domu. A to jest prawdziwy dom, prawda Robert? Przytulny, przynajmniej w tej części. I te stosy drewna wokoło nie rzucają się tak w oczy.’ Alice Bradley kiwnęła ręką w stronę końca długiego pokoju, położonego nad warsztatem.
Robert zgadzał się z nią: skinął głową i rzekł ‘Tak ciociu, jest tu przytulnie. I cały dom jest trzy razy większy od tego przy Upper Foxglove Road. A co do drewna, uważam, że dodaje tu pewnego komfortu, jako że nic tak nie lubię jak właśnie zapach drewna … przyprawionego drewna, jak to tutaj.’
‘ I pomyśleć, że to był pomysł Carrie. Ona też ma dobre oko do drewna, wiesz Robert?’. Alice zwróciła się ku córce, szeroko uśmiechając się, a Carrie nieznacznie skinęła swoją śliczną głową, spojrzała na Roberta, mówiąc ‘No cóż, uznałam, że byłaby to hańba gdybyś zostawił wszystkie te piękne rzeczy na zmarnowanie, po całej tej pracy, jaką w nie włożyłeś. Wciąż uważam, że twoi sąsiedzi mieli prawdziwy tupet zaoferować ci pięć szylingów za ten stół’. Uniosła rękę i pogładziła patynę niewielkiego mahoniowego stołu i dodała ‘Ojciec dostałby dziesięć funtów za podobny, nieprawdaż Mamo?’
‘O tak, co najmniej, bo taką jakość mógłby sprzedaż jak nic za dwadzieścia. Kupują je wielkie domy, wiesz? Oczywiście za taki stół mógłbyś zażądać niemal każdej ceny, nawet do trzydziestu funtów. A teraz –‘ Alice objęła wzrokiem całość w oczywistym podziwie – ‘ ta część domu wygląda dobrze, niczym nasz bawialny pokój. I wiesz Robert, jeśli chcesz, możesz zrobić ściankę, tak żeby ukryć łóżko’.
‘Ale nie ma ku temu potrzeby Ciociu, bo w zasadzie będę tu wracał tylko po to by się położyć spać … no cóż, w większość nocy’.
‘ Lubisz czytać, prawda Robercie?’.
Twarz ciotki wyrażała bezpośredniość, szczerość, miała poważny wyraz, przysunęła się do niego, jej głos zdawał się być niższy, gdy mówiła ‘To jedyna rzecz, o którą pan Bradley się martwi, lampa,’ mówiła to z sarkazmem; ‘boi się tego, że zaśniesz i zostawisz palącą się świecę… wśród całego tego drewna…’.
‘Nie martw się o to Ciociu’
– Robert wyciągnął rękę w niepewnym geście, w jej kierunku – ‘Zawsze uważam. I obiecuję, że będę jeszcze bardziej przykładał wagę do tego czy świeca jest zgaszona, nawet, jeśli będę już w łóżku. Postaram się wyzbyć też przyzwyczajenia czytania przed snem, tak więc mogę zapewnić, że nie ma tu niebezpieczeństwa, że coś stanie się z lampą.’
Alice uśmiechnęła się i zwróciła się do drzwi, które prowadziły na półpiętro, ku właściwej części domu, Carrie gwałtownie podeszła do matki i szepnęła coś, a wtedy Alice powiedziała powoli ‘A tak.’ I zwracając się ponownie do Roberta, spojrzała na niego, westchnęła nim powiedziała niepewnie ‘Ja… wiem z tego, co do tej pory mówiłeś, że podążasz… no cóż, drogą nie całkiem zgodną z wolą Bożą, ale… ale pan Bradley będzie ci obowiązany… i zadowolony’ kiwnęła głową na te słowa ‘jeśli będziesz nam towarzyszył na poranną mszę’. Robert wpatrywał się w twarz, którą zdążył polubić. Była miłą kobietą, ta jego nowa Ciotka Alice – ciągle myślał o tym pokrewieństwie jak o czymś nowym – okazywała mu serdeczność przez te kilka dni odkąd tu zamieszkał. Odkrył też, że ma swoje dziwne zwyczaje, np. do męża zawsze zwracała się po nazwisku, nigdy nie usiadła, jeśli on stał, chyba że sam jej to nakazał. Takie postępowanie robiło z niej w oczach innych osobę bardzo służalczą; zauważył natomiast, przynajmniej jedną sytuację, kiedy odpowiedziała mężowi głosem stanowczym, a jego wuj nic na to nie odpowiedział. Sprawa ta dotyczyła Carrie, jako że nie miała, z kim uczęszczać do Szkółki kościelnej. Wyglądało na to, że Gladys Parkin, córka ich jedynych bliskich sąsiadów w tej małej wiosce nabawiła się przeziębienia i leżała teraz w łóżku, a co do sióstr Gladys, Mary Ellen i Nancy, skończyły już niedzielną szkółkę, dlatego nie było nikogo, kto mógł towarzyszyć Carrie.
Było tylko sześć samodzielnych chat w całej wiosce, były też farmerskie chaty z innych, blisko położonych wiosk i kilka górniczych. Niedaleko stąd położone było niewielkie miasteczko, Lamesley i nieco dalej miasto parafialne, Birtley. Ale wśród wszystkich tych mieszkańców, nie było młodej dziewczyny, odpowiedniej wg Johna Bradley’a dla jego córki. Byłoby to trochę ośmieszające dla niego, gdyby widziano go jak wprowadza ją do kościelnej zakrystii. Dlatego nakazał żonie, aby towarzyszyła jej przy tej szczególnej okazji, ciotka Alice odrzekła jednak, że i dla niej byłoby to absurdalne trzymać córkę za rękę, córkę prawie szesnastoletnią. Dlatego też w ostatnią Niedzielę Carrie po raz pierwszy w swoim życiu poszła sama do Szkółki kościelnej i sama również wróciła do domu. Pomyślał, że musiało to być emocjonujące doświadczenie dla tak młodej dziewczyny. I oto teraz, stała przed nim ta życzliwa mu kobieta, zachowująca się tak jakby mówiła ustami męża, zupełnie jak jego sztywny, pełen świętoszkowatej bigoterii wuj, bo taki właśnie był. Jego słowo było święte w tym domu. Modlitwa była zawsze odmawiana przed i po każdym posiłku, gdzie każde spóźnienie, czy niedokładność poczytywane było za grzech. Dużo nauczył się przez ten krótki czas, od kiedy tu zamieszkał. I teraz poddawany był próbie. No cóż, właściwie to nie był sprawdzian, bo nie musiał nad tym myśleć, jego odpowiedzią jest kategoryczne „nie”. Ale nie mógł tego powiedzieć w taki sposób tej miłej kobiecie, dlatego rzekł ‘Przykro mi Ciociu, ale myślę… przynajmniej tak myślałem do tej pory, że dla Wuja jest jasne, że nie jestem skłonny iść tą drogą. Nigdy nie byłem i nie będę’.
‘Ale nie jest za późno by spróbować, Robercie’
. Głos Alice był delikatny i miał w sobie nutę wstawiennictwa, Robert skłonił głowę w geście sprzeciwu i odburknął ‘To na nic Ciociu’.
‘Nie będziesz pewien, jeśli nie spróbujesz. Próbowałeś kiedykolwiek?’
‘Tak, w pewnym sensie tak, zanim nie zacząłem czytać.’
‘Ależ książki nie zamykają drogi do Boga?’.
‘W jakiś sposób tak właśnie jest, Ciociu, ponieważ tak wielu ludzi ma różne wyobrażenie Boga, nie tylko w tym kraju, jak choćby Protestanci, Katolicy, Baptyści i Metodyści, ale są miejsca gdzie Jezus Chrystus nie jest nawet znany’.
‘Coś ty powiedział?’

