PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Fragmenty nowości książkowych
Autor Wiadomość
migotka 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 1461
Skąd: mazowsze
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 12:57   Fragmenty nowości książkowych





fragment powieści Bernarda Cornwella, "Zimowy monarcha". Książka ukaże się 19 maja 2010 roku nakładem Instytutu Wydawniczego Erica.

Zimowy monarcha, Bernard Cornwell
(Instytut Wydawniczy Erica)

Zdarzyło się to w krainie zwanej Brytania. Zdaniem biskupa Sansuma, którego Bóg musi błogosławić ponad wszystkich świętych, żyjących i zmarłych, niniejsze wspomnienia należałoby wrzucić w bezdenna czeluść wraz z wszelkim innym plugastwem upadłej ludzkości, są to bowiem opowieści o ostatnich dniach przed nastaniem wielkich ciemności, które przyćmiły światło naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Dzieje krainy, którą zwiemy Lloegyria, co oznacza Utracone Ziemie, krainy należącej niegdyś do nas, a teraz nazywanej przez naszych wrogów Anglią. Są to opowieści o Arturze, Walecznym Wodzu, Niedoszłym Królu, Nieprzyjacielu Boga i, niech żyjący Chrystus i biskup Sansum mi wybacza, najlepszym człowieku, jakiego znałem. Jakże go opłakiwałem!
Jest dziś zimno. Wzgórza są trupio białe, a chmury ciemne. Przed zmrokiem będzie padał śnieg, ale Sansum z pewnością nie pozwoli nam ogrzać się przy ogniu. Nasz święty
twierdzi, że dobrze jest umartwiać ciało. Mam już swoje lata, ale Sansum – niech Bóg obdarzy go długim życiem – jest jeszcze starszy, nie mogę wiec domagać się otwarcia drewutni z uwagi na mój wiek. Sansum uważa, że nasze cierpienia są ofiarą składaną Bogu, który wycierpiał więcej niż my wszyscy, będziemy wiec w szóstkę drżeć w półśnie z zimna, a jutro brat Maelgwyn będzie musiał zejść po łańcuchu do zamarzniętej studni i rąbać kamieniem lód, abyśmy mogli napić się wody.
Najbardziej jednak ubolewam nad tym, że gdy śnieg zasypie drogi, przestanie przychodzić do klasztoru Igraine. To nasza królowa, żona króla Brochvaela, ciemnowłosa, szczupła, młoda i radosna jak ciepło słońca w zimowy dzien. Przychodzi tu się modlić, aby Bóg dał jej syna, ale poświęca więcej czasu na rozmowę ze mną niż na modlitwy do Świętej Panienki czy Jezusa. Rozmawia ze mną, bo lubi słuchać opowieści o Arturze. Latem opowiedziałem jej wszystko, co pamiętam, a kiedy nie mogłem już sobie przypomnieć nic więcej, przyniosła mi stos pergaminu, rogowy kałamarz i garść gęsich piór. Artur przyozdabiał gęsimi piórami swój hełm. Te nie są tak duże ani tak białe jak tamte, ale gdy wczoraj trzymałem je w ręku na tle zimowego nieba, wydawało mi się przez moment, że widzę jego twarz. W tej wspaniałej, bolesnej chwili nad Brytania rozległ się znowu ryk smoka i niedźwiedzia, siejąc postrach wśród pogan, zaraz jednak kichnąłem i zobaczyłem, że trzymam w ręku tylko garść piór upstrzonych gęsimi odchodami i niezbyt nadających się do pisania. Atrament jest równie kiepski: zwykła sadza, zmieszana z żywica z kory jabłoni. Pergaminy są lepszej jakości. Zrobiono je z jagnięcej skóry, zachowanej z czasów rzymskich. Były kiedyś zapisane tekstem, którego nikt z nas nie potrafił odczytać, ale służące Igraine dokładnie je wyskrobały. Sansum twierdzi, że z tak dużej ilości skóry należałoby raczej zrobić buty, jest ona jednak zbyt cienka do zszywania, a poza tym biskup nie ośmieliłby się urazić Igraine i stracić przyjaźni króla Brochvaela.
Nie więcej niż pół dnia drogi od klasztoru można już napotkać wrogich włóczników i nawet nasza mała spiżarnia mogłaby ich skusić do przeprawy przez Czarny Strumień i góry w dolinę Dinnewrac, gdyby wojownicy Brochvaela nie mieli rozkazu nas bronić. Sądzę jednak, że nawet pod groźbą utraty przyjaźni Brochvaela Sansum nie zgodziłby się, aby brat Derfel spisywał opowieść o Arturze, wrogu Boga, tak wiec Igraine i ja okłamaliśmy świętego męża, mówiąc mu, iż pisze saksoński przekład Ewangelii naszego Pana Jezusa Chrystusa. Czcigodny święty nie zna języka wrogów, ani nie potrafi czytać, zapewne wiec uda nam się oszukiwać go dostatecznie długo, by skończyć te opowieść.
Będzie to teraz konieczne, bo gdy tylko zacząłem pisać na pergaminie, świątobliwy Sansum wszedł do pokoju, stanął przy oknie i spojrzawszy na posępne niebo zatarł chude dłonie.
– Lubię, gdy jest zimno – powiedział, wiedząc, że nie podzielam jego zdania.
– Mnie dokucza wtedy najbardziej okaleczona ręka – odparłem cicho. Nie mam lewej dłoni i kiedy pisze, przytrzymuje pergamin kikutem.
– Wszelki ból jest błogosławiona pamiątka męki naszego drogiego Pana – stwierdził biskup zgodnie z moimi oczekiwaniami, po czym pochylił się nad stołem, żeby zobaczyć, co napisałem, i rzekł rozkazującym tonem: – Powiedz mi, Derfel, co znaczą te słowa.
– Pisze historie narodzenia Chrystusa – skłamałem.
Spojrzawszy na pergamin biskup wskazał w tekście brudnym paznokciem swoje imię. Potrafił rozpoznać niektóre litery i musiało mu się ono rzucić w oczy jak kruk na śniegu. Zachichotał jak złośliwy dzieciak, skręcając w palcach zwój moich siwych włosów.
– Nie było mnie przy narodzinach naszego Pana, Derfel, a widzę tu swoje imię. Wypisujesz jakieś herezje, antychryście?
– Panie – odrzekłem pokornie, gdy trzymając mnie za włosy zbliżył ma twarz do pergaminu. – Zacząłem Ewangelie od wzmianki, że tylko dzięki łasce naszego Pana Jezusa Chrystusa i za pozwoleniem Sansuma, Jego najbardziej świątobliwego sługi – tu wskazałem palcem imię biskupa – jestem w stanie spisać dobra nowinę o Zbawcy.
Pociągnął mnie za włosy, wyrywając kilka, po czym odszedł od stołu i rzekł:
– Jesteś nasieniem saksońskiej dziwki, a żadnemu Saksonowi nie można ufać. Uważaj, żebyś mnie nie obraził.
– Niech mnie Bóg broni – odparłem, ale już go nie było.
Kiedyś klękał przede mną i całował mój miecz, ale teraz jest świętym, a ja tylko najnędzniejszym z grzeszników. W dodatku odczuwam chłód, bo światło za murami klasztoru jest zamglone, szare i złowróżbne. Wkrótce spadnie pierwszy śnieg.
Historia Artura także zaczyna się wśród śniegu, za życia poprzedniego pokolenia, w ostatnim roku panowania Wielkiego Króla Uthera. Według kalendarza używanego przez Rzymian było to 1233 lata po założeniu ich miasta, ale my w Brytanii określamy zwykle czas od Czarnego Roku, w którym Rzymianie pokonali druidów na Ynys Mon. W tym wypadku dzieje Artura zaczynałyby się w roku 420, choć Sansum, niech go Bóg błogosławi, uznaje za początek nowej ery datę narodzin naszego Pana Jezusa Chrystusa, które, jego zdaniem, miały miejsce 480 zim przed opisywanymi zdarzeniami. Jakkolwiek jednak liczylibyśmy lata, zdarzyło się to w dalekiej przeszłości w krainie zwanej Brytania, i ja tam byłem. Oto, co
zaszło.

