PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
"Malwina czyli domyślność serca"
Autor Wiadomość
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 30 Paź, 2009 17:02   

Ja to już teraz nie pamiętam, ale zagadka jakowaś będzie. Gosiu myslisz, że my też wykarmione poezje i romansami? ;) Czy może wręcz przeciwnie? ;)
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 30 Paź, 2009 17:18   

Pewnie czasem żyję w błędnej krainie omamienia, ale tylko wirtualnie ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Aragonte 
tiaaaaa...



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 22009
Skąd: emigracja wewnętrzna
Wysłany: Pią 30 Paź, 2009 17:25   

Admete napisał/a:
Ja to już teraz nie pamiętam, ale zagadka jakowaś będzie. Gosiu myslisz, że my też wykarmione poezje i romansami? ;) Czy może wręcz przeciwnie? ;)

Czy przypadkiem nie będzie tam

Spoiler:
dwóch Ludomirów? Tzn. dwóch mężczyzn wyglądających identycznie, których Malwina jakimś cudem, tzn. dzięki tytułowej domyślności serca, odróżni od siebie? Coś tam mi się majaczy :wink: Jakieś rozpoznania itepede
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 30 Paź, 2009 17:35   

Cos w tym stylu będzie ;)
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 30 Paź, 2009 17:39   

Nie czytam spoilera, chcę mieć niespodziankę :wink:
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Aragonte 
tiaaaaa...



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 22009
Skąd: emigracja wewnętrzna
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 21:40   

Admete, wkleisz następny kawałek "Malwiny" czy Cię zastąpić?
Podczytywałam sobie ostatnio tę powieść, całkiem przyjemnie zresztą :wink:
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 21:43   

Wkleję ;)

Rozdział VI
DZIEŃ IMIENIN


Szczęśliwą jest rzeczą w życiu być kochanym. Ale ja dokładam, że kochać jest już szczęściem, może nawet pierwsze przewyższającym.

Kiedy kto bardzo kocha, tym samym myśli, dusza, serce jego są zajęte. Żadna godzina nie jest obojętną, dnie jak najmilej są napełnione tym jedynym zajęciom, tą jedyną myślą, jak by los ukochanego sobie jestestwa nie tylko w ważnych, ale i w najdrobniejszych okolicznościach uszczęśliwiać i przyozdabiać. Te małe codzienne starania, przyjemności, przysługi są dla serca tym, czym są kwiaty w naturze. Życie słodzą i ubarwiają, tak jak kwiaty stroją i umilają krainę, i jeśli nader miło jest odbierać je od kochającej osoby, tysiąc razy jest milej krociami je sypać na ulubiony cel swego kochania.

Tak i w Krzewinie myślano i żadnej okoliczności nie omieszkiwano, by przyjemność jaką uczynić tym, których się kochało. Dzień imienin Malwiny nadchodził i Wanda z Ludomirem umyślili, żeby dnia tego zabawić ją niespodzianą jaką rozrywką. Naprzeciwko domu była duża kępa zielona cienistymi umajona laskami. Wieczorem, gdy Malwina okno otworzywszy chciała wyjść od siebie, postrzegła na łasze, która blisko pod jej domem od kępy ją dzieliła, ładny bacik z masztem i białą chorągiewką. Zamiast powrozów wite z bławatków sznury lekkim wiatrem się kołysały, a przewoźnicy parzysto poubierani, różnofarbne wstążki mieli u kapeluszów. Łatwo Malwinę namówili, aby siadła w ten ładny bacik, i w krótkiej chwili na brzeg kępy ją przewieźli. Idąc czas jakiś ścieżką między gęstą leszczyną, usłyszała odgłos muzyki, który coraz dalej ją prowadząc doprowadził nareszcie tam, gdzie się odsłoniła oczom Malwiny łąka najzieleńsza, krągiem najpiękniejszych drzew otoczona. Pod tymi drzewami było mnóstwo ludzi na rozmaite grona i kupy podzielonych; bo oprócz mieszkańców Krzewina całe sąsiedztwo było zaproszone. Naprzeciwko Malwiny, gdzie drzewa największą wystawiały gęstwinę, pięknymi krzewinami miejsce było ozdobione i wśród tej świeżej zieloności ulotna Wanda, na kamiennej stojąc podstawie, okazywała bóstwo Przyjaźni. Lekka biała szata ją okrywała i wieniec bluszczu na skronie był zwieszony, trzymała w ręku długi uplot z najpiękniejszych kwiatów. Alisia, pod różanym siedząc krzakiem, Miłość udawać miała i z figlarną swoją twarzyczką doskonale swoją grała rolę. Krocie jej złoto-wijących się włosów niebieska utrzymywała przepaska, na dziecinnych barkach złoty kołczan ze strzałami spoczywał i Alisia, a raczej Miłość, z uśmiechem patrząc na Przyjaźń drugi koniec trzymała kwiecistego uplotu. Od dębu do dębu szal purpurowy zawieszony służył za dno temu ujmującemu obrazowi, a Czas z kosą w ręku, w postaci sędziwego starca, ulatując nawet, dosypywał tam jeszcze kwiatów. Na kamieniu te słowa były wyryte:

Przyjaźń i miłość, łącząc wiernych serc daniny,
Wiły ten uplot w świeżość i wonie bogaty;
Oby tak na dni wszystkie nadobnej Malwiny
Czas ulatując sypał pełną dłonią kwiaty!

Radość i wdzięczność Malwiny łatwo sobie można wystawić. I goście, i przyjaciele, i słudzy, wszyscy ją ostąpili. winszowali, szczerze dobrze życzyli, bo dobrą Malwinę powszechnie kochano. Z rozrzewnieniem wszystkim dziękowała, ale ulubioną swoją Wandę najczulej do serca przycisnęła. Wanda, u której wstrzemięźliwość w gadaniu nie była cnotą pierwszą, przysuwając się do ucha Malwiny:

- Siostrzyczko - rzekła - jeszcze komuś powinnaś dziękować, bo ja, prawda, żem szczerą chęć miała obchodzić najświetniej imieniny twoje, ale nic nie mogłam wynaleźć dobrego, żaden koncept do głowy mi nic przychodził. Ludomir wszystko znalazł, wszystko ułożył; on wiersze napisał, bacik ustroił, on to miejsce wybrał, od rana pracując sam go ozdobił; jednym słowem, bez niego nigdy bym ładu nie była doszła; ja tylko gości pozapraszałam i rozkazałam podwieczorek.

Na te słowa Wandy Malwina natychmiast zaczęła szukać Ludomira, ale w tłoku kryjącego się nie zaraz znalazła. Doszedłszy do niego zmieszała się i nieprędko się zebrała powiedzieć:

- Bardzo też to ładne było. Wtem goście szczęśliwie nadeszli. Podwieczorek wszystkich zajął, który gdy się trochę późno zaciągnął, ciemnym już mrokiem przyszło do Krzewina wracać. Kilka bacików znalazło się jeszcze ładniejszych od pierwszego, chińskimi kolorowymi lampami oświeconych. Społeczeństwo podzieliwszy się na gromady siadło w te baciki i przy odgłosie muzyki najprzyjemniej wszyscy łachę nazad przepłynęli. Gdy szli tłumem do batów, Ludomir podał rękę Malwinie i ta, po długim milczeniu, głowy nie obracając odważyła się nareście mu powiedzieć:

- Ułożyłam sobie, żeby ta łączka, tak ładnie dzisiaj przystrojona, odtąd zwała się łąką Ludomira.

- O! niech ona przynajmniej czasem przypomni biednego Ludomira! - odpowiedział on z najgłębszym westchnieniem. Wtem dochodzili do batu, i na te jego słowa Malwina mimowolnie chwyciła go za rękę, jak żeby się bała, że ją chce porzucić. Ale to zapewne z przezorności było, żeby w wodę nie wpaść; ja przynajmniej tak rozumiem.

Przyjechawszy, damy do swoich pokojów udały się na chwilę, by odświeżyć swoje ubiory; za ich powrotem bal się zaczął i późno w noc trwał jak najweselej. Nie wiem jednak, czyli różnymi uczuciami roztkliwiona Malwina właściwie była wesołą. Czy długo i dobrze po tym balu spoczywała, w przyszłym dowiemy się rozdziale.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Aragonte 
tiaaaaa...



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 22009
Skąd: emigracja wewnętrzna
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 21:53   

Hmm, ten "bacik" to rodzaj łodzi, zgadza się?

Miło się to podczytuje :mrgreen:
To mi się zwłaszcza spodobało: "na te jego słowa Malwina mimowolnie chwyciła go za rękę, jak żeby się bała, że ją chce porzucić. Ale to zapewne z przezorności było, żeby w wodę nie wpaść; ja przynajmniej tak rozumiem."
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 22:29   

Chyba jakis rodzaj łódki, faktycznie. I zwróciłam uwagę na ten sam fragment ;)
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Aragonte 
tiaaaaa...