Drzwi zostały raptownie otworzone, Alice zostałaby nimi uderzona, gdyby nie Robert, który szybko odepchnął ją ręką. A wtedy, obrócił się, spojrzał na wuja i powoli powtórzył ‘Powiedziałem, że w niektórych krajach Jezus Chrystus nie jest nawet znany’.
‘Jak śmiesz bluźnić w moim domu. Czy wiesz w ogóle, o czym mówisz?’
‘Tak, wiem, i to jest prawda, Wuju’.
‘Nie jest! To poganie. Nie słyszeli Bożego Słowa wypowiadanego przez Pana Jezusa Chrystusa, ale kiedy usłyszą…
‘Słyszą słowa swoich własnych bogów, i takich ludzi jest wielu, i są bardzo różni’
. Głos Roberta podniósł się i widział teraz jak jego wuj przełyka głęboko ślinę. A kiedy przemówił, w jego głosie brzmiał wysiłek, a kiedy już powiedział, słowa jego były niczym burknięcie ‘Zawiodłem się na tobie, chłopcze’.
‘Wuju.’
Głos Roberta był teraz głęboki, a jego słowa płynęły bardzo wolno ‘Po pierwsze, nie jestem chłopcem, nie masz nade mną żadnej władzy, nie możesz mnie zmusić, przekonać, zastraszyć, czy jak to chcesz nazwać. I powiem to teraz, Wuju: Jeśli mam dla ciebie dalej pracować, czas po pracy będzie należał wyłącznie do mnie, chcę mieć własne życie. Myślę, że musimy tą sprawę postawić uczciwie. Może trzeba było to wyjaśnić nim się tu przeniosłem. ‘ John Bradley gapił się na młodego mężczyznę, który patrzył mu prosto w oczy. Widział w nim syna, którego zawsze pragnął mieć. Ale tak jak powiedział, nie był chłopcem: był mężczyzną, średniego wzrostu, ponad 5,1 stóp, o szerokich ramionach, mocnej krótkiej szyi i o kwadratowej twarzy, z zarysowanymi kośćmi policzkowymi; jego nos był odpowiedniej wielkości, a jego oczy były okrągłe i brązowe, wyglądały teraz na niemal czarne, z powodu widocznej w nich złości, brwi były wysoko umieszczone, podnosiły się wraz z wzrostem jego gniewu. Jego włosy, tak jak oczy miały odcień brązu, były gęste i jak na mężczyznę niezwykle długie, z tyłu nachodziły na kołnierzyk koszuli. To kolejna rzecz, o której chciał z nim porozmawiać, ale wszystko w swoim czasie. A teraz był tutaj, doszło do tej konfrontacji, tak jakby byli sobie równi, i oto po raz pierwszy od dnia ślubu jego małżonka widziała jak jego autorytet słabnie. Nawet jego córka może od tej chwili patrzeć na niego innymi oczami, bo w jej miłości do niego nie będzie już strachu, słusznej obawy, która jest nałożona przez Boga, miłującego ojca wszystkich.
Jednym ruchem obrócił się, wyprostował ramiona, otworzył szeroko drzwi i wyszedł na korytarz. Alice, jedną ręką kurczowo trzymając się szyi, drugą przykrywała usta, rzuciła jedno, pełne grozy spojrzenie w kierunku Roberta, zanim wybiegła za mężem.
Robert odwrócił się teraz i smutno popatrzył na Carrie. Ale Carrie wcale nie wyglądała na zasmuconą; z trudem próbowała ukryć uśmiech. Jej mała, dziecinna buzia drżała od powstrzymywanego śmiechu. Zbliżyła się do niego na palcach, spojrzała na Roberta, a jej podbródek poruszał się z lekka w jedną, to w drugą stronę i wyszeptała ‘Jesteś bardzo dzielny’. Odwróciła się i wybiegła z pokoju. Robert stał i patrzył na korytarz, który prowadził na półpiętro, gdzie znajdowały się sypialnie i myślał sobie ‘Nie pozwolę na to’.
Tim Yarrow, asystent wuja, który mieszkał w miasteczku Lamesley i pracował u niego od najmłodszych lat, zrobił aluzję ostatnio w piątek, mówiąc ‘Jak ci się układa, tam na górze?’. A kiedy Robert odpowiedział ‘Dobrze, całkiem dobrze’, Yarrow dodał zagadkowo ‘Przyjdź w sobotę, wtedy zobaczymy’.
Nadeszła sobota i zobaczył, i właściwie co miał z tym zrobić? Szedł właśnie do swojego pokoju, dłonią trzymając się drewnianej poręczy, przechylił się i spojrzał na rzecz leżącą na dole. Zastanawiał się czy zejść i to sprawdzić, czy zostać i przekonać się, co się wydarzy dalej. Wszystko zależy od tego jak jego wuj zrozumie jego zachowanie.
Po chwili zawrócił i zbliżył się do niskiego okna, które wychodziło na parter, wyjrzał, obejmując wzrokiem krajobraz wsi.
Był to ciepły dzień jak na połowę września, słońce lśniło na dachach wiejskich chat, położonych niżej, w dolinie. Nawet z tej odległości mógł dostrzec zarys starego Kościoła Świętego Andrzeja w Lamesley.
To był przyjemny widok. Wszędzie dookoła było ładnie, nie licząc oczywiście kopalń węgla. Ale i tak było tu dużo pięknych zakątków. Jakieś pół godziny temu Robert próbując pozbyć się złości, spacerował po wsi, chciał poznać mieszkańców, z którymi mógłby porozmawiać. Zdał sobie sprawę z tego, że była to jedyna rzecz, do której tęsknił, rozmowa, dialog, choćby ze zwykłym, prostackim chłopem. Na dole, w sklepie poniżej brzmiał głos lasu, przeplatany uwagami jego wuja i jego chrząknięciami; to pochrząkiwanie było jedyną oznaką aprobaty z jego strony. Kiedy wydawał polecenia miał mało do powiedzenia: wolał rysować na kawałku papieru to, czego chciał od swoich ludzi, podawał im tą kartkę z pobieżnym pytaniem: ‘Poradzisz sobie?’.