Wszystko zaczęło się od narodzin dziecka.
W mroźna noc ciche i białe królestwo oświetlał księżyc w nowiu. A w wielkiej sali zamku krzyczała Norwenna. Ani na chwile nie przestawała krzyczeć.
Była północ. Czyste i jasne niebo lśniło gwiazdami. Ziemia była zmarznięta na kość, a strumienie skute lodem. Sierp księżyca stanowił zły znak. W jego posępnym świetle rozległe zachodnie ziemie wydawały się lśnić bladym, zimnym blaskiem. Od trzech dni nie padał śnieg, nie było też odwilży, cały więc świat spowijała biel, jedynie drzewa omiecione przez wiatr stały czarne i powyginane na tle surowego zimowego krajobrazu. Z ust leciała nam para, ale zastygała w powietrzu, gdyż noc była całkowicie bezwietrzna. Ziemia wydawała się martwa i trwała w bezruchu, jakby Belenos, Bóg Słona, opuścił ja i pozostawił, by unosiła się w nieskończonej lodowatej próżni miedzy światami. Było przenikliwie zimno. Długie sople zwisały z okapu dachu wielkiej sali Caer Cadarn i z łukowatego sklepienia bramy, przez która weszła niedawno świta Wielkiego Króla, brnąc w głębokim śniegu, aby dotrzeć z nasza księżniczka do tego przybytku monarchów. W Caer Cadarn przechowywano królewski kamień. Było to miejsce, gdzie proklamowano władców, tylko tam zatem, zdaniem króla, mógł się narodzić jego następca.
Norwenna znowu krzyknęła.
Nigdy nie widziałem narodzin dziecka i jeśli Bóg pozwoli, nigdy ich nie zobaczę. Obserwowałem źrebiąca się klacz i przychodzące na świat cielęta, słyszałem ciche skomlenie
szczeniącej się suki, czułem konwulsje wydającej potomstwo kotki, ale nigdy nie widziałem krwi ani śluzu, które towarzysza porodowi kobiety. Norwenna strasznie krzyczała, choć starała się panować nad sobą – tak przynajmniej twierdziły później służące. Chwilami jej krzyki nagle ustawały i w całym forcie zalegała cisza, a król unosił spomiędzy futer wielka głowę i nasłuchiwał tak uważnie, jakby czaił się w zaroślach, mając w pobliżu Saksonów. Tym razem jednak nadstawiał ucha z nadzieja, że nagła cisza oznacza chwile narodzin dziedzica tronu jego królestwa. Nasłuchiwał, a w lodowatej ciszy fortu słyszeliśmy straszny, chrapliwy oddech jego synowej i raz, tylko raz, żałosne kwilenie. Wielki Król odwrócił się, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy znowu zaczęły się krzyki i jego głowa opadła nisko miedzy ciężkie skóry, tak że widać było tylko oczy, błyszczące spod futrzanego kaptura i kołnierza.
– Nie powinieneś być na wałach, panie – rzekł biskup Bedwin.
Uther machnął dłonią w skórzanej rękawicy, jakby dawał do zrozumienia, że Bedwin może wejść do fortu, w którym płonie ogień, ale on, Wielki Król Uther, Pendragon Brytanii, nie ruszy się z miejsca. Chciał być na wałach Caer Cadarn, aby wpatrywać się w śnieżną krainę i w niebo, gdzie czaiły się demony.
Bedwin miał jednak racje: król nie powinien był w te mroźna noc stawiać czoła demonom. Uther był stary i schorowany, lecz na barkach tego otyłego, ociężałego i smutnego
człowieka spoczywało bezpieczeństwo królestwa. Jeszcze pół roku wcześniej, nim nadeszła wieść o śmierci jego potomka, był pełen wigoru. Mordred, najukochańszy syn króla i jedyny pozostały przy życiu prawowity dziedzic, padł od ciosu saksońskiego topora i wykrwawił się na śmierć pod Wzgórzem Białego Konia. Jego śmierć pozbawiła królestwo następcy tronu,
a takie królestwo jest przeklęte. Tej jednak nocy, za przyzwoleniem bogów, wdowa po Mordredzie miała urodzić Utherowi nowego dziedzica. Jeśli, oczywiście, niemowlę nie okazałoby się dziewczynka, bo wtedy wszystkie jej cierpienia poszłyby na marne, a królestwo czekałaby zguba.
Uther uniósł potężną głowę znad skór, pokrytych szronem od jego oddechu, i zapytał:
– Czy robicie wszystko, co w waszej mocy, Bedwinie?
– Tak, panie – odparł biskup.
Był najbardziej zaufanym doradca króla i, podobnie jak księżniczka Norwenna, chrześcijaninem. Norwenna, przeciwna zabieraniu jej z ciepłej rzymskiej rezydencji w pobliskim Lindinis, oświadczyła teściowi podniesionym głosem, że pojedzie do Caer Cadarn tylko pod warunkiem, iż wiedzmy służące dawnym bogom będą trzymały się od niej z daleka. Chciała urodzić dziecko jako chrześcijanka i Uther, rozpaczliwie potrzebujący dziedzica, przystał na jej żądania. Teraz kapłani Bedwina odprawiali modły w komnacie przylegającej do sali, która skropiono święconą woda, zawieszając jeden krzyż nad łóżkiem Norwenny, a drugi kładąc pod jej plecami.
– Modlimy się do błogosławionej Dziewicy Maryi – wyjaśnił Bedwin – która, nie brukając swego świętego ciała fizycznym aktem, została Matka Chrystusa i...
– Dość tego! – warknął Uther.
Nie był chrześcijaninem i nie chciał, by ktokolwiek próbował nawracać go na nowa wiarę, choć uznawał, że chrześcijański Bóg ma zapewne nie mniejsza moc niż większość innych bóstw. Wydarzenia owej nocy poddały ten pogląd ciężkiej próbie.
Właśnie dlatego tam się znalazłem. Byłem jeszcze młokosem, chłopcem na posyłki. Tkwiłem, kuląc się z zimna, obok fotela króla na wałach Caer Cadarn. Pochodziłem z Ynys Wydryn, widocznej na horyzoncie od północy posiadłości Merlina. Miałem za zadanie sprowadzić na rozkaz króla Morganę i jej pomocnice, czekające w lepiance świniopasa u podnóża zachodniego zbocza Caer Cadarn. Księżniczka Norwenna chciała mięć za akuszerkę matkę Chrystusą, ale Uther gotów był wezwać na pomoc starych bogów, gdyby ten nowy
zawiódł.
Chrześcijański Bóg rzeczywiście nie spełnił oczekiwań. Krzyki Norwenny słabły, ale jej jęki brzmiały coraz bardziej rozpaczliwie. W końcu żona biskupa Bedwina, Ellin, wyszła z wielkiej sali i uklęknęła drżąca obok fotela króla, oznajmiając, że poród się nie udaje i matka dziecka zapewne umrze.
Uther zbył te ostatnia uwagę machnięciem ręki. Matka się nie liczyła, tylko dziecko i to pod warunkiem, że było płci męskiej.
– Panie... – zaczęła zdenerwowana Ellin, ale Uther już jej nie słuchał. Poklepał mnie po głowie i powiedział: „Ruszaj, chłopcze”.
Wysunąłem się z cienia, zeskoczyłem z wałów w głąb fortu i popędziłem w poświacie księżyca po spowitej śniegiem ziemi miedzy zabudowaniami. Minąwszy strażników przy zachodniej bramie poślizgnąłem się i wywróciłem na oblodzonej, spadzistej drodze. Zarywszy się w śniegu rozdarłem płaszcz o drewniany pniak i upadłem ciężko na oszroniony krzak jeżyn. Czułem jednak tylko spoczywające na moich młodych barkach brzemię odpowiedzialności za losy królestwa.
– Lady Morgano! – krzyknąłem, zbliżając się do lepianki. – Lady Morgano!
Musiała już na mnie czekać, gdyż drzwi natychmiast się otworzyły i w świetle księżyca zalśniła przesłaniająca jej twarz złota maska.
– Prowadź! – powiedziała skrzekliwym głosem.
Odwróciłem się i zacząłem wchodzić z powrotem na zbocze. Wokół mnie brnęła w śniegu cała czereda sierot przygarniętych przez Merlina. Dzieci niosły garnki, brzęcząc nimi w biegu, ale gdy stok stał się zbyt stromy i zdradliwy, były zmuszone rzucać je przed siebie i z wysiłkiem piąć się w górę. Morgana posuwała się wolniej. Pomagała jej niewolnica Sybilla, która wzięła niezbędne przybory i zioła.
– Każ zapalić ogniska, Derfel! – zawołała Morgana.
– Zapalić ogniska! – krzyknąłem zdyszany, przedzierając się przez bramę. – Zapalcie ogniska na wałach!
Biskup Bedwin protestował przeciwko przybyciu Morgany, ale król ostro go skarcił i biskup pokornie ustąpił przed kapłanką dawnej wiary. Jego księża i mnisi zostali wyproszeni
z prowizorycznej kaplicy. Kazano im zanieść na wały głownie i rozpalić tam ogniska z drewna i łoziny, wydartej ze ścian chat przylegających do północnych murów fortu.
Ogień zapłonął z trzaskiem, rozświetlając mrok. Dym zawisł w powietrzu jak baldachim, który miał zmylić złe duchy i odpędzić je od miejsca, gdzie umierała księżniczka i jej dziecko. My, najmłodsi, biegaliśmy po wałach, tłukąc w garnki, aby nieznośny hałas zdezorientował jeszcze bardziej złe moce. Przykazałem dzieciakom z Ynys Wydryn, żeby głośno krzyczały. Dołączyły do nas wkrótce dzieci z fortecznych lepianek. Strażnicy uderzali drzewcami włóczni o tarcze, księża dokładali drewna do kilkunastu płonących stosów, a my wrzeszczeliśmy, rzucając wyzwanie widmom, które czaiły się w mroku, aby nie dopuścić do narodzin dziecka Norwenny.
Morgana weszła do sali z Sybilla, Nimue i mała dziewczynka. Norwenna głośno krzyknęła, choć nie potrafiliśmy powiedzieć, z jakiego powodu: czy w proteście przeciwko przybyciu czarownic Merlina, czy też dlatego, że uparte niemowlę rozrywało ja na pół. Potem rozległy się kolejne krzyki, gdy Morgana odprawiła chrześcijańskie akuszerki, cisnęła
w śnieg dwa krzyże i wrzuciła do ognia garść bylicy. Nimue powiedziała mi później, że nowo przybyłe położyły na wilgotne łóżko bryłki żelaza, aby odegnać obecne tam już złe moce, a wokół głowy wijącej się z bólu kobiety umieściły siedem magicznych kamieni, aby ściągnąć z niebios dobre duchy.
Sybilla, niewolnica Morgany, powiesiła nad drzwiami gałązkę brzozy, a druga machała nad umierającą księżniczka. Nimue przykucnęła w progu i oddała mocz, aby złe duchy nie miały wstępu do sali, a potem wzięła trochę moczu w dłonie i spryskała nim słomę na łożu Norwenny, by w momencie narodzin moce piekielne nie wykradły duszy dziecka. Morgana, na której twarzy lśniła w blasku ognia złota maska, rozsunęła Norwennie ręce, aby włożyć jej miedzy piersi amulet z cennego bursztynu. Towarzysząca jej dziewczynka, jedna z sierot Merlina, czekała przerażona w nogach łóżka.
Dym z rozpalonych ognisk zasłonił gwiazdy. W lasach u podnóża Caer Cadarn wyły zbudzone piekielnym hałasem zwierzęta. Król Uther wzniósł oczy do blednącego księżyca i modlił się w nadziei, że nie wezwał Morgany zbyt późno.
Morgana była jego naturalną córką, pierwszym z czworga nieślubnych dzieci, które urodziła mu Igraine z Gwynedd. Uther wolałby z pewnością sprowadzić do zamku Merlina, który jednak zniknął gdzieś przed wieloma miesiącami, wydawało się, że już na zawsze. Morgana, która nauczyła się czarów od Merlina, musiała zastąpić go w te mroźną noc, gdy waliliśmy z całych sił w garnki i krzyczeliśmy aż do ochrypnięcia, by odpędzić od Caer Cadarn złe duchy. Nawet Uther pomagał nam w czynieniu hałasu, choć odgłos uderzeń jego berła o wały był ledwo dosłyszalny. Biskup Bedwin modlił się na klęczkach, a jego żona, wyrzucona z sali, w której odbywał się poród, płakała i lamentowała, prosząc chrześcijańskiego Boga, by wybaczył pogańskim wiedźmom.
Czary jednak podziałały, bo dziecko urodziło się żywe.
Krzyk, który Norwenna wydała w chwili wydania go na świat, był straszliwszy od wszystkich poprzednich. Brzmiał jak przeszywający mrok nocy skowyt udręczonego zwierzęcia.
Nimue powiedziała mi później, że Morgana sprawiła Norwennie potworny ból, wkładając jej rękę do kanału rodnego i brutalnie wyciągając dziecko na świat. Gdy zakrwawione niemowlę wyszło z łona umęczonej matki, Morgana kazała stojącej obok przestraszonej dziewczynce podnieść je, aby Nimue mogła związać i odgryźć pępowinę. Dziecko powinna wziąć pierwsza na ręce dziewica, dlatego właśnie przyprowadzono te dziewczynkę, była ona jednak tak przerażona, że nie chciała podejść do zasłanego pokrwawioną słomą łoża, na którym leżała dysząca ciężko Norwenna i nieruchome, umazane
krwią niemowlę.
– Podnieś dziecko! – krzyknęła Morgana, ale dziewczynka uciekła z płaczem, wiec Nimue chwyciła noworodka i oczyściła mu usta, aby mógł wciągnąć pierwszy haust powietrza.
Wszystko to stanowiło bardzo zła wróżbę: zamglony księżyc w nowiu i dziewica uciekająca od dziecka, które teraz zaczęło głośno płakać. Uther usłyszał jego głos. Widziałem, że zamknął oczy i modlił się do bogów, aby był to chłopiec.
– Czy mam tam pójść? – zapytał niepewnie biskup Bedwin.
– Idź – mruknął Uther.
Biskup zszedł z trudem po drewnianej drabinie i podciągnąwszy habit pobiegł po udeptanym śniegu do wielkiej sali. Stał przez chwile w drzwiach, po czym wrócił na wały, machając rękami.
– Dobre wieści, panie! – zawołał, wspiąwszy się niezdarnie po drabinie. – Bardzo dobre wieści!
– Chłopiec... – wyszeptał z nadzieja Uther.
– Tak! – potwierdził Bedwin. – Wspaniały chłopiec!
Byłem tuż obok króla i widziałem, jak w jego wpatrzonych w niebo oczach pojawiły się łzy.
– Następca tronu! – powiedział z takim zdziwieniem, jakby nie ośmielał się naprawdę mieć nadziei, że bogowie go wysłuchają. Otarłszy łzy futrzana rękawicą dodał: – Teraz królestwo jest bezpieczne, Bedwinie.
– Tak, panie, chwała Bogu – przytaknął Bedwin.
– Chłopiec... – powtórzył Uther, po czym jego potężnym ciałem wstrząsnął nagle potworny kaszel. Zaczął ciężko dyszeć. – Chłopiec... – powiedział raz jeszcze, gdy mógł znów spokojniej oddychać.
Wkrótce przyszła Morgana. Wspięła się po drabinie i padła na kolana przed królem. Złota maska na twarzy ukrywała jej przerażenie. Uther dotknął berłem jej ramienia, mówiąc: „Wstań, Morgano”, po czym sięgnął pod szatę, aby wyjąć złota broszkę, która zamierzał ja wynagrodzić. Morgana nie chciała jednak przyjąć podarunku. Oznajmiła złowieszczo:
– Chłopiec jest kaleką. Ma skrzywioną stopę.
Widziałem, że Bedwin uczynił znak krzyża, bo narodziny ułomnego księcia były najgorsza rzeczą, jaka mogła się zdarzyć tej mroźnej nocy.
– Czy to coś poważnego? – zapytał Uther.
– Tylko skrzywienie stopy – powtórzyła ochrypłym głosem Morgana. – Noga jest właściwie ukształtowana, panie, ale książę nigdy nie będzie mógł biegać.
Uther zaśmiał się głucho spod grubego futra.
– Królowie nie musza biegać, Morgano – oznajmił. – Oni chodzą, rządzą, jeżdżą konno i nagradzają za dobrą, wierną służbę. Weź to złoto. – Znów wyciągnął rękę, podając jej
broszkę. Był to talizman Uthera – wykuty z grubego kawałka złota smok.
Ale Morgana nadal nie chciała go przyjąć.
– Norwenna nie będzie już miała dzieci, panie – ostrzegła Uthera. – Gdy paliłyśmy błony płodowe, nie wydały żadnego dźwięku. – Błony płodowe wkładano zawsze po porodzie do ognia, a gdy pękały z trzaskiem, liczono, ile jeszcze dzieci urodzi kobieta. – Słuchałam uważnie – powiedziała Morgana. – Nie było żadnego trzasku.
– Tak chcieli bogowie! – odparł ze złością Uther. – Mój syn nie żyje – dodał smętnie – więc któż inny mógłby dać Norwennie potomka godnego zosta królem?
Morgana zamilkła, ale po chwili znów się odezwała:
– Może ty, panie?
Uther chrząknął, a potem zaczął się śmiać i dostał znów bolesnego, rwącego płuca ataku kaszlu. Gdy w końcu się opanował, pokręcił głowa i rzekł, dysząc ciężko:
– Jedynym zadaniem Norwenny, Morgano, było wydanie na świat chłopca, i to uczyniła. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie mu opieki.
– Przy użyciu całej potęgi Dumnonii – dodał z zapałem Bedwin.
– Noworodki łatwo umierają – ostrzegła Morgana posępnym tonem.
– Ale nie on – powiedział z przejęciem Uther. – Nie on. Przybędzie do ciebie, Morgano, do Ynys Wydryn i użyjesz całego swego kunsztu, aby przeżył. Weź te broszkę.
Morgana przyjęła w końcu złotego smoka. Chrome niemowlę nadal płakało, a jego matka jęczała z bólu, ale na wałach Caer Cadarn dzieci z garnkami i strażnicy ognisk cieszyli
się z wiadomości, że nasze królestwo ma znowu dziedzica. Dumnonia miała następcę tronu, a jego narodziny oznaczały wielkie święto i hojne dary. Zakrwawiona słomę przyniesiono z fortu i wrzucono w ogień. Płomienie strzeliły wysoko i jasno. Dziecko przyszło na świat. Teraz brakowało mu tylko imienia i nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, jak zostanie nazwane. Uther podźwignął się z fotela i stanął, potężny i groźny, na wałach Caer Cadern, aby obwieścić narodziny swojego wnuka, dziedzica i następcy tronu królestwa. Urodzone zimą dziecko otrzymało po swoim ojcu imię Mordred.
_________________
http://slowemmalowane.blogspot.com/
http://maribeaart.blogspot.com/
 
 
praedzio 
cinnamon girl



Dołączyła: 25 Mar 2007
Posty: 19501
Skąd: Puszcza Knyszyńska
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 15:19   

Podoba mi się. :-D
_________________

 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 41287
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 17:14   

To już raz było wydawane, ale bez reklamy nie sprzedało się za dobrze. Chyba nie wydali całości, bo tego jest kilka części - nie wiem dokładnie ile. Chciałam to wtedy kupić, ale strasznie słaba była dystrybucja i jakoś się nie udało. Teraz natomiast rezygnuję z kupowania beletrystyki. Jak sie uda, to pożyczę.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
Fibula



Dołączył: 30 Mar 2008
Posty: 1780
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 21:23   

Admete napisał/a:
To już raz było wydawane, ale bez reklamy nie sprzedało się za dobrze. Chyba nie wydali całości, bo tego jest kilka części - nie wiem dokładnie ile. Chciałam to wtedy kupić, ale strasznie słaba była dystrybucja i jakoś się nie udało. Teraz natomiast rezygnuję z kupowania beletrystyki. Jak sie uda, to pożyczę.