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 22009
Skąd: emigracja wewnętrzna
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 23:13   

Ja się przy nim radośnie wyszczerzyłam, bo to w sumie i psychologia w pigułce, jej zawiązek, a poza tym dość proste ujawnienie narratora :) Naiwne to może, ale na swój sposób wdzięczne.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 03 Lis, 2009 23:20   

Zaczęłam czytać, ale to mnie od razu powaliło:

Żadna godzina nie jest obojętną, dnie jak najmilej są napełnione tym jedynym zajęciem, tą jedyną myślą, jak by los ukochanego sobie jestestwa nie tylko w ważnych, ale i w najdrobniejszych okolicznościach uszczęśliwiać i przyozdabiać.
:mrgreen:

Cudne:

Pod tymi drzewami było mnóstwo ludzi na rozmaite grona i kupy podzielonych :mrgreen:

Od dębu do dębu szal purpurowy zawieszony służył za dno temu ujmującemu obrazowi :rumieniec:

Rozmowna nie była:

Doszedłszy do niego zmieszała się i nieprędko się zebrała powiedzieć:
- Bardzo też to ładne było.

dobrze, że później o tej Łące Ludomira wspomniała....

W tym momencie i Ludomir mnie zauroczył:
Kilka bacików znalazło się jeszcze ładniejszych od pierwszego, chińskimi kolorowymi lampami oświeconych.


Bardzo ładna opowiastka, tak naprawdę. Widać wyraźnie w jakich czasach powstawała.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Sro 04 Lis, 2009 05:23   

Rozdział VII
WYZNANIE


Miłym był, nader miłym dla Malwiny dzień jej imienin, ten dzień, w którym tyle miała dowodów zajęcia się nią Ludomira. Ale ten dzień minął. Niestety! najszczęśliwsze zawsze najprędzej mijają! Wróciwszy w wieczór do siebie, te słowa jego: "niech ta łąka przynajmniej przypomni kiedy biednego Ludomira", słowa, które z tak bolesnym wyrzekł był westchnieniem, ustawnie w uszach jej, a raczej w sercu brzmieć zdawały się. Dotąd bez żadnych trosk na dal ani rozwagi, z spokojnością używała tysiącznych przyjemności, które wypływały z przytomności Ludomira, ale te kilka słów wyrzeczonych stały się urokiem, który ją z nader miłego oczarowania ocucił. Ta zielona niewiadomości zasłona, która jej oczom przyszłość i własne zakrywała serce, spadła raptem. Pierwszy raz Malwina pomyślała, że Ludomir mógłby ją porzucić, pierwszy raz uczuła, że z nim i słodycz życia by ją porzuciła. Z trwogą dostrzegała, ile jego pamięć głęboko w jej sercu wyryta, z trwogą rozważała, że ten Ludomir, tak jej miły, tak do jej życia potrzebny, tak (wyrzec nareszcie trzeba) ukochany, zupełnie był jej nieznajomy, że nie wiedziała, czym ani kim on jest, i że tajemnica, którą się otaczał, mogła równie występki, jak i nieszczęścia ukrywać. Nareszcie, że tenże sam Ludomir, choć nią jedynie zdawał się zajętym, nigdy dotąd słowa o miłości nie wyrzekł i z szczególnym nawet staraniem szukał tego, by sam na sam nigdy się z nią nie znajdował. Te wszystkie rozwagi gdy Malwina uczyniła i stan serca, rzec można, przed zimnym rozsądkiem rozwinęła, tysiączne troski, bojaźni, żale, których nigdy dotąd nie była znała, wcisnęły się raptownie w jej duszę. I dziwić się nie trzeba, jeźli świtać już zaczynało, a Malwina oczu jeszcze nie była zmrużyła. Nie mając już nadziei zaśnięcia i strudzona najsmutniejszymi myślami, wstała, lekką na siebie suknią wzięła, by wyjść z pokoju, sądząc, że świeże ranne powietrze osłabiony umysł orzeźwi. Nim wyszła, mimowolnym poruszeniem zajęta, padła na kolana i z tkliwym uczuciem rzekła:

- O Boże litościwy, który Ojcem pozwalasz nazywać siebie, nie opuszczaj mnie nigdy! Nieszczęśliwe losy z zupełnym oddaniem się Twej woli przyjmę od Ciebie, jakie bądź zechcesz na przyszłe moje zesłać lata, ale, Boże litościwy, broń mię od postępków, które by na nie zasługiwać mogły!

Tę krótką wymówiwszy modlitwę Malwina mocniejszą się uczuła. Okno otworzyła i chcąca czymścić się rozerwać wzięła gitarę z sobą i wyszła na taras, który wokoło dom opasywał. Ranek najpiękniejszy najpogodniejszy dzień obiecywał. Gęste krople rosy lśkniły się na listkach ziół i kwiatów, którym blasku i świeżości dodawały. Powietrze było uwonione kwiatem pomarańcz, do których lekki zapach mirtu się mieszał. Skowronki w górę wzlatując i zięby na gałązkach radośnie zorzę witały, pszczoły brzęczały koło kwiatów, rybki skakały w wodzie. Z daleka słychać było wesołe śpiewy oraczów i ryk trzód na paszę wychodzących. Cała natura budzić się zdawała, by nowych używać rozkoszy. Ale powszechna ta radość, zamiast co by ją miała rozerwać, boleśniej jeszcze serce Malwiny ścisnęła. Ach! nigdy skryte troski boleśniej się nie czują jak wpośród okazałości szczęścia lub w gronie zabaw i radości!

Malwina, zadumana, patrząc na tę piękną krainę, w zamyśleniu oparła się o duże pomarańczowe drzewo, które kwiatem obsypane było. Wtem lekki wietrzyk zawiał i białe listki tego kwiatu, jakby śnieg gęsty, całą Malwinę okryły.

- Ach, niestety - pomyślała - ten rodzaj kwiatów później od innych się rozwija, najpóźniej opada; niedługo i liście opadać zaczną, niedługo jesień nadejdzie! O, jakże prędko to lato minęło!

Schodząc potem z tarasu Malwina weszła na wał, który panował nad brzegiem łachy, zdobił ogród i razem bronił go od szkodliwych wylewów. Ławka stojąca pod rozłożystym kasztanem na końcu wału wabiła ku sobie. Widok na łachę, na kępę. na Wisłę i kraina najpiękniejsza szczególnie to miejsce miłym czyniły. Malwina tam spoczęła i zdjąwszy z głowy biały welum, co ją osłaniał, machinalnie wzięła gitarę i pograwszy czas niejaki, te słowa, które uczuciom jej odpowiadały, cichym głosem śpiewać zaczęła:

Być kochaną, jak się kocha,
Znaleźć duszę do swej duszy,
Czyliż to prośba zbyt płocha,
Co niebios nigdy nie wzruszy?
Szczęścia domyślne marzenia,
Serc rozkosze niezmienione,
Próżne uczuciów mamienia,
Nie będziecie uiszczone!

Dziwią się czasem, gdy zakochani szczególnym jakimści szczęściem zawsze trafnie znajdują się tam, gdzie mogą choć na chwilę ujrzeć cel swego kochania. Nie czarami to się dzieje i należałoby zaprzestać temu się dziwić. Łatwą jest rzeczą do pojęcia, że ci, co jednostajnymi myślami są zajęci, równie poniekąd działają. Ludomir, jedynie Malwina zajęty, jak ona podobnie nim, ze świtem takoż był wstał i wyszedł był do ogrodu, by myśleć o niej swobodnie. Usłyszawszy jej głos, przybiegł, od niej nie postrzeżony, lecz jak przestała śpiewać, Ludomir z nadto już pełnym sercem, by rozum najmniejszą mógł utrzymać przewagę, straciwszy głowę zupełnie, padł do nóg Malwiny i nic innego nie mógł wymówić, jak:

- Przestraszyłem cię, Malwino! ach, daruj!... wybacz... ależ bo ja tak nieszczęśliwy!...

Malwina, zlękniona, zmieszana, oniemiała. Serce jej tylu przeciwnościami w ten moment było miotane, że sama nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, ale oczy podniósłszy na Ludomira postrzegła wyryty na jego twarzy takowy wyraz żalu i cierpienia, że ten słaby cień gniewu, który między innymi uczuciami z jego raptownym zjawieniem mignął się był w jej myślach, zniknął zupełnie i nic innego w sercu nie zostało prócz najtkliwszej litości. Zamiast wyrazów gniewu śpiesznie wyrzekła:

- O, nie bądź nieszczęśliwym! To najwięcej by mnie dręczyło, tego najbardziej wytrwać bym nie mogła.