Wyprostował kark. Co miał zrobić? Co mógł zrobić oprócz czekania i przekonania się co nastąpi za chwilę. Poza tym, miał przed sobą cały dzień i nie chciał go zmarnować.
Pięć minut później zszedł po schodach na korytarz. Na chwilę się zatrzymał i spojrzał na typową kwadratową przegródkę dla parasoli i lasek. Leżała tam laska i kiedy spojrzał na nią pomyślał, że oto rzecz, którą musi zrobić, laska. Nigdy, do tej pory o tym nie myślał. Właściwie, któż oprócz kaleki mógłby używać laski w Jarrow? Odwrócił się w lewo, przeszedł przez drzwi, do kuchni. Wszystko tutaj było schludne i czyste, zupełnie jak jego ciotka. Nie było tylko zapachu niedzielnej pieczeni. Wczoraj jedli gorący obiad. I teraz wiedział, dlaczego. A właściwie, jakie to ma znaczenie? Może zjeść placek i wypić pół kwarty w jakiejś gospodzie. Szedł powoli dziedzińcem, w stronę jedynej otwartej bramy, zatrzymał się nagle, obejrzał na prawo i lewo. Wszędzie było cicho. Zastanawiał się, czy wszyscy Parkins’owie byli w kościele, a może niektórzy poszli do zboru? Cokolwiek wybrali. To było dosyć śmieszne, jeśli się nad tym zastanowić. Rodziny nie miały większej alternatywy w wyborze religii, musieli podążać za wyborem swoich rodziców. Tam gdzie mieszkał miał ku temu dobry przykład. A, lepiej zapomnieć o wuju i jego przeklętej wierze. Był to piękny dzień, stworzony po to by patrzeć na niebo, oddychać pełną piersią, czuć przypływ sił w nogach. Zszedł z drogi, a kiedy był już blisko końca dziedzińca Parkinsów, który ciągnie się od strony domu usłyszał głos ‘Dzień dobry panie Bradley'.
Zatrzymał się i spojrzał na młodą kobietę, w dłoni trzymała blaszane naczynie, w którym leżały dwie kapusty. Uśmiechnął się i odpowiedział ‘Dzień dobry pani’. Obserwował ją, gdy powoli podeszła do ogrodzenia. Szła beztroskim, żwawym krokiem, ruch bioder kołysał jej pasiastą spódnicą na jedną i drugą stronę, a kiedy była już blisko niego powiedziała ‘Jestem Nancy Parkin’.
‘Miło mi cię poznać panno Parkin’.
‘I ciebie panie Bradley. Jak ci się podoba życie na wsi?’
‘Jak na razie dobrze. Wszystko tu jest nowe, ale bardzo zdrowe’.

Robert wziął głęboki oddech, wyprężył klatkę piersiową i poklepał się po niej, oboje roześmieli się.
‘Nie jesteś w kościele?’
Odwrócił głowę by na nią spojrzeć ‘Jakiego wyznania jesteś, jeśli mogę wiedzieć?’
‘ Ja?’
w jej głosie słychać było kpinę ‘wyznaję pogańską wiarę’. Na te słowa oboje znowu się roześmieli, tym razem głośniej, a kiedy powiedział ‘Z chęcią przyjdę na takie spotkanie, kiedy tylko chcesz’, wykrzywiła głowę i przycisnęła swoją dłoń do ust, podczas, gdy całe ciało drżało od śmiechu, za chwilę wyprostowała się, próbując przybrać uroczysty wyraz twarzy ‘Ech, to niedziela. Pogaństwo, czy nie, to zawsze niedziela’.
‘Masz rację. Mimo wszystko to zawsze niedziela’. Także i on próbował pozbyć się z twarzy figlarnego wyrazu, gdy zapytał ‘Jak się czuje twoja młodsza siostra?’.
‘Och, znacznie lepiej. Ale coś ci powiem’.
Przysunęła głowę bliżej niego. ‘Założę się, że mała Carrie nie będzie zadowolona z tego szybkiego zdrowienia, ponieważ nasza Gladys musiała od wielu lat grać rolę strażniczki tej biednej dziewczyny’.
Zasznurowała ciasno wargi i kiwnęła głową, Robert naśladując jej gest nachylił się ku niej mówiąc ‘Więc tak się sprawy mają?’. Na to dziewczyna odpowiedziała ‘Tak właśnie jest. Jeśli nie będzie uważać jej ojciec odda ją do klasztoru. Ponownie klasnęła ręką w usta; nagle zmieniła ton, stał się niemal sztywny, kiedy powiedziała ‘Są protestanckie klasztory, czy coś w tym stylu, prawda?’.
‘Wydaje mi się, że tak’
. Kiwnął głową. ‘Nie miałem okazji przebywać w żadnym, jak do tej pory, chociaż…’.
Jego słowa zostały przerwane przez jej śmiech, który znowu przyszedł niczym poryw wiatru, którego nie można powstrzymać.
A kiedy z domu rozległ się krzyk ‘Nancy’, dziewczyna zdusiła śmiech, wskazując na kapustę ‘Obiad… to moja matka. Założę się, że pierwsze, co usłyszę w drzwiach, to będzie „Stałaś i patrzyłaś się jak rosną?”. Trele morele, do zobaczenia’.
‘Mam nadzieję, do zobaczenia’.

Odwróciła się i wbiegła do chaty, a on skierował kroki z powrotem do wioski. Szedł szybkim krokiem. Była miłą dziewczyną, żywą. Była dobrym towarzystwem; znalezienie jej w tej dziurze, na niemal końcu nie wiadomo czego było miłą niespodzianką. Nie było tak źle, mimo wszystko życie tu może być całkiem ciekawe… Czyżby to znaczyło, że chce się tu osiedlić? Zobaczymy.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 10:17   

Moniczko, dopiero teraz przeczytałam drugi fragment, który przetłumaczyłaś bardzo plastycznie :grin:
Ten opis Roberta świetny:
" Ale tak jak powiedział, nie był chłopcem: był mężczyzną, średniego wzrostu, ponad 5,1 stóp, o szerokich ramionach, mocnej krótkiej szyi i o kwadratowej twarzy, z zarysowanymi kośćmi policzkowymi; jego nos był odpowiedniej wielkości, a jego oczy były okrągłe i brązowe, wyglądały teraz na niemal czarne, z powodu widocznej w nich złości, brwi były wysoko umieszczone, podnosiły się wraz z wzrostem jego gniewu. Jego włosy, tak jak oczy miały odcień brązu, były gęste i jak na mężczyznę niezwykle długie, z tyłu nachodziły na kołnierzyk koszuli"

Postawił się Nasz bohater wujowi, a co... :mrgreen:

Co do tłumów przeglądających ten temat to jeszcze wszystko przed Nami.
Na razie dziewczyny nie wiedzą co dobre :razz:

Monika, cały czas chcę Cię zapytać co to za obrazek (z jakiego filmu) wyświetla się u Ciebie na koniec postu? Bardzo mnie to intryguje.
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 10:22   

Ja już się zainteresowałam, tylko nie mam czasu, żeby spokojnie przeczytrać...
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 10:32   

W takim razie witam chlebem i solą "Harry od kota" :wink:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 13:01   

Hello Harry :hello:
Postaram się dziś wkleić kolejną część drugiego rozdziału, skubany, ciągnie się w nieskończoność :wink:
Gitko, ten drugi avatarek obok N&S jest z serialu "Prison Break". Poniekąd, moja obecna fascynacja :grin:
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 20:25   

Wiedziałam, ja też oglądam (13 odcinek już za mną) chciałam się upewnić :wink:
Ale wracając do tematu.
Cierpliwie czekam i tak przecież jestem Ci wdzięczna z całego serca!
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 24 Lip, 2006 21:13   

Ja już jestem po odcinku 15 i bardzo trudno mi się oderwać :grin:

Rozdział 2 - cd.