Wydało to Da Capo w latach 90., w całości (3 tomy), ale zmieniając po drodze tłumacza, który utkwił mi w pamięci tym, że zmienił pisownię imion bohaterów :uzi: . Mimo to całość dobrze się czyta i warto się z tym cyklem Cornwella zapoznać.
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 41287
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 21:34   

To moze tym razem będzie lepiej. Pytanie czy zrobili nowe tłumaczenie, czy posłużyli się tym starym?
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
Caitriona 
Wyczekując zimy



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11829
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 12 Maj, 2010 23:56   

Nie wiem czy kupię, ale bardzo polubiłam Cornwella po Pieśni łuków, więc na pewno przeczytam ;)
_________________
And clouds full of fear
And storms full of sorrow
That won't disappear
Just typhoons and monsoons
This impossible year

 
 
Fibula



Dołączył: 30 Mar 2008
Posty: 1780
Skąd: Warszawa
Wysłany: Czw 13 Maj, 2010 19:06   

Admete napisał/a:
To moze tym razem będzie lepiej. Pytanie czy zrobili nowe tłumaczenie, czy posłużyli się tym starym?

Porównując zaprezentowany fragment z poprzednim wydaniem, zostawili stare tłumaczenie. Oby błędy z pozostałych zostały poprawione :trzyma_kciuki:
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 41287
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Czw 13 Maj, 2010 20:34   

Mam nadzieję, że przy tym wydaniu zadbali o ujednolicenie.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
migotka 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 1461
Skąd: mazowsze
Wysłany: Pią 14 Maj, 2010 18:54   

ja mam już "szczotkę" tej książki, na pewno recenzja będzie
_________________
http://slowemmalowane.blogspot.com/
http://maribeaart.blogspot.com/
 
 
Anaru 



Dołączyła: 11 Sie 2006
Posty: 28326
Skąd: Tu i tam ;)
Wysłany: Sob 15 Maj, 2010 23:32   

Ciekawie się zapowiada. Zapoluję w bibliotekach ;)
_________________

 
 
migotka 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 1461
Skąd: mazowsze
Wysłany: Pią 04 Cze, 2010 14:16   

Stoimy razem, ściśnięci przed pałacem rodu Medicich. Wszyscy dokoła rozmawiają ściszonymi głosami.

- Wiedziałem, że to się wydarzy. Tamtej nocy widziałem na niebie kometę.

- A ja słyszałem wycie wilków. Słyszycie? Wilków!

- A lwy w zwierzyńcu przy Palazzo Vecchio - te bestie - zaczęły ze sobą walczyć. Zupełnie bez powodu! Zajadle rzucały się na siebie. Jeden zginął!

- Tak, ten najpiękniejszy. Sam widziałem.

- No i piorun! Zniszczył latarnię na wieży kościoła Santa Reparata. Wielkie kawały kamienia posypały się w kierunku pałacu Medicich. Dokładnie w tę stronę.

Mocniej ściskam ramię matki. Ogarnia mnie przedziwne uczucie. Pełznie wokół uszu i skroni. Wszystko wydaje mi się dziś obce. Florencja przestała być tym tętniącym życiem, szczęśliwym miastem, które odwiedzałam wcześniej, i stała się miejscem pełnym mrożących krew w żyłach tajemnic.

Ludzkie twarze ściąga strach i żal. Tulę się do mammy. Czuję jej dłoń, pieszczącą mój policzek.

- Teraz okazuje się, że wszyscy widzieli znaki - szepce do mnie kpiąco. - Każdy przecież wiedział, że Lorenzo był już umierający, więc nietrudno było to przewidzieć... - obniża głos tak, że nawet ja ledwie ją słyszę.

Ach, dzięki Bogu, że mam taką rozsądną matkę, która potrafi odpędzić widma przesądów najprostszymi nawet słowami. Może naprawdę nie wydarzyło się nic straszliwego. Prostuję się i rozglądam dokoła.

Ostatnio byłam tu na uroczystościach z okazji Bożego Narodzenia. Cztery pełne wrażeń dni - o wiele za krótko. Muzycy, bajarze i kaznodzieje wystawali na każdym z placów. Najwspanialszym widowiskiem było misterium Narodzenia Pańskiego, napisane przez samego Lorenza de Medici. Występowały w nim jego dzieci. A kostiumy! Dech w piersiach zapierały.

A teraz już go nie ma.

Lorenzo de Medici, Il Magnifico - Lorenzo Wspaniały. Wielu ludzi nazywa się wspaniałymi. Ale on naprawdę tego miana był godzien. Ojciec wciąż to powtarza, gdy ludzie składają sobie kondolencje. De Medici zmarł w swojej letniej willi w Careggi - na północny wschód stąd. Pogrzeb jednak odbywa się tutaj i przyszła nań cała Florencja, a także większość ludzi z prowincji. Jakiś mężczyzna wspina się na skrzynię i przy akompaniamencie muzyki recytuje wiersz po łacinie. Głos mu drży. Większość gapiów rozchodzi się. My, pozostali, robimy, co możemy, by wyglądać na zasłuchanych.

Łacina idzie mi strasznie. Brałam lekcje, przyjeżdżał do mnie prywatny nauczyciel i nauczył mnie czytać w języku, którym mówię. Ale łacina jest niezwykle trudna - wszystkie te końcówki przypadków i dziwna odmiana czasowników. A greka?! Bakałarz dał mi kiedyś przedsmak tego, jak będą wyglądały jej lekcje - miały się rozpocząć na dobre po moich czternastych urodzinach - wystarczyło to, bym się przekonała, że nauka greki to najczystsza forma okrucieństwa. Ucieszyłam się, gdy ów "mędrzec" zrezygnował z posady. Stwierdził, że takie uczennice jak ja są dowodem na słuszność prawa mówiącego, że nie każda szlachetnie urodzona panienka musi pobierać nauki.

Tak czy inaczej poznaję ten wiersz. Słyszałam go już wcześniej. Ktoś inny recytował go w kaplicy Medicich w kościele San Lorenzo, tam gdzie pochowano Il Magnifico. Spoczął obok swojego brata Giuliana, zamordowanego jeszcze przed moimi narodzinami.

Ten wiersz to żałobny lament. Pióra sławnego Poliziano. Flamandzki kompozytor ułożył do niego muzykę. Słychać go przez dzień, i to nie tylko tutaj. Mowy pogrzebowe zostaną wygłoszone w całej Italii - będą powtarzane przez cały tydzień, w miarę jak będzie się rozchodzić wieść o śmierci Il Magnifico. Dowiedzą się o niej wszystkie królestwa, księstwa i republiki - a nawet państwo papieskie - Lorenzo był bardzo ważną osobistością.

Papa wytłumaczył mi, o czym mówi ta oda: poezja i muzyka ucichły na wieki z żalu na wieść o śmierci wspaniałego poety Lorenza, największego mecenasa sztuki w dziejach. Oczywiście to bzdura - w końcu sama oda jest przykładem poezji i muzyki.

Przestaję udawać, że słucham, i rozglądam się w poszukiwaniu kogoś znajomego. Wzdłuż ulic rozstawiono stoły, na które wyłożono najprzeróżniejsze smakołyki; ucztowanie jest częścią żałoby. Jutro zaś mają się rozpocząć turnieje. Wszystko wokół zaczyna przypominać wielkie święto.

Och, oczywiście wiem, że ludzie szczerze żałują śmierci Lorenza. Dzięki niemu na ulicach Florencji odbywały się przedstawienia teatralne i występy cyrkowców. Karmił lud przy długich bankietowych stołach, czasami przez wiele dni z rzędu. I to dzięki niemu Florencja stała się znana jako miejsce, do którego można przybyć, by cieszyć się życiem, bogactwem i zabawą. Mieszkańcy miasta naprawdę więc czują smutek. W tej chwili jednak mam wrażenie, że większość z nich po prostu gra.

Mamma bierze mnie za rękę. Ona zawsze wie, kiedy się niecierpliwię. A ja - o ironio - ledwie kilka dni temu powiedziałam jej, że nic nie rozumie.

Oda dobiega końca i teraz swój wiersz odczytuje młody malarz, Michelangelo. Jest opryskliwy i ma paskudny nos. Wyjątkowo odstręczający osobnik.

- Co za brzydki młodzieniec - szepcę do ojca.

- Powiadają, że tworzy cudowne obrazy - równie cicho odpowiada papa. - A jeszcze piękniejsze są ponoć jego rzeźby. Ma ledwie siedemnaście lat, a już jest mistrzem.

Wstyd pali mi policzki. W końcu przecież nawet artysta nie może zmienić własnego wyglądu.

- Ser Antonio, to pan... - Do ojca podchodzi mężczyzna w średnim wieku. Wyciąga go z tłumu, i oddalają się od skrzyni mówcy. Mamma i ja podążamy za nimi.

Nieznajomy unosi kapelusz i dostrzegam jego twarz. Och! Czyżby to naprawdę on?

- Ser Leonardo - wita się radośnie ojciec.

Miałam rację: to Leonardo da Vinci, syn notariusza Ser Piera, jednego z ważnych klientów papy. Ojciec jest najzagorzalszym wielbicielem talentu Leonarda, którego wynalazki zdumiewają wszystkich. Nie widziałam go, odkąd kilka lat

temu przeprowadził się do Mediolanu. Nie można go jednak zapomnieć: ma prosty nos, mężne spojrzenie, pełne wargi i gęstą brodę. Jest przy tym bardzo dowcipny - pamiętam, że zawsze umiał mnie rozśmieszyć. Podekscytowana, kołyszę się na piętach.

Mamma rzuca mi natychmiast pełne dezaprobaty spojrzenie. Nieruchomieję i staram się wyglądać godnie. Papa i Leonardo ściskają się. Wynalazca mruga do mnie ponad ramieniem ojca.

- Sądziłem, że jesteś w Mediolanie - zagaja papa.

- Wieści doszły mnie, gdy w Pizie bawiłem. - Leonardo całuję matkę w rękę, po czym wydaje z siebie jęk zachwytu. Udaje, że dopiero mnie zauważył. Moją dłoń też całuje, zupełnie jakbym była dorosła.

- Mała monna Betta, czy to nie tak nazywa cię ojciec?

Wyrasta z ciebie niepośledniej urody niewiasta. - Rzuca spojrzenie na moją matkę. - Cóż, ale tego można się było spodziewać, sądząc po pięknej mammie.

Matka skromnie spuszcza wzrok.

- Powinno się ciebie nazywać pełnym imieniem - madonna Elisabetta - bo wyglądem możesz konkurować z samą Madonną.

Rumienię się. Nie jestem tak naiwna, żeby w to wierzyć. Mężczyźni, gdy schlebiają kobietom, posuwają się do niestworzonych absurdów. Wiem o tym i rumieńcem oblewam się tylko dlatego, że tego rodzaju zachowanie jest dla mnie czymś nowym. Do tej pory zawsze byłam tylko dziewczynką. Nie spuszczam jednak oczu. Utrzymuję spojrzenie na tym wspaniałym mężczyźnie. Niech wie, że mnie nie zdobył słodkimi słowami. Niemniej doceniam, co powiedział.

- Co o tym myślisz? - Leonardo zwraca się do ojca. - Ledwie czterdzieści trzy lata. Wygląda na to, że na braciach Medicich ciąży jakieś fatum. Tyle przynajmniej dobrego, że nie zginął w zamachu.

- Chorował od wielu miesięcy - podejmuje papa. - Wszyscy się tego spodziewali. Zwłaszcza po przepowiedni tego dominikanina.

- Girolamo Savonarola. - Leonardo kręci z niesmakiem głową. - Słyszałem, że twierdzi, iż Lorenzo uczynił z Florencji gniazdo rozpusty. Zakłamany świętoszek. - Za zbytnie zainteresowanie doczesnością krytykował nawet samego papieża. To renegat. Przepowiedział też Florencji ciężkie czasy.