Te kilka słów wymówiwszy, zapłoniona i zmięszana, twarz w welum schowała i rzewnie zaczęła płakać.

- Malwino uwielbiona! Aniele dobroci! - rzekł Ludomir - nie płacz... ach, nie płacz nigdy... ostatnią kroplą krwi mojej rad bym odkupić każdą łzę, którą wylewasz.

Hałas z przyczyny nadchodzących osób, który z daleka usłyszeli, przerwał tę rozmowę. Malwina z pośpiechem wstała, Ludomir zatrzymując ją z najczulszym dołożył rozrzewnieniem:

- Malwino, na wszystko, co ci tylko jest drogim w świecie, zaklinam cię, nie porzucaj mnie, nie zostawuj z tą myślą tak okropną, żem cię obraził. Przez litość przynajmniej, bo nie możesz pojąć, nie pojmiesz nigdy, co to jest śmieć ciebie kochać, nie mając nigdy nadziei być od ciebie kochanym!

Malwina w ten moment tak żywo w sercu czuła, ile Ludomira kochała, że nie mogąc pojąć, by on się tego nie domyślał, to słowo:

"Niewdzięczny!" - z ust jej się wymknęło, a słysząc coraz bliżej nadchodzące osoby, czas miała tylko najśpieszniej uciec, welum swój, łzami jej jeszcze zmoczony, w tym pośpiechu zapomniawszy.

- Niewdzięczny! - z niewypowiedzianym uczuciem powtórzył Ludomir i schwyciwszy welum Malwiny, do serca go przyciskając rzekł z zapałem;

- Chyba z życiem go stracę.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sro 04 Lis, 2009 16:39   

Ach, jakie to romantyczne :mrgreen:

zaklinam cię, nie porzucaj mnie, nie zostawuj z tą myślą tak okropną, ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Sro 04 Lis, 2009 16:42   

A ten "welum" Malwiny ;)
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sro 04 Lis, 2009 16:45   

Ten welum mnie nieco zastanowił :mysle:
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
BeeMeR 



Dołączyła: 16 Gru 2006
Posty: 27503
Skąd: z Krakowa :)
Wysłany: Pią 06 Lis, 2009 09:49   

OJ, i ja to czytałam z rozkoszą dawno, dawno temu :mrgreen:
_________________

 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 06 Lis, 2009 14:05   

Rozdział VIII
LIST DRUGI LUDOMIRA DO TELIMENY
"

16 sierpnia, w Krzewinie

Matko kochana, wybacz, jeśli Twoim radom nie mogę być posłusznym, dłużej ciągnąc podróż moją. W Krzewinie zostać nie mogę, a reszta świata żadnej dla Ludomira nie ma ponęty. Do Ciebie chcę wrócić i w dzikich odludnych lasach naszych zamknąć się na zawsze, od miłości, od szczęścia, od Malwiny daleki! Od Malwiny... o nieba?... i kiedyż, w jakiż moment?... kiedyż oddzieram się od niej? W tej chwili, gdym pierwszy raz dostrzegł promień szczęścia, szczęścia nad wszelkie wyrazy, szczęścia, którego serce Ludomira, do cierpienia tylko przywykłe, niezdolne może byłoby i wytrzymać!... Wszystkie więzy, jakie tylko są najmilsze, najdroższe, zatrzymują mnie w Krzewinie, ale uczciwość jechać każe; jadę jutro.

Matko, czemużeś z dziecinnych mnie cierpień wyratowała? Żeby nie Twoje starania, od kołyski prosto w zimny grób wchodząc nie znałbym trosk, cierpień, nie znałbym palących uczuciów, którymi teraz umieram, ach! niestety, którymi jedynie żyję.

Nie mogę dłużej pisać; może po chwili, spokojniejszy trochę, potrafię list mój dokończyć, ale teraz nie jest w mojej mocy i słowo jedno więcej dołożyć.

tegoż d [nia] o 12 w nocy

Stało się, już wszystko dla mnie się skończyło! Ostatni raz ujrzałem Malwinę... Już ja jej widzieć, już jej słyszeć nigdy nie będę; już też szczęście i nadzieje wygasły na zawsze w sercu Ludomira! Ale wybacz, Matko! wybacz... dręczę Twoją czułość mymi wyrzekaniami, nic tłumacząc wyraźnie ich przyczyny. Dla Ciebie jednej mogę znaleźć moc wyszczególnienia, co cierpię; słuchaj więc opisu uczuć moich od czasu mego tu przyjazdu.

W pierwszych listach, com do Ciebie pisał, postrzec musiałaś, że pierwszy rzut oczu moich na Malwinę natychmiast mnie ku niej całkiem zniewolił. Później łagodność jej duszy, tysiączne powaby, talenta, przymioty coraz bardziej mnie przywiązywały. Każdy dzień, każda godzina droższą, milszą ją memu sercu czyniła. W toż serce, w duszę moją, we wszystkie uczucia i myśli wcisnęła się nieznacznie, tak łagodnie, żem sam nie postrzegał, jak gwałtownie nade mną panuje. Alić dziś rano... o lube i okrutne wspomnienie? zapomniawszy wszelkiej rozwagi, nie pomnąc na tę okropną granicę, która dzieli na zawsze Ludomira od Malwiny, u nóg jej moje nieszczęsne wyznałem kochanie! Matko, posłuchaj dalej! W jednym spojrzeniu, w jednym słowie przez nią wyrzeczonym, dostrzegłem, poczułem raczej, że ta Malwina, ta uwielbiona, boska Malwina przez powab serca swojego mogłaby moją Malwina zostać! Niebo się otworzyło w tej chwili. Nicem nie widział, nie myślał, nie czuł na świecie prócz tego, że ją kocham nad życie, nad siebie, nad wszystkich, nad wszystko. Niestety, równie była zmienną jak zachwycającą ta chwila nieporównanego szczęścia; wspomnienia uczciwości natychmiast mnie z niej wyrwały. Pókim Malwinę zupełnie rozumiał obojętną, póty jeszcze w Krzewinie zostać mi się godziło, bom swoją tylko, a nie jej spokojność ważył i szczęście. Ale gdym dziś rano dostrzegł tajemnicę serca tego anielskiego... niestety! Wszakże nigdy, nigdy Malwina być moją nie może! Nigdy świetna, szlachetna, bogata Malwina losu swojego łączyć nie powinna z losem opuszczonego, bez stanu, bez imienia nawet, nieszczęśliwego Ludomira! Matko! jechać trzeba. Jutro równo ze dniem, gdy Malwina jeszcze spoczywać będzie, Ludomir Krzewin opuści. Raz jeszcze może jeden gdybym ją ujrzał, nic by mnie od niej oderwać już nie potrafiło. Dziś w wieczór jeszczem ją widział, jeszcze ten głos słyszałem, co jedynie do mego serca trafić umie, jeszcze z nią zachodzące ujrzałem słońce... Niestety! ostatni raz w oczach moich tę tak lubą porzucało krainę i na wschodzący księżyc ostatni raz z Malwiną patrzałem! Miliony gwiazd po niebieskim iskrzyły się sklepieniu, z nią i z Wandą siedliśmy w miejscu otwartym, gdzie nic okręgu nieba nie zasłaniało.

- Nigdy - rzekła - nie mam bardziej napełnionego serca wielkością Boga jak wpośród cichej, pogodnej nocy, krociami gwiazd i poważnym blaskiem księżyca oświeconej. Wspomnienie zeszłych osób i myśli o przyszłym życiu mnie natychmiast zajmują. Ludomirze! czy spotkamy się tam? Jakie twoje w tym przeczucie?

- Malwino! - łzami zaćmiony rzekłem - spotkamy się, zobaczymy się jeszcze tam, tu... ach, znajdziemy się!

Wymówić nie mogłem nic więcej... Matko? czemuż trzeba było, by te zapytania czyniła właśnie wtedy, gdy myśl wiecznego rozłączenia napełniała serce moje? Wstała Malwina, jam jeszcze jej rękę trzymał. - Idźmy - rzekła - już późno, obaczemy się jutro. - Ach, obaczemy się - krzyknąłem - w jakimkolwiek bądź świecie!...