Dawno nie spędził tak przyjemnego dnia. A przecież nie odszedł znowu tak daleko od wioski, nie więcej niż pięć mil, ale wiedza, jaką dziś zdobył o tej miejscowości była spora. W gospodzie, w Lamesley poznał starego gawędziarza, zapłacił mu dwiema kwartami piwa, by posłuchać o historii tej ziemi.
Stary mężczyzna zapytał go, czy jest przyjezdnym w tej okolicy, i wtedy powiedział ‘Nie ma o tych stronach czegoś, czego bym nie wiedział. Żyję tu odkąd byłem małym chłopcem, od przeszło siedemdziesięciu lat. Pracowałem w zamku przez trzydzieści lat’.
‘W zamku?’
‘Tak, w zamku Ravensworth. Jest tam.
’ Pokazał palcem na zniszczone ruiny zamku, w pobliżu, którego stał dziedzic, pan Hardy. ‘Wspaniała budowla, ten zamek. Pochodzi z zamierzchłych czasów. Początkowo był fortecą. Duńczycy zajmowali go przez jakiś czas, uwierzysz?’.
‘Nie!
’. Uśmiechnął się do starca. ‘Duńczycy? Nie uwierzę, że Duńczycy kiedyś tu żyli’. Jego ignorancja była dla starego zachętą by kontynuować. Gdy później wyszedł z gospody, zdał sobie sprawę, że nie tylko jest przepełniony lokalną wiedzą, ale także, że nikt nie zapytał o jego nazwisko, wszyscy w szynkarni zdawali się wiedzieć, kim był. Nawet ten stary opowiadacz.
‘Jeśli potrzebujesz plotek,’ jego ojciec zawsze mawiał, ‘zamieszkaj na wsi. Każda wioska ma swój własny system kolporterażu i może konkurować nawet z telegrafem’.
Była szósta wieczorem, był brudny i zmęczony i wciąż cztery mile od domu, do którego nie dotrze przed siódmą, nawet gdyby wracał galopem. Jego ostatnim posiłkiem była filiżanka herbaty o szóstej. Jego wuj nie wierzył w kolacje: rozbudza cię – mawia - poza tym jest przyczyną bólów żołądka.
Tak więc miał przed sobą perspektywę spędzenia wieczoru o pustym brzuchu, ta myśl sprawiła, że zdecydował się na kolejne pół kwarty i kawałek ciasta, a nawet dwa, kiedy zobaczył przed sobą gospodę leżącą nie za blisko drogi. Gospoda nazywała się „Byk”, a wejście Roberta do głównego bufetu wzbudziło ciekawość czterech mężczyzn, siedzących w kącie, przy kominku, w którym nawet w taki ciepły dzień tlił się kopiec drewien. Dwóch mężczyzn stało w kącie, przy barze, również oni zwrócili twarze w jego kierunku. Jedynymi, których nie zainteresowało jego przyjście było trzech mężczyzn, odwróconych w kierunku bufetu, siedzącym przy stole, w najdalszym kącie. Jeden z nich zastanawiał się nad czymś głośno, co wzbudzało zainteresowanie pozostałych dwóch.
Co podać… sir?’
‘Połówkę gorzałki i te kanapki
’. Skinął na duży półmisek, na którym piętrzyły się sandwicze. Z czym są?’.
Z wołowiną, świeżo pieczona polędwica wołowa, sir. Delikatniejszej nigdzie nie dostaniesz’.
‘W takim razie poproszę dwie’
. Coś takiego, zwracano się do niego „proszę pana”. W Jarrow byłoby to nie do pomyślenia.
Barman przyniósł połówkę gorzałki i dwie kanapki na talerzu, ale Robert nie podniósł ich, tylko skierował się do pustego miejsca, naprzeciwko czterech mężczyzn. Pomiędzy kolejnymi łykami z kuflów przyglądali mu się bacznie. Robert zwrócił się do barmana, stwierdzając. ‘Wspaniały dziś dzień’.
‘To prawda. Bardzo upalny’
‘O tak, ma pan rację’
‘Dużo pan dziś przeszedł?’
‘Sporą odległość’
‘Mieszka pan gdzieś niedaleko’

Przez chwilę Robert nie odzywał się, uśmiechał się tylko w duchu, myśląc- O to wreszcie ktoś, kto nie wie, kim jestem. Skłonił lekko głowę mówiąc ‘Można tak powiedzieć. Jestem bratankiem Johna Bradley’a, z wioski blisko Lamesley’.
‘Ach tak’.
Głos barmana był na tyle głośny, by zwrócił uwagę jednego z trzech mężczyzn siedzących przy stoliku obok, obrócił się i spojrzał w kierunku Roberta. Barman kontynuował ‘Bratanek Bradley’a. Słyszałem to i owo. A niech mnie, bratanek Johna’.
Robert spoglądał na obecnych. Tamci patrzyli na siebie, kiwali głowami, a ich niema reakcja była równie zrozumiała, niczym wypowiedziane słowa. Na chwilę zapanowała kompletna cisza na sali, nawet najbardziej gadatliwy z trójki mężczyzn zamilkł. Robert pojął teraz, że mężczyzna wypił więcej niż był w stanie, bo jego mowa nie była niczym innym jak pijackim bełkotem.
Kończył właśnie drugą kanapkę, która bardzo mu smakowała, kiedy barman pochylił się w jego kierunku i zapytał cicho ‘Czy twój wuj wie, że tutaj jesteś?’. Robert spokojnie dokończył posiłek, nalał sobie do pełna piwa, napił się, odstawił kufel na ladę i dopiero wtedy odpowiedział tak samo cicho ‘Nie wiem’.
‘Cóż’
– barman wyszczerzył zęby w lekkim uśmiechu i rzekł ‘to mu się nie spodoba, kiedy się dowie, twój wuj jest zagorzałym przeciwnikiem picia. Zwolnił Johna Masona, to ten, który siedzi tam, bliżej ognia, kilka lat temu, bo ten się upił i to w niedzielę. Twój wuj dostaje obłędu na widok alkoholu’.
‘Tak, no cóż
– Robert mówił teraz nieco wolniej – nie zdziwię się, jeśli to będzie jedyna z wielu rzeczy we mnie, która będzie go doprowadzać do obłędu’.
Nie spodziewał się wybuchu śmiechu, który po tych słowach nastąpił. Wreszcie jeden z mężczyzn odezwał się. Miał na karku pięćdziesiątkę, był gruby, ale jego głos brzmiał bardzo młodo i melodyjnie ‘A ja nie zdziwię się, jeśli długo u staruszka nie zabawisz’.
‘To byłaby duża niespodzianka’
. Lakoniczna odpowiedź Roberta ponownie wywołała wesołość wśród pozostałych, przy stoliku trzech mężczyzn rozległo się jakieś poruszenie, pijany mężczyzna próbował wstać o własnych siłach, zataczając się, jeden z jego kompanów przyszedł mu z pomocą, ratując od upadku. Kiedy dotarli wreszcie do baru, podchmielony mężczyzna wybełkotał ‘Jeszcze jeden Billy’. Barman odparł cicho ‘Na dzisiaj koniec, Jimmy. Na dziś koniec. Piłeś cały dzień’.
‘Co do diabła? Jesteś tu by obsługiwać klientów, czy nie? No dalej, do pełna, i nie zaczynaj ze mną. Przez ostatni tydzień sporo było takich, którzy chcieli ze mną zadrzeć. Nie dotknąłem jej. Nie mógłbym. Gdyby była inna, wszystko by wyglądało inaczej, właśnie to powiedziałem przed chwilą Samowi. Czy nie tak, Sam’
– odwrócił się do swojego towarzysza, Sam potwierdził ‘Ta Jimmy, tak było’.
‘Cholerny drań z tego młodego panicza Rolada. Jaki ojciec taki syn. Panicz Roland, też coś! Panicz to, panicz tamto. Na Boga! Przyjdzie jeszcze dzień, w którym napluję mu prosto w twarz. Nie chciał mnie słuchać, podniósł na mnie bat. Gdyby nie to, szybko przetrzepałbym mu kości’.
‘Już dobrze, Jimmy. Wracaj do domu’.