Rozmowa toczy się dalej. Nic nie rozumiem. Ojciec mówi tak, jakby zupełnie nie dbał o Savonarolę. A jeszcze zeszłej nocy powiedział mamie, że przepowiednie mnicha go martwią. Przypomniał, że Il Magnifico nazywał swych trzech synów "głupcem", "mędrcem" i "dobrym". I ten najstarszy, który odziedziczy stanowisko w rodzie po ojcu, jest właśnie owym "głupcem". Szykują się kłopoty - tak właśnie mówił ojciec, a teraz wszystko lekceważy. Drażni mnie to. Co złego może przyjść z mówienia prawdy? Zwłaszcza w rozmowie z Leonardem, człowiekiem, którego znamy od zawsze?

Udaje mi się rozpoznać wszystkich trzech synów Lorenza. Mieszkańcy Florencji dobrze znają ich twarze. Kiedy miałam dziesięć lat, przedstawiono mnie najmłodszemu. Nasi ojcowie spotkali się przypadkiem na ulicy, a my byliśmy z nimi. Poza tym, ojciec robi z nimi interesy. Kilka razy też, kiedy jeszcze byłam mała, bawiłam się z najmłodszą córką Lorenza. Jest ode mnie starsza tylko półtora roku, ale już od dawna chadza na bale. Mój bal, ten po urodzinach, będzie dla mnie pierwszym poważnym wydarzeniem towarzyskim. Teraz jednak nie jestem pewna, czy on się w ogóle odbędzie. Papa powiedział, że podczas żałoby nie rozmawia się na radosne tematy.

- Madonno Elisabetto - odzywa się Leonardo i kiwa w moją stronę.

Wyrywa mnie z zamyślenia. Nie mam pojęcia, o czym mówili. Spoglądam pytająco.

- Chciałbym, żebyś towarzyszyła mi przez resztę dnia - patrzy na ojca. - O ile, oczywiście, papa pozwoli ci uczynić mi ten zaszczyt. Obiecuję, że nic się jej nie stanie.

- Jakże mógłbym odmówić? - odpowiada ojciec.

Oczy matki błyszczą nadzieją i determinacją. Wiem, dlaczego. Leonardo jest na ustach całego miasta. Urodził się jako nieślubne dziecko chłopki i arystokraty w Anchiano, pod Vinci. Jego rodzina przeniosła się do Florencji i ojciec - sam będąc intelektualistą i miłośnikiem artystycznej swobody - zapewnił chłopcu wykształcenie u najlepszych nauczycieli. Leonardo pobierał nauki u Verocchia, świetnego malarza i rzeźbiarza, który z kolei uczył się u wielkiego Donatella. Ale Leonardo wkrótce prześcignął obu mistrzów.

Nikt nie bierze za swoje dzieła więcej złota niż on. Podsłuchałam kiedyś, jak matka mówiła, że to z powodu jego niebywałego talentu - sama mdleje przed jego malowidłami. Papa z kolei podziwia wynalazki Leonarda. Ten mężczyzna dla każdego ma w zanadrzu coś wspaniałego. Poza tym jest jeszcze coś, co z pewnością mu pomaga: jest przystojny. Ma wspaniałe rysy. A w dodatku pięknie śpiewa. Może stać się najlepszym artystą, naukowcem, filozofem, anatomem, astronomem, budowniczym, wynalazcą - kto wie, kim jeszcze. Ale przede wszystkim jest mężczyzną - i nawet teraz, gdy ma czterdzieści lat, większość kobiet uważa go za najatrakcyjniejszego kawalera Florencji.

Maluje dla bogaczy, choć powiadają, że potrafi całe lata pracować nad zleceniem i nigdy go nie ukończyć. Namalowany przezeń portret Ginevry de' Benci wszyscy okrzyknęli cudem. Sportretował też Cecilię Gallerani, kochankę księcia. Wszystkie arystokratki pragną, by je malował. I to dlatego matka pozwala mi z nim pójść - żebym miała okazję obracać się wśród bogaczy. Poza tym owo zaproszenie odpowiada jej planowi rychłego znalezienia mi szlachetnie urodzonego męża.

Leonardo podaje mi ramię. Czuję, jak w brzuchu zaczynają mi latać motyle. O czym ja mam z nim rozmawiać? Ale nie zachowam się jak wystraszony króliczek; nie jestem Valerią. Przejęta, przełykam ślinę, przyjmuję oferowane przez niego ramię i ruszamy przed siebie. Wplatamy się pomiędzy rojące się na ulicy konie, muły i wozy. Nie widzę już matki ani ojca. Nie jestem nawet pewna, gdzie jestem. Nie znam przecież całej Florencji.

Przypadkiem zerkam w boczną uliczkę. Jakiś mężczyzna wypróżnia się tam. Ma na sobie obdartą koszulę i brudne spodnie. Odwracam się i modlę, by Leonardo nie ujrzał tego widoku, a przynajmniej, by nie zauważył, że ja to widziałam. Bieda i nieszczęście są wszędzie, nawet we Florencji. Dzielnica, w której znajduje się farbiarnia, dokąd papa wozi nasz jedwab to prawdziwe piekło na ziemi. Słyszałam, jak mówił o tym ojciec Valerii. Nie rozumiem jednak, dlaczego ten biedak z alejki nie poszedł do kościoła franciszkanów i nie poprosił o pomoc?

Na szczęście nie jest mi dane dłużej zastanawiać się nad jego rozpaczliwą sytuacją. Leonardo zatrzymuje się i przedstawia mnie komuś. I jeszcze jednej osobie. Witam się ze wszystkimi skinieniem głowy, wdzięczna mojemu przewodnikowi za to, że głośno wymienia moje nazwisko i wciąż powtarza - niemal wykrzykuje - jaką śliczną, młodą damą się stałam. Większość z napotkanych osób zna moich rodziców; florencka arystokracja nie jest szczególnie liczna. Cieszę się, że za pierwszym razem ujrzą mnie właśnie u boku Leonarda. To na pewno wryje im się w pamięć.

Starsi mężczyźni noszą ciężkie stroje z bogato zdobionego brokatu; młodzi, smukli i eleganccy, mają na sobie obcisłe pończochy i aksamitne, obszyte futrem płaszcze. Kobiece stroje rzucają swoimi barwami wyzwanie ubraniom panów. Po drodze mijamy wierzchowce, wystrojone równie okazale, jak ich właściciele. Pozłacane strzemiona, złote nici, wplecione w jedwabne szarfy, zarzucone na końskie grzbiety. Duma rozsadza mi pierś.

- To, że tak tu wesoło, jest w dużej mierze zasługą mojego ojca - odzywam się do Leonarda.

- Doprawdy? A w jakiż to sposób?

- Len nie daje się farbować. Wełna przyjmuje kolory bardzo opornie. Ale jedwab aż cieszy się na myśl o barwach.

Ponieważ mój towarzysz zatrzymuje się i zadaje mi kolejne pytania, opowiadam szczegółowo o naszym rodzinnym interesie. Wygląda na to, iż Leonardo chce poznać cały proces produkcji jedwabiu - od początku do końca. Słucha mnie z uwagą i skupieniem.

Moje oczy wyławiają z tłumu jedną z kobiet.

- Popatrz, proszę, na perły w jej włosach - mówię i z radości aż klaszczę w dłonie. - Cudne i fantastycznie oprawione. Taka biżuteria każdą uczyniłaby piękną.

- Czyżbym wyczuł nutę smutku? - Leonardo odsuwa mnie od siebie, wciąż jednak trzymając za dłonie, i obrzuca spojrzeniem od stóp do głów. Mam na sobie sukienkę z żółtego, barwionego nagietkami jedwabiu. Dostałam ją rok temu i gorset stał się ciasnawy. Nie da się jej nawet przyrównać do piękna i wyrafinowania strojów otaczających nas ludzi. Nagle czuję ochotę, by uciec i schować się w ramionach mammy.

- Jesteś złociutką, rozmigotaną iskierką. Skrzysz się światłem jak brylant. Zwłaszcza kiedy kołyszesz się na piętach - jego spojrzenie droczy się z moim. - Ale jest w tobie coś jeszcze. Praktyczność, która sprawia, że jesteś prawdziwsza od innych. Twoje przejrzyste oczy obiecują tajemnicę. Jakbyś czekała i obserwowała. Jakby nic i nigdy nie było cię w stanie zaskoczyć. To aż niepokojące. Zapamiętaj moje słowa, madonno Elisabetto, pewnego dnia, gdy doświadczenie dopełni twej doskonałości, poproszę o zaszczyt i zechcę namalować twój portret.

Dłonie wędrują mi ku piersi i naciskają mocno, jakby po to, bym nie upadła na buzię. Od takich dziwnych słów zaczyna mi się kręcić w głowie. Leonardo bierze moją rękę i wsuwa ją sobie pod ramię. Znowu idziemy. Wszystko wokół lśni. Śmiech unosi się i wiruje w powietrzu. A może to tylko moje uszy i oczy sprzysięgły się, by nie słyszeć i nie widzieć pogrzebowych lamentów?

- Bezbożność! - huczy donośny głos. - Rozpusta! Moralna zgnilizna! Wszystko to stanie się korzeniem upadku Florencji! Strzeżcie się!

Odwracam się, by spojrzeć w tamtą stronę, ale jakiś nieznajomy mężczyzna bierze Leonarda za lewy łokieć i ciągnie nas za sobą. Ubrany jest w czerwony aksamit i białe koronki. Na głowie ma kapelusz, który liczbą sterczących na nim piór mógłby konkurować z najpyszniejszymi nawet ptakami. Cóż to za fantastyczny stwór?

- Savonarola. - Wskazuje brodą w kierunku, z którego dobiega głos kaznodziei. - Dobrze przynajmniej, że podczas mszy zachował się jak cywilizowana istota. Dłużej jednak już nie mógł wytrzymać. Mój ojciec popełnił błąd. Nie powinien był wyganiać go z Florencji.

Obracam się i przyglądam twarzy mężczyzny w kapeluszu. Och, to przecież Piero - najstarszy z synów Lorenza de' Medici i od niedawna najbogatszy z mieszkańców naszego miasta. Serce zamiera mi na moment.

Teraz i on mnie zauważa. Zdaję sobie sprawę, że przyglądam mu się z otwartymi ustami. Zamykam je pospiesznie. Piero się uśmiecha i zatrzymuje na mnie spojrzenie w dziwnie poruszający, niepokojący sposób. Zamieram w bezruchu.

- Znajdźmy lepsze miejsce! - Piero wchodzi pomiędzy mnie i Leonarda. Chwyta moją rękę i kładzie ją sobie w zgięciu łokcia, przytrzymując ją drugą dłonią. Zachowuje się tak, jakby w ogóle nie przejmował się tym, że mnie przed chwilą obraził.

- Prezentacji dokonamy, gdy będziemy mieli więcej spokoju - zwraca się do Leonarda. - Jak zatem żyję ci się w Mediolanie? Słyszałem, że zostałeś głównym budowniczym mostów i okrętów u księcia Sforzy? I, co mnie fascynuje najbardziej, zajmujesz się też uzbrojeniem jego armii? Powiedz mi, Ser Leonardo, czy on nie zamierza użyć twoich wynalazków, by podbić Florencję?

- Książę nie wtajemnicza mnie w swoje plany - odpowiada Leonardo. - Ja tylko projektuję.

- I, jak rozumiem, wciąż "tylko" malujesz?

- Nie byłbym sobą, gdybym nie malował.

Piero przeprowadza nas na drugą stronę ulicy i wchodzimy po stopniach wiodących do pałacu Medicich. Nie mogę w to uwierzyć. Gdy znajdujemy się już wewnątrz, Piero obraca się na pięcie, tak że nieomal zderzam się z jego piersią. Całuje mnie w dłoń. Potem przesuwa usta w górę mego ramienia. Wołam w przestrachu i wyrywam się.

- Miarkuj się, proszę! - Leonardo staje przede mną. - Monna Elisabetta jest damą.

Piero krzyżuje ręce na piersi, wsuwa dłonie pod pachy. - Trzymać ręce z daleka, tak? - Obchodzi Leonarda dokoła i kłania się mi. - Czy naprawdę tego życzy sobie nasza dama?

Ten człowiek jest najstarszym synem zmarłego Medici. Nie wolno mi okazać mu odrazy. Szukam w myślach najmniej obraźliwej odpowiedzi.

- Jest pan żonatym mężczyzną, Ser Piero - mówię. Jest też ojcem, ale o tym już nie wspominam. Spoglądam na Leonarda, który przygląda się wiszącemu na ścianie obrazowi.

- A czy poznałaś już Alfonsinę, moją śliczną pannę młodą? - Piero uśmiecha się krzywo.

Kręcę przecząco głową.

- Wiesz, co zaprząta myśli mojej żony? Widelce, obrusy, prześcieradła - Piero wylicza na palcach. - Ręczniki, lniane koszule, chrupiące ciasteczka, ptysie, wino z Trebbiano, sałata, ogórki, gotowane kurczęta i koźlęcina, pieczone gołębie,

pasta migdałowa, bombonierki. - Opuszcza ramiona i ciężko wzdycha. - Wszystko to dla gości. - Jego oddech pachnie ostro. Wina jednak nie czuję. - Czy mam kontynuować? Chcesz, żebym wymienił listę zajmujących ją strojów? A może biżuterii? Albo jeszcze lepiej...