Odeszła wałem, jam wryty stanął. Długom ją gonił oczyma, potem padłszy na ziemię potok rzewnych łez wylałem, pobiegłem ku tarasowi. Mignęła się jeszcze biała jej suknia, którą wiatr ku drzwiom ogrodu powiewał, wyciągnąłem ręce... Niestety! zniknęła na zawsze!"
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 06 Lis, 2009 15:56   

To po co zostawał, żeby ją rozkochać? To nieuczciwe było.
Wynika z tego, że on po prostu kasy nie ma, żeby Malwinie się oświadczyć? ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Irm 



Dołączyła: 05 Paź 2008
Posty: 162
Skąd: Znad wody wielkiej
Wysłany: Nie 08 Lis, 2009 14:42   

Też czytałam "Malwinę" na studiach i mocno mnie ubawiła, przede wszystkim językiem. Swoją naiwnością trochę też. No i ciut żal mi było, że u nas nie było takiego kobiecego pisarstwa w tym okresie jak Jane Austen w Anglii. Że dopiero w pozytywizmie powstały literackie arcydzieła czy tez bardzo dobre powieści napisane przez kobiety. Ale i one, z racji sytuacji politycznej, nie były "czystymi" powieściami obyczajowymi.

Gdzieś czytałam, że u nas nie było literatury typu Austenowskiego, że się tak wyrażę, ponieważ nie wykształciła się u nas kultura zalotów. Rodzice uzgadniali małżeństwo, młody szlachcic dukając prosił o rękę swoją przyszłą małżonkę, a potem widzieli się dopiero na ślubie. Czasami chciałoby się, żeby było inaczej. No ale przecież nie można mieć wszystkiego;)
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Nie 08 Lis, 2009 19:05   

Rozdział IX
ODJAZD


Nazajutrz Malwina ledwo oczy miała otworzone, gdy jej list oddano. Przeczucie jakieś trwożliwe natychmiast ją przeraziło i nie pytając się nawet, skąd był ten list, drżącą ręką kopertę oddarła i łatwo pojąć można, z jakim uczuciem, co następuje, czytać zaczęła:

List Ludomira do Malwiny

"Malwino? kocham Cię nad wszelkie wyrazy, kocham Cię, jak Cię nikt nie kochał, jak Cię nigdy nikt kochać nie będzie? W Tobie moje życie, w Tobie moje szczęście? a dla Ciebie i życia, i szczęścia bym odstąpił. Malwino? W jednej krótkiej chwili niebom ujrzał? Jedno Twoje słowo, jedno spojrzenie to sprawiło i wszystkie uczucia najtkliwszej rozkoszy zalały serce moje. Ale niestety? natychmiast ocucony z drogiego omamienia, strącony ze szczytu szczęścia, całą przyszłość moją widzę teraz jak okropną przed sobą pustynię, a w sercu tylko rozpacz i śmierć znajduję? Malwina nie może, Malwina nie powinna być moją.

Ale, Malwino, wierzaj mi, wierzaj, bo to tak prawda, jak prawdziwa jest miłość moja: nie występny, ale nieszczęśliwy Ludomir niegodzien jest Ciebie? Występny Ludomir nie mógłby, nie umiałby kochać anielskiej Malwiny, ale nieszczęśliwy Ludomir nie powinien śmieć być od Niej kochanym... Powiesz może, iż wtedy nie powinienem był i wyznać mojej miłości - i to ci przyznaję. Taiłem ją i nie pojmiesz nigdy, z jaką okropną męką taiłem ją póty, póki siły, póki możność wszelka tajenia jej dłużej nie opuściła mnie zupełnie. Ale, Malwino, jeśli wyznanie jej nareście było winą, wspomnij też i o karze - rzucam Cię, rzucam na wieki?

Malwino! Ty, która dobroci najtkliwszym na tej ziemi jesteś wyobrażeniem, Malwino, o jedną i ostatnią błagam Cię łaskę? Wierz, bądź przekonaną, że tajemnica, którą się okrywam, żadnego nie kryj występku, ale w jakiej bądź okoliczności nie szuka nigdy nigdzie podnieść zasłony losu mojego... Kiedy przy Tobie będąc, od Ciebie samej zapytany, nie wyjawiłem Ci go, znakiem jest, że to wyjawienie, bynajmniej Tobie nieużyteczne, najboleśniej pomnożyłoby moje nieszczęście. Raz jeszcze Cię błagam, nie wspominaj nawet, żeśmy się kiedy widzieli.

Te są ostatnie słowa, które ode mnie usłyszysz. Żegnam Cię, Malwino, nad wszelkie wyrazy uwielbiona? Niech wszystkie błogosławieństwa Opatrzności na Ciebie się zlewają? Żyj szczęśliwa; ja, umierając, z przekonania powiem jeszcze: nikt nie kochał, nikt nigdy tak kochać nie będzie Malwiny jak nieszczęśliwy Ludomir! Bądź zdrowa! Raz jeszcze, raz ostatni, żegnam Cię na tej ziemi, Ty najpierwsze, Ty jedyne szczęście życia mojego?"

Po przeczytaniu tego listu rozrzewnienie największe, żal, zdziwienie, trwoga nawet jakaś przejęły raptownie Malwinę. Miłość Ludomira, uczciwość postępku jego w oderwaniu się od niej w tej chwili, gdy jasno mógł przeniknąć serce jej ku niemu, wspomnienie, że jej życie ratował, odraza od tajemnicy, którą się okrywał, wszystko to burzyło bez ładu umysł jej zmęczony. Lecz myśl ta, że Ludomir Krzewin opuścił, że już go może nigdy nie ujrzy, wszystkie inne myśli i uczucia wkrótce zatłumiła. Mimo rzewnych łez. które z oczu jej na Ludomira list spadały, raz jeszcze przeczytała te tkliwe jego wyrazy i do tych słów dochodząc: "nikt Cię nie kochał, nikt kochać nie będzie jak nieszczęśliwy Ludomir", obfitość łez nic dozwoliła dalej czytać i w uniesieniu najtkliwszym: "Wszystkie przeczucia mego serca - pomyślała - upewniają mnie, że te słowa są prawdziwe. Ludomirze? winnam ci życie? winnam ci więcej jak życie, bo odbieram od ciebie dowody najgwałtowniejszej i razem najszlachetniejszej miłości, miłości, która się jedynie moim, a nie swoim szczęściem i spokojnością zajmuje! Za takie dobrodziejstwa cóż ja, niestety, uczynić mogę? Jedną jedyną ofiarę, ale która wszelkie inne przewyższa, bo ofiarę dochodzenia losu twojego, bez wyjawienia którego czuję, że żadnego już dla mnie prawdziwego szczęścia być nie może. Ty tego pragniesz, ten jeden dowód dać mogę, niestety, twojej pamięci! O Ludomirze! przysięgam więc tobie i miłości prawdziwej, że w jakiejkolwiek bądź okoliczności chociażbym miała do tego największą sposobność, nigdy, chybabyś sam chciał mnie ją wyjawić, nigdy nie będę szukała odkryć tej tajemnicy, którą los swój i wszystkie postępki okrywasz!"

Ta przysięga i ważność, którą do niej przywiązała, ułagodziła nieco zbolałe serce Malwiny, bo zdały się jej być jeszcze ostatnim ogniwem więzu. który ją z Ludomirem połączał. Pocieszała się myślą, że czyni ofiarę żądaną od niego, i nie domyślała się, niestety, ile ważną, ile ciężką do wykonania ta ofiara dla niej stać się miała. Trochę będąc spokojniejszą, Malwina rozważać zaczęła, jak dalej działać miała. Czuła dobrze, iż rozmawiać często o Ludomirze, smutek wewnętrzny wyjawiać i dzielić go z drugimi najpewniejsze były sposoby karmienia uczuć i myśli, które roztropność przytłumiać radziła. Ta uwaga tyle miała mocy na jej umyśle, iż przedsięwzięła natychmiast o liście Ludomira nie wspominać, a do tego przedsięwzięcia miłość była prawdziwszą jeszcze niźli roztropność pobudką, wlewając w serce Malwiny zazdrość jakowąś i chęć, żeby nikt prócz niej nie znał jego uczucia, nie cierpiał z jego cierpień, nic tęsknił po jego odjeździe ani wiedział tego odjazdu przyczyny.

Przy tym Malwina bała się słyszeć powtarzane uwagi, które sprawiedliwie można było czynić nad tajemnym postępowaniem Ludomira i które dla niej nieznośnymi były, gdyż rzucały cień jakiś przykry na obejście się jego, a Malwina i cienia się bała we wszystkim, co się tylko do Ludomira ściągało.