Pijany mężczyzna, który jak zauważył Robert był niewiele starszy od niego, cofnął się i chwiejąc na nogach, z płaczem mamrotał ‘Nie dotknąłbym jej. Złapała mnie po prostu za rękę. Nikt by jej przecież nie dotknął, nie w ten sposób. Ale ten drań … dopadnę go. Dopadnę go któregoś dnia’.
Barman skinął głową pozostałym dwóm koleżkom, podtrzymujących Jimmego, pozdrowili go i wyszli razem z pijanym kompanem. Szedł szybko, ale słychać było wyraźnie jego płacz, ten dźwięk wywołał w Robercie smutek. Bo nie było nic bardziej żałosnego dla ucha, niż płacz dorosłego mężczyzny, choćby pijanego. Barman wycierał ladę, wyjaśniając sytuację Robertowi ‘Thorman’owie wyrzucili go. No wiesz, z Foreshaw Park. A może jeszcze nie wiesz; to jest jakaś mila drogi stąd. Jeśli będziesz szedł tą stroną drogi przetniesz granicę ich ziemi. Ale to jest najdłuższa trasa do twojej wioski, choć z drugiej strony przyjemny może być spacer w taką letnią noc’.
‘On… wszedł z kimś w konflikt… zrobił komuś krzywdę?’
‘Nie, nie. Nie zrobił nic złego, nie jej. To najmłodsza córka państwa domu. Nie jest całkiem normalna. Tak niektórzy mówią; inni że praca tam jest inna od wszystkich. Mówiąc prawdę, nigdy się jej dobrze nie przyjrzałem. Ale jesteśmy tu od jakiś dziesięciu lat, a dziewczyna ma około siedemnastu. Słyszałem z pewnego źródła, że ma napady szału ilekroć przemyka się do lasu. Tutejsi nadali jej przezwisko „Ćma Thormana”. Zabawne, czyż nie?’
‘Tak, to zabawne imię dla dziewczyny, Ćma’.
‘Smakowały kanapki?’
‘O tak, bardzo’
‘A może skusisz się na jeszcze jedną?’
‘A właściwie nie mam nic przeciwko’.

Zjadł kolejną kanapkę, wypił następne pół kwarty piwa i było około siódmej, gdy opuścił bar. Żadnych nowych klientów nie przybywało, czterej mężczyźni nadal siedzieli przy stole, robiąc przerwy jedynie na kolejki piwa.
Rozmowa z barmanem kręciła się później już tylko wokół pogody, jaki ma ona wpływ na farmerów, i na koniec, dlaczego jego knajpa była dziś praktycznie pusta. To niedziela wieczór – powiedział – i mężczyźni nie schodzą na dół, do górniczych szybów. Ale przyjdź tu jutro w południe, albo jutro wieczorem i przekonasz się jak tu jest tłoczno. Ale niedziela to dla nas posucha, przynajmniej w tej części świata. Dodał żartobliwie ‘Co oczywiście cieszy twojego wuja’.
Zapadł zmierzch, księżyc świecił wysoko. Wybrał ścieżką, o której mówił barman, i kiedy przechodził drogą, wyściełaną przez aleję drzew, ujrzał nagle dwa, żelazne wrota bramy, domyślił się, że to wejście do Foreshaw Park. Dostrzegł też, że brama od dawna nie była malowana i czyszczona, i z tego, co widział dalej w głąb majątku, wszystko nosiło oznakę zaniedbania, ogród rósł dziko. Ale gdy szedł dalej, wywnioskował, że najpewniej jest tu gdzieś inna brama, ponieważ nigdzie w pobliżu nie dostrzegł stróżówki, a z tego, co wiedział były one przy każdej głównej bramie w wielkich domach.
Posiadłość, którą właśnie zobaczył, była odgraniczona na całkiem sporą odległość przez wielki mur, obrośnięty pnącym bluszczem, który – pomyślał z rozbawieniem – stanowiłby dużą uciechę dla wspinającego się dziecka, nic jednak nie wskazywało na obecność małych dzieci w tym miejscu. Pamiętał czasy, kiedy jako chłopiec przemierzał kilka mil w weekendy żeby wspinać się po murze, na tyłach, którego rosły jabłonie.
Tam gdzie mur się kończył, zaczynało się drewniane ogrodzenie, im dalej szedł, widział jak bardzo wszystko było tu zniszczone. Duża ilość drewnianych belek przechylała się na drugą stronę, inne natomiast leżały na ziemi. Musiało to wszystko tak wyglądać już jakiś czas, ponieważ pokrzywy i chwasty wrastały w nie.
To był pierwszy ślad zaniedbania, jaki widział w tych okolicach, a przechodził już obok kilku całkiem sporych posiadłości, świetnie utrzymanych. Tutaj natomiast widać było nawet rysy na szybach muru. Nie sądził jednak, że teren ten ma duże znaczenie dla właścicieli, droga tutaj była jedynie wąską ścieżką, na której trudno byłoby się poruszać.
Błysk jasnego światła za ogrodzeniem przykuł jego uwagę, przystanął i zaczął iść w jego kierunku. Poruszał głową w jedną i drugą stronę, z pewnym wysiłkiem próbując coś dostrzec spomiędzy drzew, pomyślał ‘To woda. Rzeka musi tędy płynąć’. Myślał o tym, przeskakując barierkę, opierając się na ogrodzeniu, by lepiej zobaczyć. Tak, to był długi, wąski, księżycowy odcinek wody, która nie mogła mieć więcej niż trzydzieści jardów długości. Słyszał, że rzeka Team zaczyna się w Tanfield i była teraz poszerzana.
Chyba nie było nic złego w tym, że tu był i patrzył na rzekę, jak daleko mógł spojrzeć, cały obszar tej ziemi, oczywiście prywatnej, był tak zapuszczony, że wątpił czy ktokolwiek z mieszkańców posiadłości wypuszcza się na takie długie wycieczki. Dlaczego nie podejść bliżej? Nie zadał sobie nawet trudu cofnąć się do miejsca, gdzie sztachety ogrodzenia leżały wzdłuż rowu. Zamiast tego, chwycił mocno górę płotu, przeskoczył na drugą stronę i upadł jak długi na ziemię, a ogrodzenie razem z nim. Przez chwilę nie podnosił się, leżąc z rozłożonymi ramionami, a całe jego ciało trzęsło się od śmiechu. Nie był tak sprytny jak sądził; zreperował dziś cztery okiennice, a teraz nie dał rady temu staremu ogrodzeniu. Miał mały problem z wydostaniem nogi, która zaklinowała się między dwa pale i jakiś drut.
Ostrożnie wstał, strząsnął drut i poszedł dalej, szedł między modrzewiem, aż doszedł do pastwiska. Patrząc w kierunku pasma wody, przekonał się, że zamiast być bliżej rzeki, oddalił się od niej. Spojrzał w górę. Księżyc lśnił wysoko, niebo było tak przejrzyste, że wydawać by się mogło, że to już świt.
Szedł naprzód, stawiając rozważnie każdy krok, zauważył też, że nie tylko grunt, po którym teraz szedł był stromy, ale i po jego lewej stronie urwisko gwałtownie opadało w dół. Zatrzymał się raptownie na skraju małego urwiska, który opadał postrzępiony w dół 30 stóp, ku wąskiemu, piaszczystemu nasypowi, uformowanego wzdłuż jeziora.
‘A niech mnie’ - wymamrotał głośno, nigdy nie widział czegoś równie pięknego. Możliwe, że w świetle dziennym wyglądało to na stary kamieniołom, pewnie na początku tym właśnie było, kopalnią, która teraz przeobraziła się w potok, biegnący najprawdopodobniej z rzeki Team. Ale teraz, za sprawą księżyca, topiącego się w wodzie, stwarzał wrażenie najpiękniejszego z jezior, jakie ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.