- Proszę przestać.

- Przestać? Zdajesz sobie sprawę, że każesz zamilknąć geniuszowi? Prawdziwemu geniuszowi! Czy naprawdę nie ma w tobie ani krztyny szacunku? - Wyciąga język niczym psotny chłopiec. - Wiesz, czym się zajmował mój ojciec?

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek o tym słyszała. Mrugam szybko. Zalewa mnie wstyd. Czuję żar w głowie.

- Nie wiesz, prawda? Cóż, nie smuć się, mała damo. Twoje milczenie nie jest bezpodstawne. Mój ojciec był geniuszem, tak samo jak przedtem jego ojciec i dziad. To u nas rodzinne. Lorenzo Il Magnifico rządził Republiką Florencji za pomocą posiadanych przez siebie banków i kreując się na rozjemcę pomiędzy nami a innymi państwami Italii... - Piero milknie na chwilę. Na jego twarzy pojawia się tryumfalny uśmieszek. - ...i wszystkiego tego dokonał, nie piastując żadnego urzędu. Dzięki temu nigdy nie czuł na sobie presji ludu, który mógłby go pozbawić stanowiska. Rządzimy i nikt nie jest w stanie nam tej władzy odebrać. Nie wydaje ci się, że to oznaka prawdziwego geniuszu?

Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami.

- Zadałem ci pytanie! - warczy na mnie.

Kulę się.

- Czyżbym widział łzę? - Piero kręci głową. - Żal ci samej siebie. Poczułaś nagle, że przy mnie jesteś tylko dzieckiem, prawda?

Szarpię Leonarda za rękaw, ale on nie zwraca na mnie uwagi.

- Mam dwadzieścia jeden lat - ciągnie Piero. - Mój ojciec był w tym samym wieku, gdy zmarł jego ojciec. Co o tym sądzisz? - Uśmiecha się, wypranym z wesołości uśmiechem. - Może urodziłem się po to, by za młodu wziąć na barki ciężkie obowiązki? Ale, tak między nami, nie myślisz, że zasługuję na to, by się jeszcze trochę pobawić, zanim się zestarzeję?

Cofam się pospiesznie o krok. Moje łopatki i pośladki dotykają ściany.

- Nic jeszcze nie wzięliśmy do ust. Zapraszam cię na obiad. Napcham się pietruszką, rukolą, anyżkiem i miętą - ziołami, które wzmagają siły do miłosnych igraszek. Wyobraź sobie mnie wzmocnionego w tym względzie. - Wybucha śmiechem.

- A kogóż to dręczysz tym razem, bracie? - W komnacie pojawia się ksiądz. Och, dzięki ci, Panie. Co więcej, to nie jest żaden zwykły ksiądz, tylko prawdziwy kardynał w czerwonym kapeluszu. Za nim kroczy jakiś chłopiec.

- Ach, mój pobożny Giovanni - woła Piero, wymachując przesadnie ręką w lekkim ukłonie. - Czy znasz maleńką monnę Elisabettę? Pozwól, że ci przedstawię. A ty, smakowita mała monno, poznaj mojego brata, najmłodszego kardynała w historii. Ten czerwony kapelusz udało mu się włożyć na głowę w wieku ledwie czternastu lat.

Kardynał Giovanni obejmuje Piera ramieniem i wita się ze mną nieznacznym skinieniem głowy.

- Cała przyjemność po mojej stronie. A to nasz najmłodszy braciszek, Giuliano - wskazuje chłopca.

Głupi, mądry i dobry. Powinnam czuć się zachwycona, mogąc poznać całą trójkę braci Medicich...

Uśmiech Lisy
Autor: Donna Jo Napoli
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Jaguar
Wydanie polskie: 4/2010
Tytuł oryginalny: The Smile
Liczba stron: 350
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7686-010-7
Cena z okładki: 34,90 zł

_________________
http://slowemmalowane.blogspot.com/
http://maribeaart.blogspot.com/
 
 
migotka 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 1461
Skąd: mazowsze
Wysłany: Sro 09 Cze, 2010 12:31   

Objawienie, Melissa de la Cruz

Wczesnym i przenikliwie zimnym, późnomarcowym rankiem Schuyler Van Alen minęła szklane drzwi liceum Duchesne. Poczuła ulgę, przechodząc pod wysokim, beczułkowatym sklepieniem holu, w którym królował imponujący portret założycielek szkoły, pędzla Johna Singera Sargenta.
Czarne włosy dziewczyny nadal krył obszyty futrem kaptur. Nie zdejmowała go, gdyż wolała anonimowość od grzecznościowych powitań wymienianych przez uczniów.
Dziwnie było myśleć o szkole jako o przystani, schronieniu, miejscu, w którym chciała się jak najszybciej znaleźć. Przez długi czas Duchesne z błyszczącymi marmurowymi posadzkami i malowniczym widokiem na Central Park zdawało się Schuyler salą tortur. Nie znosiła wchodzić po ogromnych schodach, czuła się nieszczęśliwa w niedogrzanych salach, nie cierpiała nawet pięknych terakotowych kafelków w jadalni.
W szkole Schuyler często czuła się niedostrzegana, uważała się za brzydulę, chociaż przeczyły temu głęboko osadzone, błękitne oczy i delikatne rysy, nadające jej wygląd drezdeńskiej porcelanowej lalki. Odkąd sięgała pamięcią, lepiej sytuowani koledzy i koleżanki traktowali ją jak dziwadło, wyrzutka – osobę niepotrzebną i niepożądaną. Nieważne, że jej rodzina należała do najstarszych i najbardziej zasłużonych w mieście. Czasy się zmieniły. Ród Van Alenów, niegdyś dumny i potężny, stracił na znaczeniu z upływem wieków i obecnie niemal wymarł. Schuyler była jedną z ostatnich jego potomkiń.
Przez krótki czas Schuyler miała nadzieję, że sytuacja się zmieni po powrocie z wygnania jej dziadka – liczyła, że obecność Lawrence’a w jej życiu sprawi, że nie będzie już sama. Ale nadzieje legły w gruzach, kiedy Charles Force zabrał ją z podupadłej rezydencji
przy Riverside Drive, jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała.
– Ruszysz się wreszcie, czy mam ci pomóc?
Schuyler podskoczyła. Nie zauważyła, że zatrzymała się zamyślona przed drzwiczkami szkolnej szafki, blokując dostęp do szafki powyżej. Dzwonek sygnalizujący początek szkolnego dnia dzwonił wściekle. A za plecami Schuyler stała Mimi Force, mieszkająca z nią obecnie pod jednym dachem.
Niezależnie od tego, jak bardzo nie na miejscu Schuyler czuła się w szkole, było to niczym w porównaniu z arktycznym chłodem, jakiego codziennie doświadczała w ogromnej rezydencji Force’ów, położonej naprzeciwko Metropolitan Museum. W Duchesne przynajmniej nie słyszała Mimi utyskującej na nią bezustannie. Tu zdarzało się to najwyżej raz na kilka godzin. Nic dziwnego, że Duchesne wydawało jej się ostatnio takie gościnne.
Mimo że Lawrence Van Alen pełnił teraz funkcję Regisa, zwierzchnika błękitnokrwistych, nie miał władzy, by zatrzymać postępowanie adopcyjne. Kodeks Wampirów wymagał ścisłego przestrzegania ludzkich praw, co miało uchronić błękitnokrwistych przed niepożądanym dochodzeniem. W swoim testamencie babka Schuyler ogłosiła ją wprawdzie usamodzielnionym nieletnim, ale przebiegli prawnicy Charlesa Force’a podważyli zapis przed sądem czerwonokrwistych, który rozpatrzył sprawę na ich korzyść. Charles został wyznaczony na głównego spadkobiercę, otrzymując w pakiecie Schuyler.
– No? – Mimi wciąż czekała.
– A, przepraszam – powiedziała Schuyler, biorąc podręcznik i odsuwając się.
– I masz za co. – Mimi zmrużyła szmaragdowe oczy, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem. Takim samym obdarzyła Schuyler zeszłego wieczoru, przy obiedzie, i dziś rano, kiedy wpadły na siebie w holu. Spojrzenie mówiło: Co ty tu robisz? Nie masz prawa istnieć.
– Co ja ci takiego zrobiłam? – szepnęła Schuyler, wkładając książkę do znoszonej płóciennej torby.
– Uratowałaś jej życie!
Mimi z wściekłością spojrzała na rudowłosą piękność, która wtrąciła się w ich rozmowę.
Bliss Llewellyn, z pochodzenia Teksanka, dawna akolitka Mimi, odwzajemniła spojrzenie. Jej policzki były równie czerwone jak włosy.
– Uratowała ci skórę w Wenecji, a ty nie masz nawet dość przyzwoitości, żeby okazać wdzięczność!
Niegdyś Bliss była cieniem Mimi i niezwłocznie wypełniała wszystkie jej polecenia, ale ich przyjaźń załamała się podczas ostatniego ataku srebrnokrwistych, których Mimi okazała się chętną, nawet jeśli nieskuteczną, wspólniczką. Mimi została skazana na śmierć i wyrok byłby wykonany, gdyby nie pomoc Schuyler w postaci rytuału próby krwi.
– Nie uratowała mi życia. Powiedziała tylko prawdę. Moje życie nie było zagrożone – odparła Mimi, przeczesując srebrną szczotką delikatne włosy.
– Nie zwracaj na nią uwagi – poradziła Bliss.
Schuyler uśmiechnęła się, czując przypływ odwagi spowodowany słowami poparcia.
– Byłoby trudno. To tak, jakby nie zwracać uwagi na globalne ocieplenie.
Wiedziała, że zapłaci później za ten komentarz. Będą kamyki w płatkach śniadaniowych. Smoła na pościeli. Albo najnowsza przykrość – zniknięcie kolejnego należącego do niej drobiazgu.
Już straciła medalion swojej matki, skórzane rękawiczki i ukochany, zaczytany egzemplarz Procesu Kafki, sygnowany na pierwszej stronie inicjałami J.F.
Schuyler bez wahania musiałaby przyznać, że drugiej sypialni gościnnej w posiadłości Force’ów (pierwsza była zarezerwowana dla podejmowanych przez rodzinę dostojników) z pewnością nie można było nazwać schowkiem pod schodami. Pokój pięknie wykończono i wyposażono we wszystko, czego mogła pragnąć dziewczyna. Miała olbrzymie łóżko ze wspartym na czterech kolumienkach baldachimem i puchową kołdrą, szafę pełną markowych ubrań, ekskluzywny zestaw multimedialny, tuziny zabawek dla jej ogara, Beauty, oraz leciutki jak piórko laptop MacBook Air. Ale nawet jeśli w nowym miejscu opływała w bogactwa materialne, brakowało jej uroku starego domu.
Tęskniła za swoim pokojem z seledynowymi ścianami i rozchwianym biurkiem. Tęskniła za zakurzonymi pokrowcami w salonie. Tęskniła za Hattie i Juliusem, którzy od zawsze byli przy jej rodzinie. Tęskniła oczywiście za dziadkiem. Ale przede wszystkim tęskniła za wolnością.
– Wszystko okej? – szturchnęła ją Bliss. Schuyler wróciła z Wenecji z nowym adresem i nieoczekiwaną sojuszniczką. Ona i Bliss zawsze odnosiły się do siebie życzliwie, ale teraz stały się niemal nierozłączne.
– Jasne, przywykłam. Dałabym jej radę, gdybyśmy walczyły w kisielu – uśmiechnęła się Schuyler. Widywanie się z Bliss w szkole należało do tych niewielkich aktów łaski, jakie oferowało jej Duchesne.
Weszła po krętych tylnych schodach, za kolegami idącymi w tym samym kierunku. Kątem oka zobaczyła błysk i już wiedziała. To on. Nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, że szedł w tłumie uczniów zmierzających w przeciwną stronę. Mogła zawsze wyczuć jego obecność, jakby jej umysł był precyzyjnie dostrojoną anteną, chwytającą jego sygnał, gdy tylko znalazł się w pobliżu.
Może to wampiryczna część osobowości ostrzegała ją, że niedaleko jest ktoś z jej rodzaju, a może nie miało to absolutnie nic wspólnego z nadprzyrodzonymi mocami.
Jack.
Patrzył przed siebie, nie dostrzegając jej, nie rejestrując w ogóle jej obecności. Gładkie jasne włosy, równie świetliste, jak włosy jego siostry, miał odgarnięte z dumnego czoła, a w odróżnieniu od otaczających go niedbale ubranych chłopców, prezentował się wręcz królewsko w blezerze z krawatem. Był tak przystojny, że Schuyler nieświadomie wstrzymała oddech. Ale podobnie jak w rezydencji – Schuyler odmawiała nazywania tego miejsca „domem”– Jack ją ignorował.
Jeszcze raz obrzuciła go wzrokiem i pobiegła na górę. Kiedy weszła do sali, lekcja się już zaczęła. Starając się możliwie nie rzucać w oczy, chciała z przyzwyczajenia zająć swoje miejsce, z tyłu przy oknie, obok pochylonego nad książką Olivera Hazarda-Perry’ego.
Ale w porę się zorientowała i przeszła na drugą stronę klasy, siadając pod klekoczącym wentylatorem bez przywitania się z najlepszym przyjacielem.
Charles Force postawił sprawę jasno: odkąd mieszka pod jego dachem, ma przestrzegać jego zasad. Pierwszą z nich był zakaz widywania się z dziadkiem. Zadawniona wrogość między Charlesem a Lawrencem brała się nie tylko z tego, że ten ostatni zajął miejsce Charlesa w Zgromadzeniu.
– Nie chcę, żeby napychał ci głowę kłamstwami – oznajmił Charles. – Może rządzić Radą, ale nie ma żadnej władzy w moim domu. Jeśli mi się sprzeciwisz, zapewniam, że tego pożałujesz.
Drugą zasadą w domu Force’ów był zakaz przebywania w towarzystwie Olivera. Charlesa mało szlag nie trafił, kiedy odkrył, że Schuyler uczyniła Olivera (przypisanego jej zausznika) swoim familiantem.
– Po pierwsze, jesteś na to o wiele za młoda. Po drugie, to niestosowne. W złym guście. Zausznicy są służącymi. Nie mają – i nie powinni – pełnić funkcji familiantów. Musisz natychmiast znaleźć innego człowieka i zerwać wszystkie kontakty z tym chłopcem.
W głębi duszy Schuyler niechętnie przyznawała, że prawdopodobnie Charles miał rację. Oliver był jej najlepszym przyjacielem, a ona naznaczyła go jako swoją własność, zmieszała jego krew ze swoją, a to rodziło określone konsekwencje. Czasem miała ochotę wrócić do dawnych czasów, zanim wszystko stało się tak skomplikowane.
Schuyler nie miała pojęcia, dlaczego Charlesa w ogóle obchodziło, kto będzie jej familiantem, skoro Force’owie zerwali ze starą tradycją zauszników. Ale ściśle przestrzegała zasad. Każdy mógł zobaczyć, że nigdy nie kontaktuje się z Lawrencem i nie obdarza świętym pocałunkiem Olivera.
W jej nowym życiu było mnóstwo rzeczy, których nie mogła lub które powinna robić.
Ale były miejsca, gdzie zasady nie obowiązywały. Gdzie Charles nie miał żadnej władzy. Gdzie Schuyler mogła być wolna.
Po to przecież wymyślono tajne kryjówki.