Te wszystkie przyczyny zebrane zrządziły, że gwałt niełatwy do znoszenia czyniąc sobie potrafiła smutek i właściwy stan serca utaić i oblekłszy postać dość obojętną zeszła do sali, gdzie siedzące przy śniadaniu ciotka i siostra już na nią czekały.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Sro 25 Lis, 2009 15:04   

Rozdział X
KRÓTKI


Niesprawiedliwie sądzą ci. co rozumieją, że w pierwszych momentach straty jakiej najboleśniej się ją czuje. Wtedy przynajmniej ten wypadek wszystkich zajmuje, mówią o nim, trudnią się nim. Osoba, której się żałuje, nie widzi się zapomnianą, nie widzi się tak zupełnie obcą jeszcze. Serce, nie przyzwyczajone do żalu po niej, nie przypuszcza tej myśli, że ten żal bez zwrotu - i początek najokropniejszego rozłączenia zdaje się tylko odjazdem na chwilę. Ale gdy dnie, godziny, okoliczności następujące jedne po drugich nie zwracają nigdy osoby, którą się kocha, której się potrzebuje, która codziennie, co moment nam braknie - ach! wtedy dopiero sprawdza się nasze nieszczęście i z najdotkliwszym westchnieniem mówi się ustawnie: - Niestety! istotnie na zawsze stracony!

W pierwszej chwili zniknienia Ludomira Malwina, podług tego, co była przedsięwzięła, dość mocy miała nad sobą, aby z obojętną niemal postacią przysłuchiwać się nawet mogła niektórym o tym wypadku rozmowom ciotki swojej i siostry.

- Prawda - mówiła raz ciotka - że to tajenie swego stanu, swego nazwiska, ten raptowny odjazd są rzeczy niejasne i ja nawet nic podobnego w żadnym nie czytałam romansie. Ale wszelako zapomnieć nie mogę, że Malwina mu życie winna, a wierzyć nigdy nie potrafię, żeby ten Ludomir, który coś tak szczególnie szlachetnego miał w całym obejściu się swoim, łudzącym tylko był awanturnikiem.

Ale te ostatnie słowo boleśnie dotknęło Malwinę. - Jeśli takim jest w istocie - rzekła z pośpiechem - to ja tylko z tego cierpieć powinnam za karę mojej nieroztropności w przyjmowaniu go w mój dom. Ale jeśli też tak nie jest, okrutnie byłoby niesprawiedliwie takim krzywdzącym posądzeniem odwdzięczać mu starania jego podczas pożaru i ratowania naówczas mego życia. Nie mogąc więc z pewnością o jego postępkach sądzić, najlepiej zdaje mi się o tym wszystkim jak najmniej rozmawiać.

Te słowa ciotce mowę zamknęły i zrazu, by życzeniom Malwiny zadosyć uczynić, a później naturalną czasu koleją przestano naprzód w Krzewinie wspominać, a później i myśleć o Ludomirze. Tego Malwina wymagała, tego zdawała się życzyć, a gdy to nastąpiło, najżywiej tęsknota jej się pomnożyła. Nic już ją nie bawiło, nic nie zajmowało. Ponura jesień po tym tak miłym lecie, szarą dodawając powłokę całej naturze, pomnożyła jeszcze i tak już dość smutną jej melancholią. Po kilku miesiącach tak przebytych zdrowie jej nareszcie ze stanu duszy cierpieć zaczęło. Sen zupełnie straciła i jeść mało co mogła; twarz bladsza jeszcze jak zwykle i częste słabości zastraszyły mieszkańców Krzewina. Dobra ciotka, bardziej jeszcze zastraszona jak drudzy i rozumiejąca, że starania doskonałych lekarzów stolicy wkrótce Malwinie pomóc by mogły, osądziła, że Malwina w Krzewinie zimować nie może i że dla polepszenia zdrowia jechać powinna do Warszawy. A że żałoba jej dawno była skończoną, nic temu projektowi nie zdawało się przeszkadzać. Ciotka sama byłaby chciała w tej drodze Malwinie towarzyszyć, ale tak młodą jeszcze Wandę do wielkiego świata zawozić ni też zostawić jej nie mogła. Wanda, która choć z mniejszym doświadczeniem, jaśniej może od ciotki domyślała się przyczyn smutku i słabości siostry, jeśli nie w lekarzach, to w poniewolnych roztargnieniach spodziewająca się dla siostry pomocy, także na tę podróż silnie ją namawiała.

Smutną obojętnością przejęta, Malwina długo i słuchać tych rad nie chciała, ale nareszcie widząc, że tym pomnażała troski tyle dla siebie tkliwych przyjaciółek, i gdy od wyjazdu Ludomira każde miejsce jednakowym się jej zdawało, w żadnym nie przewidując dla siebie przyjemności na wszystko zezwoliła; i siostra z ciotką bojąc się, aby jeszcze zdania nie zmieniła, w kilku dniach wszystko poukładały i ostatniego listopada w tęgi mróz jasnym słońcem zaiskrzony Malwina zalana łzami, po najtkliwszym pożegnaniu z drogimi swymi przyjaciółkami i z tak lubym jej Krzewinem, siadła do pojazdu i z smutnym i ściśnionym sercem puściła się w drogę do Warszawy.

- Pisuj do mnie często i otwarcie - ostatnie słowa były, które Wanda cicho jej wymówiła - i wierz, że choć ja niby to trzpiotem tylko być zdaję się, serce jednak moje zawsze twoje rozumie. Dzielić twoje cierpienia i cieszyć się twoim szczęściem zawsze, zawsze Wanda potrafi.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Nie 24 Sty, 2010 10:12   

Rozdział XI
WARSZAWA


List Malwiny do Wandy

"Z Warszawy, 5 grudnia

Moja Wando luba! Obiecałam pisywać często i wyszczególniać Ci, co tylko mi się zdarzy. Najmilszą dla mnie jest rzeczą wypełniać tę obietnicę. Od tego zaczynam, czemu łatwo uwierzysz, że mi z głębi duszy żal było z Tobą się rozłączać. Nigdy Warszawa ze wszystkimi swymi przyjemnościami nic takiego mi nie utworzy, co bym tak kochać, tak lubić mogła jak moją lubą Wandę. Ale o tym już dawno wiesz, więc od czegoś nowego zacząć muszę.

Dwa dni mojej podróży były zupełnie jednakowe i niekoniecznie zabawne. Śniegu, śniegu i śniegu napatrzyłam się do woli, a Ty wiesz, jak ja śniegu nie lubię. Wczoraj jednostajny ruch pojazdu i milczenie zupełne, którego drzymiąca Frankowska, siedząc przy mnie, bynajmniej nie przerywała, dały mi porę do przyjemnego dumania. Myślałam o naszym tak mile przepędzonym lecie. Każdy niemal dzień, najdrobniejsze okoliczności, rzeczone słowa, kolor dnia, zapach powietrza, wszystko zdawało mi się widzieć znowu i czuć na jawie. Zanurzona w tych dumaniach, nie uważałam, że dzień wieczorowi zaczynał ustępować. Wtem postylion zatrąbiwszy wyrwał mnie miłym moim marzeniom, a Frankowskę z bardzo smacznego snu obudził. .

- Oto już Warszawa - zawołał - już światła widać i do rogatek dojeżdżamy!

- Już Warszawa - powtórzyłam mimowolnie i serce zaczęło mi bić, nie wiem dlaczego. W tej chwili wiele bym była dała, by w spokojnym znajdować się Krzewinie. Trwoga mnie jakaś objęła, ale tymczasem pojazd toczył się dalej i w krótkim czasie pierwszy raz w moim życiu do wielkiego wjechałam miasta. Cóż tu murów! aż mi się duszno zrobiło; cóż tu hałasu! Postylion mi powiedział, że to godzina, w której z teatru powracają. Pełno karet, pojazdów, ludzi różnych spotykałam. Każdy z jakiegokolwiek powodu śpiesznie zdawał się dążyć. Modny jakiś ekwipaż pojazd mój zawadził i przy świetle pochodni dojrzeć mogłam w tej karecie bardzo piękną osobę płci mojej, niesłychanie strojną i na której twarzy znać było niecierpliwość prędkiego zajechania i nadzieję zabaw, które na nią czekały. Smutno mi się zrobiło. Ja bez żadnego powodu jechałam, nigdzie mnie nie czekano i ja do nikogo się nie śpieszyłam. Nareszcie do oberżyśmy zajechali. Ni życzenia, ni mocy do niczego nie miałam. jak tylko do najprędszego spoczynku. Dziś dzień cały niemal strawiłam między kupcami, krawcami itd. Ponieważ żadnej z moich krewnych nie ma tu teraz w Warszawie, napisałam do księżnej W***, która bywała w przyjaźni z moją matką i znała mnie przed moim zamęściem, aby raczyła mnie prezentować i w społeczeństwo wprowadzić. Najgrzeczniej mi odpisała i jutro o godzinie szóstej w wieczór mam do niej zajechać i pod jej opieką pierwsze wizyty odbędę.