CDN. :wink:
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 09:41   

Następny duży fragment :grin:
No i Robert dowiaduje się o istnieniu Ćmy :grin:
Akacja się powoli rozwija.
Dodam trochę okładek do angielkich wydań.[img=http://img238.imageshack.us/img238/4306/cmagz5.th.jpg][/url]

 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 09:44   

Następne


 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1634
Wysłany: Wto 25 Lip, 2006 20:27   

Wreszcie udało mi się przeczytać :)
Moni, będę czekać na więcej, w ogóle nie znam ani książki, ani filmu, nie czytałam ani jednej książki tej autorki. A robi się ciekawie. :)
I jakie wielkie te ciacha! Chyba w piecu chlebowym je wypiekasz :mrgreen:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Sro 26 Lip, 2006 09:09   

Caroline napisał/a:

I jakie wielkie te ciacha! Chyba w piecu chlebowym je wypiekasz :mrgreen:


Tylko wydają się takie wielkie, a w książce w tłumaczeniu jestem dopiero na 36 stronie i tak sobie myślę, że pewnie do Bożego Narodzenia nie skończę :thud:
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Caitriona 
Byle do zimy!



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11514
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 26 Lip, 2006 12:29   

Monika napisał/a:
Tylko wydają się takie wielkie, a w książce w tłumaczeniu jestem dopiero na 36 stronie i tak sobie myślę, że pewnie do Bożego Narodzenia nie skończę

My jesteśmy cierpliwe i możemy czytać te fragmenciki nawet do Wielkanocy ;)
_________________
And clouds full of fear
And storms full of sorrow
That won't disappear
Just typhoons and monsoons
This impossible year

 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Sro 26 Lip, 2006 16:10   

W zupełności się zgadzam z moją przedmówczynią!
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1634
Wysłany: Sro 26 Lip, 2006 18:37   

Tak jest! Poczekamy :D
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Sro 26 Lip, 2006 21:13   

Moniko! :thud:

Naprawdę podziwiam Twój zapał i efekty pracy.
Książka zapowiada się ciekawie, muszę zajrzeć do biblioteki po inne tej autorki.

Będę tu stałym gościem :grin:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Czw 27 Lip, 2006 18:51   

Dziewczęta, jesteście naprawdę kochane, a to za Wasze miłe słowa :wink:

Ale wiem, że sporo w tym tłumaczeniu niedociągnięć, nie sądziłam, że to takie trudne, naprawdę chylę czoła przed wszystkimi tutaj zgromadzonymi tłumaczkami :thud:

Zaraz wklejam kolejną część :wink:
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Czw 27 Lip, 2006 19:01   

Przyznam, że bardzo lubię ten rozdział, odkrywa wrażliwość Roberta, jego artystyczną duszę i za kazdym razem gdy tłumaczę którąś część, przed oczami stoi mi Davenport w tej roli :grin: Tym razem o wiele krócej...

Rozdział 2
Cd.


Drzewa naprzeciwko piaszczystego brzegu rozciągały się po części wokół obwodu, na prawo od niego.
Odwrócił wzrok od lasu i spojrzał tam gdzie łąka łagodnie opadała w dół, ku rzece.
Idąc wolnym krokiem, zszedł po stromym zboczu, mijając ostatni skalisty występ, który miał nie więcej niż dwie stopy wysokości. Stanął wreszcie na powierzchni, wolnej od kamieni, podmywanej cyklicznie przez długie lata przez jezioro, brzeg cały pokryty był pianą.
Ech! Nigdy nie widział równie przyjemnego widoku. Woda błyszczała jak żywe srebro, a księżyc lśnił jak złota kula w jego środku. To była niezapomniana chwila, pomyślał, że minie dużo czasu zanim doświadczy czegoś równie intensywnego jak teraz.
Obrócił się i spojrzał za siebie. Nisko położone skały, blisko końca ściany kamieniołomu były równe i płaskie. Podszedł, podciągnął się w górę i usiadł na kamiennym występie.
Nie potrafił później sobie przypomnieć jak długo tak siedział, zadumany, w podziwie nad cudownością zjawiska, które oglądał. Jedyne, co wiedział to, że ten obraz w jakiś sposób odcisnął piętno na jego dalsze życie, na jego spojrzenie na świat, jakże pięknie jezioro wryło się w polanę, wśród drzew.
A przynajmniej, tak mu się wydawało, ponieważ w przeciwieństwie od tego odcinka plaży, reszta jeziora otoczona była przez ciemny pas drzew, niewielką część modrzewiu i niskich krzewów, takich jak choćby te, koło których niedawno przechodził.
To się zdarzyło w chwili, w której mówił sobie niechętnie, że pora już odejść, nagle całe jego ciało zesztywniało. Poczuł jak zamiera jego oddech, podczas gdy jego umysł był niezwykle pobudzony. Zapytał sam siebie czy przypadkiem nie jest pijany, w tej samej chwili zaprzeczając temu przypuszczeniu. To prawda, że wypił dzisiaj cztery pół kwartówki piwa, było to dwa razy więcej niż zazwyczaj pił, ale nie był pijakiem, a jego umysł znakomicie pracował. Ale pod jakimś względem ta niedziela była niezwykła… i kończyła się właśnie na chwili, w której widział „istotę”, wytwór swojej wyobraźni.
Raz jeszcze jego umysł próbował zaprzeczyć: to nie była jego wyobraźnia, on naprawdę widział to „coś”, zbliżające się wzdłuż brzegu jeziora. Wynurzyła się z pasma mrocznych drzew i teraz oświetlona księżycem, świecącym w całej swej pełni, unosiła się dobrych kilka stóp nad ziemią.
Boże, miej mnie w swej opiece! Ułożył ręce za siebie na kamieniu, jakby miał się zaraz zerwać i uciec, co sił. Ale na razie nic nie robił, jego plecy były wygięte w łuk, głowa leżała między ramionami, tak jakby ktoś uderzył go w twarz. Ta istota zbliżała się ku niemu, była coraz bliżej: miała skrzydła, wyglądała jak wielki nietoperz, tyle, że szary.
Dopiero, gdy stworzenie było jakieś dziesięć jardów od niego zauważył, że nie unosiła się w powietrzu, ale miała stopy, a to, co wziął za skrzydła były ramionami, wyciągniętymi w jego kierunku. Ponownie wyszeptał „Boże miej mnie w swej opiece!”. I wtedy istota zatrzymała się przed nim, na długość wyciągniętej ręki i patrzyła na niego. A on patrzył na nią.
Spoglądał na twarz przykrytą szarym kapturem. Wszystko było tak niesamowite i dziwne, że nie mógł nawet dobrze opisać tego, co widział: oczy miały owalny kształt – nie mógł dostrzec ich koloru; rzęsy były ciemne; miała bladą cerę, mały nos, buzię miała szeroką, usta były cienkie, choć ładnie wykrojone; były teraz rozchylone, mógł dojrzeć język leżący łagodnie między zębami.
Nigdy w życiu nie widział takiej twarzy. Nie mógł powiedzieć, że była piękna, ładna czy zwyczajna, było w niej coś, czego nie mógł w tej chwili zrozumieć.
I wtedy przemówiła: 'Witaj'.
Fakt, że wypowiedziała to tak jakby spotkała przez przypadek przyjaciela, spowodował, że ciarki przeszły mu po kręgosłupie, zrozumiał wtedy, że nigdy w swoim życiu, aż do tej chwili nie odczuwał strachu. Nikogo się nigdy nie bał, nawet w szkole nie czuł lęku przed nauczycielami, a wśród nich było kilku trudnych.
I nigdy nie bał się fizycznego bólu; jako młody chłopak stoczył wiele bójek.
Żaden człowiek, czy sytuacja nie spowodowały wcześniej by odczuwał strach, ale czuł go teraz, tak jakby dotknął istoty, która nie była z tego świata, nie był to anioł, ani duch, ale coś dziwnego. Coś, co nie należało do tego świata. Kim była… czym była?
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Czw 27 Lip, 2006 19:24   