Mimi Force lubiła dźwięk obcasów stukających o marmur. Przyjemne klikanie jej lakierowanych szpilek od Jimmy’ego Choo rozlegało się echem w całym holu Force Tower. Lśniąca nowością kwatera główna medialnego imperium jej ojca obejmowała kilka budynków w samym centrum Manhattanu. Błyszczące windy wypluwały kolejne porcje „Forcies – pięknych pracownic koncernu Force’ów – redaktorek specjalizujących się w projektowaniu, modzie, dekoracji wnętrz – spieszących na biznes lunch w restauracji Michael’s lub wsiadających do taksówek, które miały je zabrać na najrozmaitsze umówione spotkania na mieście. Doskonale ubrane, miały identycznie ściągnięte twarze, jakby ich nieustannie zapchany grafik nie pozostawiał czasu na uśmiech. Mimi doskonale tu pasowała.
Miała zaledwie szesnaście lat, ale idąc przez zatłoczony hol do nieoświetlonej wnęki skrywającej windę, którą można było otworzyć tylko tajnym i niepodrabialnym kluczem, czuła się niesamowicie stara. Pamiętała, że Force Tower oryginalnie zostało ochrzczone Van Alen Building. Przez lata wznosiło się na wysokość zaledwie trzech pięter, ponieważ planowany wieżowiec nie został nigdy wybudowany z powodu krachu na nowojorskiej
giełdzie w 1929 roku i następującego po nim Wielkiego Kryzysu. Dopiero w zeszłym roku koncern jej ojca ukończył wreszcie prace budowlane zgodnie ze starymi planami i nadał
biurowcowi nową nazwę.
Mimi rozejrzała się, dyskretnie wysyłając do wszystkich w pobliżu silną sugestię, aby nie zwracali na nią uwagi. Sięgnęła do klamki, przyciskając palec do zamka, tak aby wytoczyć kroplę krwi. Analizujący krew zamek nie stanowił najnowszego osiągnięcia technologii, wręcz przeciwnie, był jak najbardziej starożytnym wynalazkiem. Krew była porównywana z wzorcami DNA w bazie – zgodność z wzorcem oznaczała, że przed drzwiami stoi prawdziwy błękitnokrwisty. Krwi wampira nie dawało się podrobić ani wytoczyć wcześniej, ponieważ w kontakcie z powietrzem znikała w niecałą minutę.
Drzwi otwarły się bezgłośnie i Mimi zjechała windą na dół. Czerwonokrwiści nie wiedzieli, że w 1929 roku budynek został ukończony zgodnie z planem – tyle tylko, że sięgał w dół, zamiast w górę.
Była to odwrotność drapacza chmur, podziemna konstrukcja, skierowana w stronę jądra planety zamiast w stronę nieba. Mimi patrzyła na mijane piętra. Była piętnaście, potem trzydzieści, potem sześćdziesiąt, potem trzysta metrów pod ziemią. W przeszłości błękitnokrwiści żyli w takich miejscach, aby ukryć się przed srebrnokrwistymi prześladowcami. Teraz Mimi rozumiała, co miał na myśli Charles Force, kiedy szydził, że Lawrence i Cordelia chcieliby, aby wampiry „znowu kryły się w jaskiniach”.
Nareszcie winda zatrzymała się, otwierając drzwi. Mimi skinęła głową siedzącemu przy biurku zausznikowi. Czerwonokrwisty przypominał ślepego kreta i wyglądał, jakby dawno nie widział słońca. Zupełnie jakby urwał się z fałszywych legend o wampirach – pomyślała z rozbawieniem Mimi.
Czuła potężne zaklęcia ochronne nałożone na ten obszar. To powinno być najlepiej ukryte i najbezpieczniejsze schronienie błękitnokrwistych. Lawrence był absolutnie zachwycony błyszczącą, podejrzaną wieżą, wzniesioną na górze. „Chowamy się pod latarnią!”– śmiał się. Repozytorium Historyczne zostało ostatnio przeniesione o kilka poziomów niżej. Od czasu ataku pomieszczenie pod klubem stało puste. Mimi nadal przypisywała sobie winę za to, co się tam stało. Chociaż nie była winna! Nie chciała nikomu zrobić naprawdę krzywdy. Chciała tylko, żeby Schuyler zeszła jej z drogi. Może była naiwna. Rozpamiętywanie minionego nie miało teraz sensu.
– Dobry wieczór, Madeleine – przywitała ją elegancko ubrana dama w modnym kostiumie Chanel.
– Dobry wieczór, Dorotheo – skinęła głową Mimi, idąc za starszą panią do sali konferencyjnej. Wiedziała, że część członków Komitetu nie była zachwycona przyjęciem jej do wewnętrznego kręgu. Niepokoiło ich, że jest jeszcze zbyt młoda i nie w pełni
panuje nad swoimi wspomnieniami, kryjącymi całość wiedzyze wszystkich przeszłych wcieleń. Proces uświadamiania sobie swojego dziedzictwa zaczynał się u błękitnokrwistych wraz z początkiem przemiany, w piętnastym roku życia, i trwał do końca wieczornych lat (czyli mniej więcej do dwudziestego pierwszego roku życia), kiedy to ludzka powłoka ostatecznie ustępowała, odsłaniając ukrytego pod nią wampira. Mimi nie obchodziło, co
o niej myślą. Miała swoje obowiązki, a nawet jeśli nie pamiętała wszystkiego, pamiętała dostatecznie wiele.
Była tutaj, ponieważ pewnego dnia, niedługo po powrocie z Wenecji, Lawrence późnym wieczorem przybył do rezydencji Force’ów, aby zobaczyć się z Charlesem. Mimi podsłuchała całą rozmowę. Kiedy Lawrence przejął tytuł Regisa, Charles na własny wniosek zrezygnował z miejsca w Radzie, ale Lawrence namawiał go, aby przemyślał tę decyzję.
– Potrzebujemy teraz całej naszej siły. Potrzebujemy cię, Charlesie. Nie odwracaj się do nas plecami – głos Lawrence’a był niski i schrypnięty. Zakasłał, a słodki zapach tytoniu z jego fajki wypełnił korytarz na zewnątrz gabinetu jej ojca.
Charles był nieugięty. Został upokorzony i odtrącony. Skoro Rada nie życzyła sobie go widzieć, on nie życzył sobie widzieć Rady.
– Po co jestem im potrzebny, skoro mają ciebie, Regisa? – burknął Charles, jakby samo wypowiedzenie tych słów było czymś odrażającym.
– Ja się tego podejmę.
Lawrence tylko uniósł brwi na widok pojawiającej się przed nimi Mimi. Charles także nie wyglądał na zaskoczonego. Od dziecka miała talent do radzenia sobie z zamkniętymi drzwiami.
– Azrael – mruknął Lawrence. – Ile pamiętasz?
– Nie wszystko. Jeszcze nie teraz. Ale pamiętam ciebie... dziadku – Mimi skrzywiła wargi w uśmiechu.
– To mi wystarczy. – Uśmiech Lawrence’a przypominał trochę uśmiech Charlesa. – Charlesie, w takim razie postanowione. Mimi zajmie twoje miejsce w Radzie. Jako twój przedstawiciel będzie ci składać raporty. Azraelu, możesz odejść.
Mimi już miała zaprotestować, kiedy zorientowała się, że bez jej wiedzy zauroczono ją, nakłaniając do opuszczenia gabinetu. Ten stary dziad był zdecydowanie za sprytny. Ale nic nie mogło jej powstrzymać przed przyciśnięciem ucha do drzwi.
– Jest niebezpieczna – powiedział cicho Lawrence. – Byłem zaskoczony, że wezwałeś w tym cyklu bliźnięta. Czy to naprawdę konieczne?
– Tak jak sam mówiłeś, jest silna – westchnął Charles. – Jeśli naprawdę czeka nas bitwa, przed którą stale ostrzegasz, będziesz jej potrzebować u swego boku.
– Jeśli pozostanie wierna – prychnął Lawrence.
– Zawsze była – powiedział ostro Charles. – I nie jest jedyną spośród nas, która niegdyś kochała Niosącego Światło.
– Tragiczny błąd, który wszyscy popełniliśmy – skinął głową Lawrence.
– Nie, nie wszyscy – przypomniał cicho Charles.
Mimi na palcach odeszła od drzwi. Usłyszała wszystko, co chciała wiedzieć.
Azrael. Nazwał ją jej prawdziwym imieniem. Imieniem wyrytym głęboko w jej świadomości, w jej kościach, w jej krwi. Czym była oprócz swojego imienia? Kiedy żyje się tysiące lat, posługując się coraz to nowym przezwiskiem, imiona stają się czymś w rodzaju opakowania. Ozdobą, na którą się odpowiada. Weźmy choćby jej imię w tym cyklu: Mimi. Imię dziewczyny z towarzystwa, kapryśnej kobietki, która spędza dnie na wyczerpywaniu limitu kart kredytowych, interesując się tylko salonami spa i przyjęciami.
Kryło jej prawdziwą tożsamość.
Ponieważ była Azraelem. Aniołem Śmierci. Wnosiła ciemność w światło. To był jej dar i jej przekleństwo.
Była błękitnokrwistą. Tak jak powiedział Charles, jedną z najsilniejszych. Charles i Lawrence mówili o ostatnich dniach przed Upadkiem. Podczas wojny z Lucyferem to Azrael i jej bliźniaczy brat Abbadon przeważyli szalę zwycięstwa, zmieniając przebieg bitwy. Zdradzili swojego księcia i dołączyli do Michała, klękając przed złotym mieczem. Pozostali wierni światłu, chociaż byli zrodzeni z ciemności.
Ich dezercja okazała się punktem zwrotnym. Gdyby nie ona i Jack, kto tak naprawdę by wygrał? Czy Lucyfer zostałby królem królów na niebieskim tronie, gdyby go nie opuścili? A w nagrodę dostali tylko to wieczne życie na Ziemi. Niekończący się cykl naprawiania win i poszukiwania rozgrzeszenia. Przed kim i po co się kajali? Czy Bóg w ogóle pamiętał o ich istnieniu? Czy kiedykolwiek powrócą do utraconego Raju?
Czy to wszystko było tego warte? – pomyślała Mimi, zajmując swoje miejsce w Radzie. Dopiero teraz zauważyła niezadowolenie otaczających ją osób.
Spojrzała tam, gdzie wpatrywała się Dorothea Rockefeller, i ze zdziwienia omal nie spadła z krzesła. W najlepiej strzeżonym, najbezpieczniejszym schronieniu błękitnokrwistych, na honorowym miejscu koło Lawrence’a, siedział nikt inny, jak zhańbiony były venator, srebrnokrwisty zdrajca, Kingsley Martin.
Pochwycił spojrzenie Mimi i wycelował w jej kierunku dwa palce jak pistolet. I będąc w każdym calu Kingsleyem, uśmiechnął się, udając, że strzela.
_________________
http://slowemmalowane.blogspot.com/
http://maribeaart.blogspot.com/
 
 
migotka 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 1461
Skąd: mazowsze
Wysłany: Sro 09 Cze, 2010 12:32   