Moja Wando luba! Do tego czasu tęsknota i bojaźń były jedyne uczucia moje w Warszawie. Prawda też, że do tego czasu hałas ulic, szczebiotliwość szwaczek i kupców i troskliwa myśl o jutrzejszym moim wstępie na wielki świat jedynie wszystkie moje zajęły godziny. Dziś w nocy poczta odchodzi. List mój kończę, najczulej Cię do serca przytulając, moja Wandulu ulubiona! Uściskaj Alisię i tysiąc razy rączki całuj kochanej naszej Ciotki."

Drugi list Malwiny do Wandy

"15 grudnia, z Warszawy

Już nie wieśniaczka z Głazowa i Krzewina, ale elegantka we wszystkie elegancje wielkiego świata wprowadzona, piszę do Ciebie, moja Wandulu! Więc z wszelkim poważaniem czytaj opisanie moich obrotów! Chciałam dalej w równy sposób dziennik mój ciągnąć, lecz znajduję, że żarty nie są mi już do twarzy, więc po prostu resztę Ci opowiem.

Nazajutrz po napisaniu pierwszego mego listu, moja duszko, ubrawszy się, jak tylko umiałam najlepiej, a przynajmniej bez żadnej śmieszności, pojechałam do księżnej W***, która mnie łaskawie przyjęła. Najprzyjaźniej wspominała moją matkę i z wielką uprzejmością o Ciebie się wypytywała. Po czym sądzić możesz, czy mnie się miłą i przyjemną zdała. Księżna W***, już niemłoda, łagodność z powagą łączy w swej twarzy; od wszystkich jest tu kochaną i poważaną i im częściej się ją widzi, tym łatwiej się to pojmuje.

Ze sto podobnośmy wizyt oddały. W kilku ledwo domach byłyśmy przyjęte; i o tych nic Ci powiedzieć nie potrafię, bo w tym tłumie imion nawet pań domów już nie pamiętam. Na końcu naszej objażdżki zajechałyśmy przed ogromny dom. Księżna powiedziała mi, że to pałac ministra wojny. Niezmiernie wiele karet widząc na dziedzińcu gorące modły po cichu czyniłam, żeby nas i tam nie przyjęto. Ale na moje nieszczęście właśnie przeciwnie się stało. Wysiadłyśmy tedy i ja, wpół żywa idąc za księżną, znalazłam się wkrótce wśród obszernej sali niesłychanie oświeconej i gdzie niezmierne koło dam po-strojonych siedziało w milczeniu. Przy kominie i koło bilaru grono mężczyzn, którzy między sobą gadali. Księżna W*** prezentowała mnie gospodarzowi domu, który mnie najgrzeczniej przywitał; ale nic nie wiem, co mi mówił, a on zapewne jeszcze mniej, com mu powiedziała, bom tak była zmieszaną, żem dobrze nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Szczęściem dopadłam stołka i siadłam koło księżnej. Wtedy dopiero ośmieliłam się oczy podnieść i obejrzeć cała salę. Dwie rzeczy mnie najwięcej zastanowiły. Pierwsza, że w osobie, która naprzeciwko mnie siedziała, poznałam tę samą damę, którąm wjeżdżając do Warszawy przy świetle pochodni w karecie postrzegło. Pytałam się księżnej, kto ona jest. Odpowiedziała mi, że to hrabina Nel..., najpierwsza tu elegantka. Ona w strojach, w zabawach, w rozmowach prawa przepisuje. Kto tylko do jej szczególnie wybranego towarzystwa nie jest przyjętym, w kolei mody i dobrego tonu umieszczonym się nie rozumie. Wszyscy ją tu po imieniu tylko zowią Dorydą, i ja ci oznajmuję, że nie chcąc grzeszyć przeciw elegancji w listach moich także Dorydą ją zawsze mianować będę.

Druga moja uwaga była na tego, co koło Dorydy siedział. Szlachetność i powaga postać jego znaczącą czyniły, wstęgi i krzyże zasłużonego oznaczały obywatela, a wiek podeszły uszanowanie wzbudzał. Jednym słowem, właściwym wyobrażeniem wielkiego pana zdał mi się być Zdzisław książę Melsztyński, którego księżna W*** tak mi nazwała, dokładając: Jest on jeden z najbogatszych i najzacniejszych panów w Polszcze. A ja ci dołożę (tylko mnie nie miej za wariatkę), że z pierwszego spojrzenia powab niezwyczajny jakiś wzbudził we mnie. Koniecznie zdaje mi się, żem go gdzieś już widziała. Osobliwie w oczach ma jakiś wyraz, któren mi się zdaje być dawno znajomym. Daremnie myślę, gdzie i jak to być mogło, i to dochodzenie pamięć moje męczy od momentu, w którym go poznałam.

Chociaż bardzo ładna, nie tyle jednak wzbudziła we mnie sympatii ta sławna Doryda. Wyraz niemal zawsze drwiący, który się maluje na jej twarzy, podług mnie nie jest ujmującym. Może też próżności trocha czyni mnie surową względem Dorydy, gdyż miłość własną moją upokorzyła. Z drugą damą i kilku mężczyznami, co za jej stołkiem byli zasiedli, przez cały czas naszej bytności szeptała i na mnie patrząc polegała ze śmiechu. Łatwo mi się było domyślić, że ze mnie. To mnie zmieszało, zasmuciło i dlatego może Doryda przyjemną mi się nie zdała.

W tym stanie było ułożone społeczeństwo i ja. przyznam ci się, niekonieczniem się bawiła, gdy jakiś grzeczny, fertyczny, wiele mówiący i jeszcze więcej kłaniający się człowiek za stołkiem księżnej W*** stanął. Po jego mowie łatwo było poznać, że wszędzie bywa, świat cały zna, każdego dnia wie, co się w każdym domu dzieje.

Nikt się nie żeni, nikt się nie kocha bez jego wiedzy, niczyje święto nie minie, żeby on bukietu nie przyniósł, wierszów nie napisał. Wszystkich chwali bez ustanku i choć go zawsze wszędzie pełno. jeśli kiedy z pośpiechu pasztecik jaki utworzy, to przynajmniej nigdy ze złej chęci plotek nie roznasza. Toteż weszło w przysłowie mówić: - nasz Starościc wścibski trochę wprawdzie, ale jednak najlepszy w świecie człowiek. - Starościc tedy (bo i ja go tak nazywać będę), jak stanął za naszymi stołkami, wiedział, kto ja jestem, skąd, kiedy, jak i po co przyjechałam. Krociami pochwał mnie zasypał i nie ma kwiatu ani bogini, do której by mnie nie przyrównał. Szczęściem (bo te wszystkie pochlebstwa dziwnie mnie już mieszać i nudzić zaczynały), ktoś się go zapytał: - Starościcu, co wszystko wiesz, nie wiesz też nic o młodym księciu Melsztyńskim? Nigdy tak długo po nim nie tęskniła Warszawa. - Wnuk mój, powinności swojej zadosyć czyniąc, przy pułku swoim przesiaduje - odpowiedział na to dziad jego. - Być to może - rzekła Doryda. - Ale teraz co zima się zaczęła i przy pułku nie ma co robić, ręczę, że w tych dniach do nas wróci - z uśmiechem dołożyła, z uśmiechem, który wyrażał, że o powrocie młodego księcia ona najlepiej uwiadomiona. Starościc, który nie traci nigdy sposobności wysunienia komplementu. oświadczył mi wtedy, że gdyby książę pułkownik wiedział o nowej gwiaździe, która zajaśniała na horyzoncie warszawskim, pewnie by się śpieszył z powrotem swoim. Na te słowa Doryda bardziej niż kiedy zaczęła szeptać i chichotać się; potem z miną, która nie wiem, czy grzeczność, czyli też nieukontentowanie oznaczać miała, obracając się do mnie:

- Jeśli wielką ma ciekawość poznać księcia pułkownika imość pani S***, to ją mogę upewnić, że na przyszły bal, któren ma dawać poseł francuski, niezawodnie książę zjedzie.

Chciałam odpowiedzieć, że ani ciekawości, ani niecierpliwości nie mam do tego przyjazdu, ale wiele dam mnie przerwało, mówiąc: - Ach! jakże dobrze, że do nas wraca! Bez niego wszystkie bale nudne, spacery w sankach niezabawne, nic się nie klei. On jeden umie wszystko ożywić.

- Zamiast nagany damy powinny go jeszcze pochwalić - rzekł na to stary jakiś generał - że od nich się odrywa, by po nudnych kwaterach służby swojej pilnował.

- Mars i miłość równie go wieńczyć mogą - odezwał się Starościc.

- A my tymczasem jechać możemy - szepnęła mi księżna W***.