No i zobaczył ją...
Moniko bardzo dziękuję za następny fragment :grin:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pią 28 Lip, 2006 12:04   

Ufff.... dociągnęłam do końca rozdziału drugiego :grin: Oto i on ...

Rozdział II

I oto odpowiedź nadeszła, wraz z jej stwierdzeniem: ‘Myślałam, że jesteś Jimmym’.
Jimmy, Jimmy, to imię dzwoniło mu w uszach. Jimmy. Pijany mężczyzna w „Byku”, ten, który został zwolniony nazywał się Jimmy.
Wyrzucili go, ponieważ myśleli, że za bardzo wtrąca się w sprawy córki swoich pracodawców… Ćma Thormana, ta która nie była całkiem normalna. Tak chyba wtedy powiedział?
Jak ci na imię? Czyż nie jest to piękny wieczór? I czy księżyc nie jest wspaniały?
I kiedy poruszyła się, tak jakby wzlatywała w górę, podeszła do niego i usiadła blisko, Robert odsunął się. Spiął ramiona, wyprostował kark, stwarzając przestrzeń między nimi dwojgiem na tej skalnej półce, chciał się już podnieść, gdy nagle ponownie powiedziała ‘Proszę, nie musisz się niczego obawiać’.
Patrzył teraz na nią otwarcie i uważnie. Światło księżyca odsłoniło całą jej postać, spojrzał w jej oczy, dojrzał w nich głęboki smutek, wprawiający w zakłopotanie.
Pragnęła go uspokoić, mówiąc ‘Nie zrobię ci krzywdy’. Poczuł ogromną chęć by się roześmiać: ta krucha, nieziemska istota miałaby skrzywdzić go! Ano właśnie, to słowo w pełni oddawało charakter tej istoty, wreszcie to pojął, jej nieziemskość. Tym właśnie była, pozbawiona cielesnej powłoki.
Mimo, że żyła: była młodą dziewczyną, miała ciało… ale na tym koniec. Peleryna opadła na ziemię i ku swojemu zawstydzeniu zobaczył jak szczupła była, ponieważ okrywała ją teraz tylko cienka nocna koszula.
Gdyby ujrzał ją w Jarrow, pewnie określiłby ją chudą jak wiór… jak leśny wiór. Takie szczupłe kobiety jego ojciec zwykł nazywać kościstymi szkieletami. Jeśli nawet pasowało to do tej istoty, te słowa wydawały się mimo wszystko w jej przypadku czymś w rodzaju bluźnierstwa.
‘Nie porozmawiasz ze mną?’
‘Oczywiście, że tak, panienko’
. Jego głos brzmiał jak chrapliwy dźwięk. ‘Choć muszę przyznać, że narobiła mi panienka niezłego stracha’.
‘Och’.
Jej oczy straciły smutny wyraz, a kąciki ust poruszyły się w górę i wydały odgłos, podobny do śmiechu, ale zabrzmiał tak niezwykle, wręcz przerażająco, i wtedy odpowiedziała ‘Twój głos jest bardzo podobny do Jimmego. Choć, choć może nie całkiem. To był ten ton, który wydał mi się taki podobny, nie twoje słowa. Jimmy mamrocze, Roland mówi, że to, dlatego że Jimmy jest prostym człowiekiem… Znasz Jimmego?’
Dopiero po chwili odpowiedział ‘Nie panienko; … Nie znam Jimmego’.
Nie patrzyła na niego, wzrok uniosła ponad jeziorem i powiedziała, jakby do siebie ‘Dlaczego niektórzy ludzi nazywani są prostymi, a drudzy inaczej… Hmm… niezwyczajni?’ Zapytała go ‘Czy wiesz, dlaczego?’. Odpowiedział ‘Myślę, że słowa „prosty, pospolity” stosowane są do określenia pracujących ludzi, a ci pozostali nazywani są dżentelmenami’.
‘Och tak, tak’
. Skinęła głową, na jej twarzy ponownie pojawił się uśmiech. ‘Tak samo powiedziałaby Agnes’.
‘Agnes?’
‘Tak. Agnes rozumie niemal wszystko. Zawsze potrafi wyjaśnić, wytłumaczyć sprawy, których nie rozumiem; oprócz istnienia księżyca. Przykro mi, że nie lubi księżyca, bo ja go kocham. Spójrz teraz, topi się w jeziorze, ale pozostawia po sobie światło’.

Spojrzał tam, gdzie odbicie księżyca łagodnie lśniło na powierzchni wody, pomyślał, Cóż za dziwne słowa: pozostawia po sobie światło. Ale była przecież niezwykłą istotą, nie całkiem zdrową na umyśle; choć nie całkiem szaloną, tylko trochę naznaczoną. Jaka szkoda! Jak Bóg mógł taką istotę uczynić chorą.
Odezwała się znowu, tym razem miękko szeptała, oczy kierując w stronę jeziora ‘Kiedyś opowiedziała mi historię o księżycu. Mówiła, że kiedy odbicie księżyca dotknie wody, zamienia się ono w złoto; ale nie wolno ci go ukraść, bo jeśli to zrobisz, noc straci swój uśmiech’. Obróciła się, spojrzała na niego i dokończyła ‘Jedyny uśmiech nocy to księżyc’.
Mój Boże. Cóż za niezwykłe słowa. Mimo wszystko brzmiały bardzo pięknie.
‘Czy wiesz, czym są gwiazdy?’
‘Nie, panienko’
‘Gwiazdy to łzy, które roni księżyc. Tak mówiła Agnes; stworzyła wiersz na ten temat. Czy potrzymasz moją dłoń?
’.
Gwałtownie wstał, gdy tylko chwyciła go za rękę. Czuł chłód jej palców, były szczupłe i delikatne. Ciągle trzymała dłoń w jego ręce, a on cały się trząsł, ‘Myślę, że panienka powinna już wracać do domu, to chyba dobry pomysł, nie sądzi panienka?’
‘Nie, jeszcze nie teraz, tam jest przyjęcie. Przyrzekłam Agnes, że zostanę w swoim pokoju. Ale odsunęłam zasłonę i wyjrzałam przez okno i on tam był’.
Wskazała drugą ręką na księżyc, który teraz nieznacznie pokrył się małymi, białymi, mknącymi po niebie chmurami. Mówiła dalej ‘Nic nie mogę na to poradzić, kiedy księżyc się pojawia, ja również muszę tutaj przyjść … nie jestem szalona’.
Zachłysnął się powietrzem. ‘Jestem pewien, że nie jesteś panienko’, odpowiedział jej.
‘Agnes wie, że nie jestem obłąkana, i Dave to wie’.
‘Czy Dave to twój brat?’
‘Ależ nie. Dave to stary służący, a Peggy jest jego żoną. Ona często powtarza, że pomogli mi przyjść na świat. Zabawne, prawda? To znaczy, chodzi mi o te śmieszne słowa, pomóc przyjść na świat. Zastanawiam się nad słowami. Gdzie mnie sprowadzili? Skąd?’.