Oblężenie Macindaw, John Flanagan

Uzdrowiciel Malcolm, znany bardziej jako czarnoksiężnik Malkallam, na moment oderwał wzrok od pracy, albowiem na niewielką polanę w Lesie Grimsdell wjechał Will.
Każdego przedpołudnia, począwszy od jedenastej, Malcolm zajmował się leczeniem swoich ludzi. Ci, którzy odnieśli jakieś obrażenia albo w ogóle na coś chorowali, ustawiali się przed domem uzdrowiciela w kolejce. Czekali, aż ich przebada. Uskarżali się na rozmaite dolegliwości: zwichnięte stawy, skaleczenia, rany albo gorączkę.
Wielu spośród mieszkańców małej leśnej osady zostało wypędzonych kiedyś z domów jako ludzie ułomni, kalecy, zdeformowani. Problemy ze zdrowiem okazywały się chroniczne, więc nieszczęśnicy nadal wymagali stałej opieki. Kolejka pacjentów zazwyczaj bywała długa.
Ostatni w tym dniu pacjent Malcolma zgłosił się ze stosunkowo drobną sprawą. Jedenastoletni chłopiec postanowił mianowicie wykorzystać wycieraczkę sprzed matczynego domu w charakterze latającego dywanu, na którym spróbował sfrunąć z czterometrowego drzewa.
Malcolm dokończył bandażowanie skręconej kostki, nałożył trochę maści na podrapane łokcie oraz nadgarstki i na koniec potarmosił włosy pechowego poszukiwacza przygód.
– Zmykaj – rozkazał – i od teraz magię zostaw mnie.
– Jasne, Malcolmie – mruknął jedenastolatek, zwieszając zawstydzoną głowę.
Gdy tylko chłopczyk czmychnął, uzdrowiciel zwrócił się w stronę Willa, który właśnie rozkulbaczał konika.
Zwiadowca łagodnie przemawiał do zwierzaka, wycierając go z potu. Konik zdawał się rozumieć słowa swego pana; reagował przyjaznymi parsknięciami i wstrząsał krótką grzywą. Niemłody gospodarz lasu przypatrywał się temu z przyjemnością, gdyż cieszyła go więź między tymi dwoma, widoczna już od pierwszego spojrzenia.
– Słyszałem, że odnalazłeś Skandian? – odezwał się wreszcie.
Will skinął głową.
– Dwudziestu pięciu krzepkich wojowników – odparł.
– Obozują dokładnie w tym miejscu, które wskazał twój posłaniec. Na brzegu rzeki Oosel.
Ludzie Malcolma zapuszczali się daleko w wiekowy bór. Niewiele spraw, jakie tam się działy, uchodziło ich uwadze. Jeśli zaś spostrzegli coś niezwykłego, od razu powiadamiali uzdrowiciela. Na wieść o grupie skandyjskich rozbitków, Will od razu wyruszył, by ich odszukać.
– A oni z radością zaoferowali ci pomoc? – podpytywał Malcolm.
Will wzruszył ramionami, siadając na słonecznej werandzie obok starego uzdrowiciela.
– Z radością to oni przyjmą pieniądze, jakie im zaproponowałem. Poza tym ich kapitan uznał, że jest mi coś winien, ponieważ pozwolił Buttle’owi uciec.
Xander, sekretarz oraz pomocnik Ormana z Macindaw, wyszedł przed dom.
– Jak tam Orman? – zapytał Malcolm.
Keren, pragnący przejąć panowanie w Macindaw, usiłował otruć pana na zamku. Will z Xanderem zdołali ocalić lordowi życie, choć na ukrytą polanę uzdrowiciela dotarli w ostatniej chwili.
– Wszystko zmierza ku lepszemu. Jednak wciąż jest bardzo słaby. Znowu śpi – wyjaśnił Xander.
Malcolm pokiwał głową z namysłem.
– Sen to najlepsze lekarstwo. Trucizna opuściła już organizm. Ciało będzie się leczyć teraz samo. Pozwólmy Ormanowi odpoczywać.
Xander chyba ciągle pozostawał wobec Malcolma nieufny. Starzec uratował jego panu życie, on wszakże nadal traktował uzdrowiciela nieco podejrzliwie. Był zdania, że Malcolm powinien zapewnić lordowi jakąś bardziej konkretną kurację. Tymczasem ograniczał się do zwyczajnego zalecenia, by lord odpoczywał. Jednak sekretarz
łopotał się aktualnie inną sprawą.
– Czy ja dobrze usłyszałem? Obiecałeś tym Skandianom, że im zapłacisz? – zwrócił się do Willa.
Will uśmiechnął się do niego promiennie. Zaprzeczył.
– Nie. Obiecałem, że ty im zapłacisz – odparł. – Za usługi należy się siedemdziesiąt złotych rojali.
Oburzony Xander naskoczył na zwiadowcę.
– Niesłychane! – żachnął się. – Nie masz prawa robić czegoś takiego! Orman jest włodarzem Macindaw. Prowadzenie wszelkich tego rodzaju negocjacji należy do niego. Albo do mnie, pod jego nieobecność!
Sekretarz udowodnił już wcześniej, iż jest człowiekiem odważnym, ogromnie oddanym swemu panu. Jednak odwaga oraz oddanie sprawiały, że czasem Xandera rozdymała nadmierna pycha. Will obrzucił go wiele mówiącym spojrzeniem. Usłyszał wzgardliwe prychnięcie Malcolma.
– W tej chwili – wycedził Will z ostrzegawczą nutą w głosie – Orman nie jest włodarzem zupełnie niczego. Nie włada nawet pożyczonym łóżkiem, w którym spoczywa. Zresztą, w istocie rzeczy ja przewyższam lorda rangą. Chyba zapominasz, że działam z upoważnienia króla.
Xander uświadomił sobie, że młodzieniec ma rację. Bądź co bądź, Will był zwiadowcą, chociaż przybył do Macindaw w przebraniu rybałta. Xanderowi z trudem przychodziła akceptacja faktu, że tak wielkie uprawnienia przekazano komuś tak młodemu. Ustąpił, ale postanowił jeszcze trochę pogrymasić.
– Mimo wszystko – westchnął – aż siedemdziesiąt rojali? Doprawdy, należało się porządniej targować!
Will wstrząsnął czupryną.
– Możesz renegocjować umowę, jeżeli tylko masz na to ochotę. Jestem pewien, że Skandianie z radością ruszą do targu z kimś, kto zamierza się przyglądać z boku, jak oni nadstawiają karku.
Xander spostrzegł, że wkroczył na grząski grunt. Lecz okazał się zbyt uparty, by po prostu poniechać tematu.
– Cóż, zapewne. Jednak, zważ, tym właśnie się trudnią, czyż nie? Walczą dla pieniędzy, nieprawdaż?
– W rzeczy samej – Will przytaknął, i pomyślał, że Xander potrafi być bardzo irytujący. – I dzięki temu dobrze się orientują, ile jest warte ich życie. Zresztą, spójrz na sprawę z jaśniejszej strony. Więcej optymizmu. Może przegramy, a wtedy nie będziesz im winien ani grosza.
W głosie zwiadowcy zadźwięczały ostrzejsze nutki. Ten ton nareszcie przedarł się przez napuszoną dumę Xandera. Sekretarz pojął, że dalsze drążenie kwestii może się okazać nie najlepszym pomysłem. Prychnął, po czym odszedł. Ale nim odszedł, zadbał uprzednio, by do Willa oraz Malcolma dotarła uwaga, jaką im rzucił na odchodnym: „Siedemdziesiąt rojali, też mi coś! Nigdy nie słyszałem o podobnej rozrzutności!”.
Malcolm, łypnąwszy na Willa, wzruszył ramionami, okazując mu pełne zrozumienie.
– Mam nadzieję, że wkrótce uda ci się wyprawić tego osobnika z powrotem do zamku – mruknął. – Jego zachowanie zaczyna mnie już irytować.
Will uśmiechnął się.
– Przynajmniej jest bardzo oddany. No i stać go, małego uparciucha, na odwagę. Sam zresztą miałeś okazję się o tym przekonać.
Malcolm zastanawiał się przez parę chwil.
– Dziwne, prawda? – zauważył refleksyjnie. – Można by się spodziewać, że odwaga oraz oddanie sprawią, iż kogoś polubisz. A jednak jemu jakoś stale udaje się doprowadzać mnie do szewskiej pasji. – Machnął ręką, odsuwając na bok temat Xandera. – Wejdźmy do środka. Opowiesz mi nieco więcej o tych twoich Skandianach.
Wprowadził Willa do wnętrza domu. Już wcześniej zaparzył dzbanek kawy. Odkąd poznał młodego zwiadowcę, czyli nie tak znów dawno, zauważył jego graniczące z uzależnieniem zamiłowanie do smolistego napoju. Uśmiechnął się, bo Will, posmakowawszy kawy, oblizał wargi i westchnął z rozkoszą. Rozsiedli się na wygodnych krzesłach przy kuchennym stole Malcolma.
– Przybędą za dzień lub dwa – oświadczył Will. – Zostawiłem ich, żeby zwinęli obozowisko. Potem pociągną za mną. Jeden z twoich ludzi przyprowadzi ich tutaj. Mieliśmy szczęście, że nam się trafili, przyznaję. Trzeba mi bowiem wojowników, a tych w pobliżu jak na lekarstwo.
Malcolm westchnął.
– Prawda – przytaknął. – Moi ludzie to nie wojownicy. Nie są ani wyszkoleni, ani odpowiednio wyekwipowani do takiego akurat zajęcia.
– Okoliczni wieśniacy także raczej się do nas nie przyłączą. Wszyscy śmiertelnie lękają się czarnoksiężnika Malkallama – dodał Will. Uśmiechnął się, by pokazać, iż nie zamierza nikogo obrażać. Malcolm pokiwał głową, przyznając zwiadowcy rację.
– Fakt. Co więc planujesz, kiedy Skandianie tu dotrą?
Młodzian zawahał się, nim odpowiedział.
– Wtedy… Zobaczymy. Trzeba wymyślić sposób na zdobycie zamku i wydostanie stamtąd Alyss.
– Robiłeś już kiedyś coś takiego? – zapytał Malcolm.
Will uśmiechnął się smętnie.
– Właściwie to nie – wyznał. – Tego rodzaju zadań nigdy nie przerabiałem w trakcie zwiadowczych szkoleń.
Nie zamierzał na razie łamać sobie tym głowy. Może Skandianie wpadną na jakiś pomysł. Zajmie się wszystkim, kiedy nadejdzie stosowny czas.
Malcolm w zamyśleniu gładził podbródek.
– Rozważałeś wariant, by posłać po pomoc do Zamku Norgate?
Will niespokojnie poruszył się na krześle.
– Owszem – odparł. – Ale Keren szczelnie zamknął drogi. Żaden konny się nie prześlizgnie.
Obserwatorzy Malcolma donieśli, że jeźdźcy kierujący się na zachód są zatrzymywani i zawracani.
– Żaden, prócz jego własnych – wtrącił Malcolm. – Jakiś jeździec opuścił Macindaw w czasie, gdy cię nie było.
Will ponuro pokiwał głową.
– Keren nie jest głupcem. Założę się, że posłał umyślnego z wiadomością, iż Orman zdradził i zbiegł, porzucając Kerena, na którego barkach spoczywa teraz troska o bezpieczeństwo Macindaw. Zresztą ja sam identycznie postąpiłbym na jego miejscu. Sęk w tym, że on jest lubiany i szanowany. Będą skłonni mu wierzyć. Tymczasem ja jestem przybłędą. Co więcej, zadaję się ze zdrajcą posądzonym o czarnoksięskie praktyki.
– Wszelako ciągle pozostajesz w randze królewskiego zwiadowcy – zaoponował Malcolm.
– Oni o tym nie wiedzą. Przybyłem tu w tajnej misji. – Will prychnął, gdy o tym pomyślał. – Załóżmy jednak, że zdołałbym przesłać wiadomość i że oni potraktowaliby ją poważnie. Co, twoim zdaniem, powinni w konsekwencji uczynić?
Malcolm przez chwilę rozważał problem.
– Przyślą żołnierzy, żeby nas wsparli? – podsunął.
Will zaoponował.
– Jest zima. Armia się rozproszyła. Żołnierze wrócili do domów. Skrzyknięcie ich zajęłoby ze dwa tygodnie. Spore przedsięwzięcie. Oni nie podejmą go tylko dlatego, że ktoś obcy poprosi. Możemy liczyć, co najwyżej, że wyślą kogoś na przeszpiegi, by zbadał, kto tutaj mówi prawdę. Ale i tak stracimy co najmniej dwa tygodnie. Bo trzeba tygodnia na podróż w każdą stronę.
Malcolm sposępniał.
– Niewiele da się zdziałać, prawda?
– Całkiem bezradni nie jesteśmy – pocieszył uzdrowiciela Will. – Z dwudziestoma pięcioma Skandianami zdołamy nieźle zaleźć Kerenowi za skórę. Później, kiedy już zgromadzę solidne dowody, poślemy wiadomość do Norgate.
Umilkł. Mocno zmarszczył czoło. Żałował, że nie ma choć odrobinę więcej doświadczenia w takich sprawach. Był najmłodszym zwiadowcą w Korpusie. Prawdę mówiąc, nie miał pewności, czy obiera właściwą drogę. Jednak Halt zawsze mu wpajał, żeby przed podjęciem konkretnego działania zebrał tyle informacji, ile tylko zdoła.
Zbierał więc.
Po raz dwudziesty w ciągu ostatnich kilku dni żałował, że nie ma jak skontaktować się z Haltem. Opiekun gołębi Alyss zniknął, nikt go w okolicy ostatnio nie oglądał. Najpewniej spłoszył go Buttle oraz jego ludzie.
Will otrząsnął się z niewesołych myśli.
– Działo się coś jeszcze pod moją nieobecność? – zapytał.
Dopił kawę, z nadzieją łypnął na dzbanek. Malcolm, który był świadom, że jego zapas kawowych ziaren z wolna się kończy, udał, że nie dostrzega niemego zapytania. Zlekceważył także ciche westchnienie, które w konsekwencji nastąpiło. Przerzucił kilka stronic z notatkami. Zapiski sporządził na podstawie relacji własnych służb wywiadowczych.
– Wydarzyły się dwie rzeczy – odpowiedział. – Twoja przyjaciółka, Alyss, przez dwie ostatnie noce dawała w swoim oknie jakieś znaki światłem.
Malcolm zauważył, że natychmiast odwrócił uwagę Willa od kawy. Młodzieniec wyprostował się w krześle.
– Światło? – powiedział z ożywieniem. – Jakiego rodzaju światło?
Malcolm wzruszył ramionami.
– Wygląda jak zwyczajna lampa. Jednak chybocze się w oknie.
– Od framugi do framugi? – dopytywał się Will.
Malcolm, zaskoczony, podniósł wzrok znad notatek.
– Owszem – potwierdził. – Skąd wiedziałeś?
Will uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Alyss używa kodu kurierów – wyjaśnił. – Domyślam się, że wie, iż wcześniej czy później zauważę znaki. Kiedy to robi?
Tym razem Malcolm nie potrzebował zaglądać do notatek.
– Zwykle po zmianie wart o północy, mniej więcej około trzeciej nad ranem. Księżyc stoi już wtedy nisko, więc łatwiej dostrzec światło.
– Świetnie! – ucieszył się Will. – To mi daje czas na przygotowanie wiadomości. Trochę wyszedłem z wprawy w używaniu kodu – dodał przepraszającym tonem. – Nie posługiwałem się nim od czasu egzaminu po czwartym roku szkolenia. Ale mówiłeś, że wydarzyły się dwie rzeczy? – spytał.
Malcolm ponownie przewertował stronice.
– Och, tak. Parę dni temu, rankiem, jeden z moich ludzi widział, jak Buttle i jego zbrojni rozmawiają z obcym rycerzem przy potoku Tumbledown Creek. Mój człowiek sądził, że chodzi o werbunek. Ale wyglądało mu na to, że ów wojownik posłał tamtych do diabła.
Sam też później odjechał. Jak mi się zdaje, wynajął pokój w oberży „Pod Pękniętym Dzbanem”.
Malcolm odnotował w myślach, iż to akurat doniesienie mniej pasjonuje zwiadowcę.
Will, który już układał wiadomość dla Alyss, zapytał jeszcze z roztargnieniem:
– Czy twój człowiek rozpoznał herb rycerza?
– Niebieska pięść. Czyli wojownik najmujący się u różnych lordów. Nosi niebieską pięść wymalowaną na białej tarczy. Okrągłej.
Teraz wiadomość zdecydowanie ożywiła Willa. Zwiadowca prędko podniósł wzrok.
– Coś jeszcze? Młody ten rycerz? Stary?
– Całkiem młody. W rzeczy samej, zaskakująco młody. Ale kawał chłopa. Dosiadał potężnego gniadosza. Mój chłopak podszedł na tyle blisko, że usłyszał, jak gada do konia. Nazwał go Nicker albo Whicker. Coś w tym rodzaju.
– Kicker? – podsunął Will. Jasny promień nadziei musnął mu serce.
Malcolm przytaknął.
– No. Bardzo możliwe. Brzmi lepiej niż Nicker, nieprawdaż? Ty go znasz? – dodał.
Reakcja Willa nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Skoro tak się ucieszył, musiał tamtego znać.
– Och, przypuszczam, że znam. Nawet nieźle – odpowiedział. – Jeżeli to osoba, o której myślę, sprawy właśnie przybierają znacznie pomyślniejszy niż dotąd obrót.
_________________
http://slowemmalowane.blogspot.com/
http://maribeaart.blogspot.com/
 