Wyjechałyśmy, i w karecie tę samą ciągnąc rozmowę:

- Prawdziweż to zepsute dziecko - rzekła mi - ten młody książę Melsztyński? Dziad mu we wszystkim pobłaża, młodzież go zawsze na wzór bierze, a kobiety najgorzej go psują? Prawda, że miło go psuć, bo dobre też to dziecko, ale wszelako kobiety i jemu, i sobie szkodzą, ubiegając się tak nieprzyzwoicie za rzutem oka, słowem jednym lub najdrobniejszą ze strony jego uwagą.

Moja Wando, te słowa księżnej W*** dobrze się w mojej pamięci wyryły i ręczę Ci. że Malwina, choćby miała wszystkie uwagi ściągnąć na siebie tego sławnego księcia pułkownika, i pół kroku do tego nie uczyni? Ale jednak ciekawa jestem ten okrzyczany cud poznać. Jeszcze pięć dni do balu posła francuskiego? Księżna W*** powiedziała mi. że blisko od roku zostaje on w więzach Dorydy, co na jego zwykłą niestałość wielkim cudem tu znajdują. Ale czegóż Ci o nim tyle piszę. Dość czasu będzie pisać o nim po tym balu, na którym mam go poznać. Ten bal, nie wiem, czemu mnie tyle obchodzi i coś smutnego mi się robi myśląc o nim. Pamiętasz, Wandulu, 15 sierpnia i bal w Krzewinie. Ach! żaden taki nie będzie; wszystkie bale, wszystkie pułkowniki, cały wielki świat równać się nie mogą z jedną godziną przepędzoną w Krzewinie z tymi, co kocham, z tymi, co kochać będę zawsze, o, zawsze! Bądź zdrowa, o moja Wandulu luba! W Krzewinie tylko prawdziwe szczęście Malwiny."

List trzeci Malwiny do Wandy

"26 grudnia, z Warszawy

Wando, luba Wando! czy sen łudzący od wczorajszego dnia mnie omamia, czyli też urok jakiś zmysły moje oczarował? Co się dzieje ze mną, ani pojąć samej, ani Ci wyrazić nie jest rzeczą łatwą; taki nieład w moich myślach panuje, że nawet nie wiem, od czego mam zacząć.

Siostro kochana, troskliwa Twoja przyjaźń, która mimo mojej wiedzy poznać umiała najskrytsze uczucia serca mego, i teraz może potrafi na moim postawić się miejscu i domyślić się stanu mojej duszy! Słuchaj tedy, co mnie dziwi, smuci, cieszy, przeraża i jest mi dotąd niepojęte.

Wiesz z ostatniego mego listu, że 20 tego miesiąca poseł francuski wielki bal miał dawać na obchodzenie nie wiem już jakiej uroczystości. Wiesz, że publiczność, a damy osobliwie z niecierpliwością dnia tego czekały spodziewając się młodego księcia Melsztyńskiego, i że Doryda, o wszystkich jego krokach dobrze uwiadomiona, jak najwyraźniej ton powrót zapewniła. Przyszedł ów wieczór nareszcie.

Dzień, co go poprzedzał, niezmiernie długi zdawał mi się; z jakąś trwogą na ten bal pojechałam, z trwogą weszłam do sali i bardziej z skłonnością do rozrzewnienia niżeli z nadzieją zabawy. Ale wkrótce mnogość ludzi, światła, odgłos najweselszej muzyki, a może (bo przed Tobą próżności mojej zataić nie chcę), może bardziej jak to wszystko uprzejmy szmer pochwały, z którym mnie przywitano, jakem tylko weszła do sali, szare chmury rozpędził, odwagi mi dodał wlewając w serce tę radość, jakiej zawsze doznaję, gdy rozumiem się być miłą tym, z którymi się znajduję. Pasja moja do tańca natychmiast się ocknęła. Taneczników wielu się znalazło, którzy się o mnie dobijali, i to mi nie było markotno, bo Doryda widzieć mogła, żem przecie niezupełnie od wszystkich opuszczona. Tańcowałam wiele i z dobrego serca, nie myśląc już bynajmniej o tym sławnym księciu pułkowniku, któregom przyjazdu przez pięć dni tak ciekawie oczekiwała. Zaczęli walcować, ja walcowałam z majorem Lissowskim, który uchodzi tu za najlepszego tanecznika. Alić hałas jakiś u drzwi się zrobił i te słowa: "Otóż on jest, obietnicy nam przecie dotrzymał, dopiero będzie wesoło" - różnymi głosami z okrzykiem były powtórzone. Muzyka przestała, tłum się otworzył i ja w tym oczekiwanym, ogłaszanym młodym książęciu, w tym celu zajęcia wszystkich kobiet, w tym wielbicielu, jak mówią, wdzięków Dorydy postrzegłam, poznałam, kogo... Ludomira! Ach, Wando! mego niegdyś Ludomira, dziś zaś Ludomira Dorydy, szczęśliwej Dorydy! W ten moment wesołość, chęć do tańca, chęć do życia mnie opuściła. Ani widziałam, ani słyszałam wyraźnie, co się koło mnie działo, w głowie kręcić rai się zaczęło i nie rozumiem, jakim szczęściem nie zemdlałam. Ni zadziwienia, że w tym świetnym księciu Melsztyńskim tegoż poznałam Ludomira, którego awanturnikiem niedawno mniemano, ni gniewu, któren fałszywe jego postępki wlać by były powinne w duszę moją, nic naówczas nie czułam. Później dopiero, gdym sposobność myślenia odzyskała, byłam w stanie te wszystkie uczynić uwagi. Ale w pierwszej chwili ta jedyna myśl: - Ludomir mnie już nie kocha, Ludomir inną kocha, jak ciężki kamień serce moje przygniotła. - Stałam wryta, jak posąg bez duszy. Nie wiem, co major Lissowski o mnie pomyślał. Tylem nareszcie z jego mowy usłyszała, że powtórnie mnie się pytał, czy tańcować już nie chcę, i że nie mógł był otrzymać odpowiedzi. Te słowa przecież mnie z osłupienia wyrwały. Złożyłam wszystko na raptowną słabość z gorąca wielkiego pochodzącą i jak najprędzej w kącie najmniej widzianym usiadłam. Rada bym była natychmiast wyjechać z tego balu, wyjść z tej sali, która przed kwadransem jeszcze zaiskrzoną wesołym światłem zabawy, teraz ciężką, duszącą powłoką zdawała mi się zaćmioną. Ale, Wando, moc jakaś ukryta więziła mnie na krześle, gdziem siedziała. Nie mogłam porzucić miejsca, z któregom Ludomira widziała? I cóż widziałam, niestety? Ludomira patrzącego na Dorydę, tym samym wzrokiem na nią patrzącego, co niegdyś... Mówiącego do niej z tym uśmiechem, z tym uczuciem... Ach, Wando, czemuż ja nie w Krzewinie? Po cóżem z niego wyjechała? Czemuż ja nie w odludnym Głazowie? Spokojne dni Głazowa, jakżeście daleko od Malwiny? Pierwsze kroki, którem w ten wielki świat uczyniła, żalem i boleścią są naznaczone. Ale, Wando, słuchaj dalej. Wlepione miałam oczy w róg sali, gdzie Ludomir, oparty o krzesło Dorydy i nią jedynie zajęty, zdawał się zupełnie zapominać i powszechną radość jego przybyciem wzbudzoną, i cokolwiek tylko obcym było Dorydzie. Wtem Starościc się do niego przysunął, po cichu zaczęli gadać i obejrzawszy salę wkoło zdali się szukać kogoś oczyma. Siostro? mnie to rzutem oka szukał Ludomir. W tym tłumie spotkałam jego spojrzenie, to spojrzenie tak mi dobrze znajome, i natychmiast zrozumiałam, że mi serce bić przestało i krew się w żytach zatrzymała. Dorydę ktoś wziął w taniec. Ludomir i Staroście obeszli drugą stroną sali i doszedłszy do okna, w którym niemal zakryta framugą siedziałam:

- Prezentuję imość pani S*** - rzekł do mnie Starościc - młodego księcia Melsztyńskiego, który najżywiej pragnie być jej znajomym.

- Żeby nie los i okoliczności przekorne - przerwał książę - pewnie nie ostatni byłbym między tymi. którzy ubiegali się niezawodnie w uwielbieniu nowego bóstwa, które niedawno posiada Warszawa.

Wando! głos Ludomira, który tyle ma mocy na całym jestestwie moim, dźwięk ten miły, od tylu miesięcy nie słyszany, opanował naówczas zmysły moje i ledwo w ten moment wszystkich win Ludomira zapomniawszy z szczerością dawnego przywiązania nie rzekłam: - Ludomirze, pewnie cię czernią mówiąc, że Malwiny już nie kochasz, tej Malwiny, która nigdy nie potrafi cię zapomnieć!