Robert gapił się na nią, oniemiały. Może i część jej osobowości wytrącała z równowagi, ale była też część jej, która była dociekliwa, stawiała pytania i oczekiwała odpowiedzi. Tak jak powiedziała, coś zabawnego było w tym określeniu, sprowadzić na świat. Ale to był potoczny zwrot. Bóg powinien się wstydzić, stworzył tą biedną istotę… Ale nie powinien myśleć o niej jako o stworzeniu, była młodą dziewczyną, w przedziwny sposób niezwykle piękną. Dopiero teraz dostrzegł jej piękno: kaptur zsunął się z jej głowy i odkrył włosy o cudnych, srebrnych nitkach. Gdyby uwieńczały inną twarz, określałyby wiek tej osoby, ale na tej dziewczynie były niczym aureola, spowita wokół jej głowy. Włosy opadały rozpuszczone, ale końce chowały się na ramionach, pod płaszczem.
‘Jak ci na imię?’
‘Robert, panienko. Robert Bradley’.
‘To ładne imię, takie silne’.
‘Tak panienka myśli?’.
Uśmiechnął się do niej łagodnie.
‘Tak. Sporo wiem o imionach, a przynajmniej o niektórych. Mam trzech braci: Arnolda, Rolanda i Stanley’a. Nie lubię ich’.
‘Nie lubisz ich imion?’
‘Nie, nie imion. Nie lubię moich braci’.

Cóż miał na to odpowiedzieć? Odrzekł ‘A jak panienka ma na imię?’
‘Millicent. Ale ludzi, którzy mnie lubią nazywają mnie Millie’.
‘Myślę, że wszyscy muszą cię lubić’.

Patrzyła przez chwilę na niego; i nagle jej buzia rozszerzyła się w uśmiechu, ale w jej oczach nadal gościł smutek. Jej głos się lekko łamał, gdy mówiła ‘Nie lubią. Mój ojciec mnie nie lubi’.
Mój Boże. Cóż za nieszczęśliwe stworzenie. Jakiś impuls zmusił go by drugą ręką ująć jej dłoń, łagodnie trzymał jej dłonie w swoich, potrząsając jakby chciał ją delikatnie uspokoić, mówił z rycerską galanterią ‘Cóż panienko, mogę jedynie powiedzieć, że nie ma on gustu i nie dostrzega tego, co dobre, nawet jeśli ma to tuż przed sobą’.
‘Och, jesteś naprawdę miły’.
Pochyliła się w jego kierunku, podczas gdy stopy nadal pozostawały w tym samym miejscu. W tej samej chwili gwałtownie puścił jej ręce i cofnął się o krok od niej, nie dlatego że była blisko, ale dlatego że ponad jej ramionami dostrzegł zbliżające się do nich od strony krzewów dwie postacie. Jedna z nich niosła drewnianą pałkę.
Dziewczyna również zdała sobie sprawę z ich obecności, obróciła się szeptając ‘Och, Agnes’. Zanim mógł zebrać myśli stanął przed nim stary mężczyzna, wymachujący wielkim kijem w jego stronę. W naturalnej reakcji zakrył twarz ramionami i krzyknął do napastnika ‘Spróbuj tego użyć, a źle skończysz'. Mężczyzna zawahał się, ramię trzymał nadal w górze. Dziewczyna szamotała się w ramionach młodej kobiety, płakała ‘Nie rób mu krzywdy, Dave. On jest miły. On jest miły. Myślałam, że to Jimmy’.
Stary mężczyzna opuścił rękę i zagrzmiał ‘Co tu robisz?’.
Co on tu robił? Przyszedł popatrzeć na wodę, i to właśnie powiedział ‘Zobaczyłem z drogi smugę światła, które odbijało jezioro. Przyszedłem tylko spojrzeć’.
‘Wkroczyłeś na prywatny teren. Przypuszczam, że wiesz o tym?’

Odwrócił się i spojrzał na młodą kobietę. Była nieco powyżej średniego wzrostu, i ona również była chuda, ale inaczej niż dziewczyna. To musi być Agnes, jej siostra. Miała ładny głos, pomimo brzmiącej w nim dumy i wyniosłości. Odpowiedział jej ‘Chyba tak, choć muszę przyznać, że nie zastanawiałem się nad tym. To miejsce wygląda… no cóż’ – szarpnął niecierpliwie głową – ‘nieco surowo, połamane ogrodzenie i takie tam. Nie wyglądało to zupełnie na prywatną własność. Siedziałem tam patrząc na wodę’ – pokazał palcem w kierunku jeziora – ‘ kiedy młoda panienka podeszła do mnie. I mogę panią zapewnić, że nic się jej nie stało’.
‘Kim właściwie jesteś?’
. Tym razem odezwał się mężczyzna. ‘Nie jesteś stąd, prawda?’.
Patrzył mu prosto w oczy, odpowiedział w podobnym tonie ‘Wszystko zależy od tego, co dla ciebie znaczy „być stąd”. Jestem z wioski, niedaleko Lamesley. Mój wuj jest stolarzem’.
‘John Bradley?’
‘Tak, John Bradley’.
‘Ach tak’
. Głos starego mężczyzny nieznacznie złagodniał, ale kontynuował dalej ‘Jesteś spory kawałek od domu. A poza tym powinieneś wiedzieć, co jest prywatne, a co nie, nawet mimo tego połamanego ogrodzenia’.
‘Myślę, że jest dla mnie wytłumaczenie. Jestem w tej okolicy dopiero od tygodnia. Wcześniej mieszkałem w mieście, ale na przyszłość to sobie zapamiętam’.
‘Lepiej tak zrób’.
‘Odchodzisz?’
. Odwrócił się i spojrzał na dziewczynę, nadal trzymaną mocno przez siostrę, odpowiedział jej cicho ‘Tak, panienko, odchodzę. Ale było mi naprawdę miło cię poznać’. Młoda kobieta szybkim ruchem chwyciła dziewczynę, prowadząc ją w kierunku lasu. Mężczyzna nie od razu podążył za swoją panią. Stał i patrzył na Roberta, ‘Na co czekasz?’. ‘Już idę’. Głos Roberta podniósł się do krzyku, dodał ‘Jeśli naprawdę tak się o nią martwisz dlaczego pozwalasz jej spacerować w środku nocy?’.
‘Lepiej pilnuj swoich spraw i wynoś się stąd wreszcie!’.

Nie usłuchał natychmiast, lecz stał przez kolejnych kilka sekund w prowokującej postawie, a kiedy zaczął iść w swoją stronę, szedł spokojnym i bardzo wolnym krokiem. Mężczyzna obserwował go, aż do momentu, w którym zniknął mu z oczu, a wtedy odwrócił się i zniknął w lesie.

Koniec rozdz.2
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.