 
Trzykrotka 



Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 12391
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 08 Lip, 2010 12:36   

Z dedykacją dla Admete :kwiatek:

Sól i Szafran
Autor: Kamila Shamsie
Data wydania: 29 lutego 2008
Wydawnictwo: Red Horse
ISBN: 978-83-60504-73-4

 
Jedną z indyjskich krewnych poznałam lata temu, w Karaczi. Pamiętam, że tego dnia ubrana byłam w koszulkę z dziurą po kuli. Fakt, że nie miałam jej na sobie w momencie, gdy dziura powstała, w niczym mi nie przeszkadzał. Nie pozbawiał kultowej kreacji swej wojennej chwały i nie odciągał uwagi od jej sfatygowanego splendoru. Dhobi wiózł nam właśnie świeżo wypraną bieliznę, gdy ktoś strzelił w jego wózek, ciągnięty przez osła. Nie zdołano ustalić motywów tego czynu. Nie wiadomo, czy stał za nim jakiś sekciarz (nasz dhobi był szyitą), czy też dosłownie osioł (osioł naszego dhobi trzy razy z rzędu wygrał zawody, co podobno bardzo rozzłościło niejakiego pana Billo, który nie miał jednego palca, i dlatego należało się mieć przed nim na baczności). Osioł stracił koniuszek ucha, a moja koszulka wyhaftowaną literkę W. Od tego momentu widniejący na niej napis głosił: NIE KURZAJ MNIE! Osioł uzyskał bardziej aerodynamiczny kształt, a ja na pewien czas uzyskałam przydomek Kurzaj, który w skrytości ducha uwielbiałam.
Brat Samii, Sameer, powiedział kiedyś: „Nie ma czegoś takiego jak dygresja, jest tylko dodatkowy szczegół”.
Więc, jak mówiłam, miałam siedem czy osiem lat, gdy szofer odwoził mnie i koleżankę z jakichś urodzin. Nie miałam jeszcze ochoty wracać do domu, więc kazałam szoferowi zawieźć mnie do Samii i Sameera.
Gdy wkroczyłam do bawialni, gdzie zgromadził się spory tłumek krewnych, nikt na mnie nawet nie spojrzał. Uwaga wszystkich skupiona była na siwowłosej kobiecie w sari, która zapalała właśnie papierosa. Oznajmiła ona: „Ja papierosy traktuję tak, jak Prufrock łyżeczki do kawy”. Wyobraziłam sobie tę Prue Frock: wysoką, szczupłą i rudowłosą, w sukni. Pomyślałam, że to pewnie jakaś Angielka, którą ta nieznajoma poznała w młodości, jeszcze za czasów rządów brytyjskich. Oczyma wyobraźni widziałam ją, jak podnosi do ust trzonek łyżeczki i wydmuchuje srebrzysty dym. Pamiętam, że chciałam zrobić na nieznajomej wrażenie – tyle tylko, że wcale nie wydawała mi się nieznajoma. Było w niej coś bliskiego... Czy faktycznie tak wtedy myślałam, czy też myślę tak dopiero teraz? Wiem na pewno, że chciałam zrobić na niej wrażenie. Zaczęłam więc bawić się dziurą po kuli, żeby przyciągnąć jej uwagę. W tym momencie w drzwiach za mną pojawiła się mama Sameera – moja ciocia, Zainab – i poprosiła swojego szofera, żeby odwiózł mnie do domu.
– Jedna z krewnych Zaheera była u nas na podwieczorku – Zainab Phupi wyjaśniła później mojej mamie. – Pech chciał, że oprócz niej zjawił się cały pultan moich krewnych, więc odchodziłam już od zmysłów, i kolejne dziecko, którego trzeba pilnować, nie było mi potrzebne do szczęścia.
Aby odwrócić uwagę od mojej hańby, spytałam tatę:
– Kim jest ta Prue i co ma wspólnego z papierosami i łyżeczkami do kawy?
Nie dał mi satysfakcjonującej odpowiedzi, ale następnego dnia, gdy powtórzył to Dadi, myślałam, że babcia za chwilę umrze. Przycisnęła dłoń do serca, a drugą ręką chwyciła mnie za ramię, paznokciami wbijając się w żywe ciało.
– Krewna Zaheera Phupy – powiedziałam i powtórzyłam uwagę srebrnowłosej kobiety. – Dadi, co się stało?
Dadi odepchnęła mnie, sięgnęła po telefon i drżącymi, upierścienionymi palcami wystukała sześciocyfrowy numer swojej siostrzenicy.
– Zainab, gdzie ona jest? – powiedziała władczym głosem do słuchawki. – Wiem, że tam jest. Zaraz u was będę.
Byłam na tyle blisko, że usłyszałam odpowiedź Zainab Phupi:
– Była tu tylko na jeden dzień. Teraz jest już w drodze do Anglii.
Dadi zamknęła oczy i spuściła głowę. Musiała też wydać jakiś dźwięk, choć nie pamiętam, żebym go usłyszała, bo Zainab Phupi stwierdziła:
– Byliśmy przekonani, że nie chcesz jej widzieć. Zawsze mówiłaś...
– Zawsze! Co ty wiesz o zawsze? Dorastałyśmy razem. – Dadi powiedziała to tak, jak zdetronizowana monarchini mogłaby powiedzieć: „razem panowałyśmy nad światem”. – Nie widziałam jej ponad trzydzieści pięć lat, a wy po prostu zakładacie, że zawsze mnie rozumiecie. Krew jest gęstsza niż czas, krew jest gęstsza... – Po czym usiadła na zimnej, marmurowej posadzce i zapłakała.
Był to chyba jeden z tych momentów, gdy wyobraźnią nadrabiam luki w pamięci. Jestem prawie gotowa przysiąc, że pamiętam, jak Mariam Apa otacza Dadi ramionami i kołysze ją uspokajająco.
Samia szturchnęła mnie, więc uniosłam głowę, którą opierałam o pokryte brudem okno metra.
– Jet lag. To nasz przystanek?
Metro pędziło dalej, więc Samia nawet nie zaszczyciła mnie odpowiedzią.
– Jakiś przystojny desi nie może oderwać od ciebie wzroku. Obok tej kobiety z fioletowymi włosami.
Pozornie niedbałym ruchem odrzuciłam włosy na bok, zmieniając nieco kąt patrzenia.
– Gdzie?
– Właśnie wstał – szepnęła.
Spojrzałam na mężczyznę, zmierzającego w moją stronę. Nagle poczułam straszną ochotę żeby też wstać i spotkać się z nim w pół drogi. Gdzieś pomiędzy fioletawowłosą kobietą a Samią, i objąć go.
– Cześć, Aliya – powiedział, siadając naprzeciwko. – Pamiętasz mnie? – oparł stopę na kolanie, a dłoń położył na adidasie. Palcami mógł spokojnie sięgnąć od czubka buta do kostki.
– Samolot – powiedziałam tak niefrasobliwie, jak tylko mogłam. – Siedziałeś po drugiej stronie przejścia. I podałeś mi walizkę.
Wyciągnął rękę.
– Cal.
– Nie wyglądasz na Caleba – oświadczyła Samia, podając mu rękę zanim ja zdążyłam się ruszyć. – Jestem jej starszą kuzynką.
– Witaj, starsza kuzynko. Właściwie nazywam się Khaleel. Ale gdy mieszkasz na Zachodzie, urodziłaś się w miejscowości o nazwie Doopay, a twoje nazwisko brzmi Ass, nie chcesz dalej pogrążać się z powodu imienia, które według niektórych brzmi zupełnie jak charknięcie. To „kh”, rozumiecie?
– Mogło być gorzej – wyszczerzyła się Samia. – Mógłbyś nosić imię Kuth.
– To mój starszy brat.
– Zmyślasz – stwierdziłam.
Odwrócił się, żeby na mnie znowu spojrzeć.
– Może i tak, ale do tego nie przyzna się żaden dobry gawędziarz.
– Przez cały lot z Bostonu do Londynu widziałam, jak postukujesz palcami o adidasy – powiedziałam. – Niezła rozpiętość – co jakiś czas kontrolę nad moim aparatem mowy przejmuje złośliwy demon, który każe mi rzucać uwagi tego typu. Wyciągnęłam rękę i przyłożyłam dłoń do dłoni Khaleela. Zgiął palce, naciskając na końce moich paznokci. Kciukiem dotykając lekko pieprzyka na moim wskazującym palcu. Pomyślałam o meczetach, kościołach i dywanikach modlitewnych. Złożone ręce. Dłoń na dłoni. Złączone palce, naśladujące wieżę. Jaka święta moc kryje się w dłoniach?
Nie chcę przez to powiedzieć, że moje myśli w tym momencie należały do pobożnych.
Cofnęłam rękę.
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 41287
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Czw 08 Lip, 2010 13:01   

Kusisz ;) Jest następna w kolejce, bo zaczęłam od fantastyki - Rafał Kosik "Kameleon".
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
Anaru 



Dołączyła: 11 Sie 2006
Posty: 28326
Skąd: Tu i tam ;)
Wysłany: Wto 13 Lip, 2010 23:37   

Zainteresowałam się też. na dodatek chyba to mam w domu :mysle: , albo miałam... :mysle:
_________________

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.