Ale. Wando, wytworny komplement księcia Melsztyńskiego. tak niepodobny do delikatnego milczenia lub do wyrazów najgorętszą miłością tchnących Ludomira w Krzewinie, ten komplement, mówię, dreszczem mnie przejął i słowa, które wymówić miałam, na ustach mnie zmarzły.

- Czy mogę sobie pochlebiać, że j. pani S*** przyszłego tańca raczy ze mną tańcować? - Nie wiem, co bym była mu odpowiedziała, ale Doryda czasu mi do tego nie zostawiła, skończywszy walcować przechodząc koło nas:

- Ludomirze! - głośno zawołała – spodziewam się, że nie zapomnisz, żeś mnie na pierwszego mazura zamówił.

- Ludomirze? - wołała na niego świetna Doryda wśród przepysznego balu w Warszawie. - Ludomirze? - wołała takoż na niego biedna Malwina po spokojnych niegdyś dolinach Krzewina! - Niech książę się nie zatrzymuje - rzekłam natychmiast - Doryda na księcia już czeka, a ja bez tego nie myślę teraz tańcować.

Ledwom te słowa była wymówiła, major Lissowski przybiegł prosić mnie w taniec i ja, sama nie wiem dlaczego (bo pewnie nie z chęci tańcowania), wstałam spieszno i stanęłam przy nim do mazura. Ludomir w tym samym kole stojąc przy Dorydzie, nim grać zaczęto, przysunął się do mnie i półgłosem powiedział:

- Imość pani S*** podobno tańcować nie miała.

- Prawda, że tak myślałam przed kilką minutami, ale i mnie się trafia czasem szybko myśli zmieniać.

Coś może zbyt surowego musiało być wyrytym na mojej twarzy, gdym te słowa wymówiła, bom skutek ich w oczach Ludomira poznała. Smutnie zamilkł, a ja, widząc jego zmartwienie, odkupić bym była chciała te wymówione słowa i już nie gadać, nie patrzać na majora Lissowskiego, nie tańcować, ale płakać byłabym rada. Ludomir figury w mazurze plątał, Doryda zrzędziła, ja nie wiem sama, jakem do końca trafiła. Przy kolacji Ludomir siedział przy Dorydzie, tyle tylko wiem. Po kolacji nie wchodząc już nawet do sali, gdzie tańcowano, do siebie wróciłam.

Wando, nadużywam Twojej cierpliwości opisując Ci najdrobniejsze szczegóły wczorajszego wieczora.. Ale niestety! drobne czasem szczegóły szczęście lub nieszczęście stanowią. Przyjazny rzut oka, zimne-spojrzenie - rozpacz i niebo nieraz w sobie zamykają. Wando moja! wiem tedy teraz, kto był ten nieznajomy, ten utajony Ludomir... a raczej nie wiem, nie rozumiem, nie pojmuję nic z tego, co się jego losu, jego postępków tycze! Ale pamiętam, żem mu życie winna, żem mu święcie przyrzekła żadnego kroku nigdy nie uczynić, by odkryć tajemnicę, którą się okrywał. "Najboleśniej pomnożyłabyś tym moje nieszczęście" - są słowa listu jego, które mam i teraz przed oczyma. Ach, Ludomirze! przestań mnie kochać, kochaj nawet inną, rób, co ci się podoba! Malwina płakać w cichości sama, opuszczona cierpieć potrafi, ale nigdy ni słowem, ni postępkiem nie przypomni ci, że cię nawet kiedykolwiek znała.

Ale, Wando, czas ten list, i tak zbyt już długi, zakończyć. Zbolałe serce i zmęczone łzami oczy spoczynku potrzebują. Daruj, Siostro kochana, jeżeli ufając w pobłażającą Twoją przyjaźń ciężar i smutek duszy mojej z Tobą podzieliłam! Nie było w mojej mocy utaić najmniejszego uczucia. Ale odtąd starać się będę... o co... ach, sama nie wiem! Nie wiem, czego życzę, czego chcę, com powinna czynić, com powinna wierzyć! Nieład w moich myślach, nieład w moim sercu. Bądź zdrowa, moja Wando luba, żyj spokojna w szczęśliwym Krzewinie! Kochaj mnie, nie zapominaj Malwiny, biednej Malwiny! Ach! ty przynajmniej nie zapominaj jej nigdy, nigdy!"

List majora Lissowskiego do przyjaciela

"30 grudnia, z Warszawy Alfredzie! cóż u Ciebie w głowie? Warszawa w całej swojej świetności wzywa wszystkich sług swoich; bale, reduty, szlichtady, pasztety, komeraże w zupełnym są ruchu; doskonałe mrozy doskonale nieznośną wieś czynić muszą, a Ty, najwierniejszy między wiernymi wielbicielami miasteczka, nie możesz się od nudnych swoich folwarków oderwać! Przybywaj jak najprędzej, inaczej odrzekam się Ciebie na zawsze i z rzędu pierwszych naszych elegantów wymazanym zostaniesz. Ale ponieważ spodziewam się, że na tę karę nie zasłużysz i że wkrótce stawisz mi się, łaskawie myślę Cię uwiadomić, co i jak się tu dzieje, abyś za powrotem Twoim nie wyglądał jak kto, co z Chin powraca.

Nowa zorza teraz tu zajaśniała. Jest to Malwina S***, młoda wdowa, która nigdy Warszawy, nigdy wielkiego świata nie widziała? Alfredzie, niceś w życiu tak ładnego nie widział? Nieśmiałość młodości i niedoświadczenia łączy w swym ułożeniu z postacią, która zdaje się być oswojoną ze zwyczajami najlepszego społeczeństwa. Uprzejma i naturalnie wesoła, ale młodzież naszą doskonale jednak umie w jakiejści granicy trzymać, i mnie samemu, stworzeniu, któremu tak niełatwo zaimponować, Malwina z zimną swoją grzecznością tak czasem zaimponuje, że przy niej ani słowa z tych wyrazów, co to surowość złym tonom, a my nie-oszacowaną elegancją zowiemy, ani obmowy żadnej, ani rozwalań się swobodnych, jednym słowem, nic ze zwyczajnego trybu naszego nie pozwalam sobie. Dziwuj się, jak chcesz, wierz albo nie wierz, to jednak nieodbitą jest prawdą, że Malwina tego cudu dokazała. Mnie, któregoś znał nie mogącego się i minuty dla nikogo w świecie pożenować, teraz byś widział życie na tym trawiącego, by myśli jej i życzenia zgadywać i wypełniać, chociaż ona, grzeczna dla mnie jak dla wszystkich, bynajmniej o mnie nie myśli i z wszelką grzecznością i szczerością już mi to nawet powiedziała. Oj, kobiety, kobiety? co byście mogły z nami wyrabiać, żebyście zawsze interes swój właściwy rozumiejąc nie rozłączały, jak nie rozłącza Malwina, skromności płci swojej od uprzejmej wesołości, a do dobroci łączyły tę pychę i szlachetność niewieścią, która potrafi każdego w należytym utrzymać obrębie i która by was nigdy porzucać nie powinna.

Alfredzie, kocham się szalenie w Malwinie. Nie wiem, co z tego będzie, bo ona nic kocha mnie wcale, a co gorzej, Ludomira coś się boję. Na moją biedę wrócił, widział Malwinę i dość było jednego balu, by niewolnikiem jej wdzięków został. Ale któż by też na tym balu właśnie mógł ją widzieć i nie być jej wdziękami zniewolonym? Wszystkie nasze damy najwytworniej były poubierane. U niej biała suknia, która giętki stan obwijała, czarne warkocze złotym spięte grzebieniem i przy lewym boku bukiet z świeżych jacyntów cały strój tworzyły - i ten bukiet jeszcze z jedyną dobrocią przy kolacji zdjęła, by chimerom Dorydy dogodzić, która z drugiego końca ogromnego stołu mniemała, iż zapach jacyntów jej szkodzi. Zjawienie tej niewinnej, wdzięcznej, lubej Malwiny kaducznie nie na rękę naszej Dorydzie; ale tym lepiej dla mnie, będzie Ludomira pilnować! Żebym tylko doszedł, co Malwina o nim myśli. Nie uwierzysz, jak ciężko dochodzić, co w tej głowie się dzieje. Prosto i szczerze zdaje się to, a jednak ja, niedopiero lis, zgłębić i zgadnąć jej nie umiem. Wesołą zrazu, zamyśloną potem była Malwina na tym balu, na gorąco złożyła tę nagłą zmianę, ale mnie coś wszystko się zdaje, że nagłe zjawienie się Ludomira to sprawiło. Czy się już kiedy widzieli, czy się znają? Nie mogę ich zrozumieć.

Wiesz, Alfredzie, że podług dawnego zwyczaju, kiedy własnych nie mam interesów, to cudze śledzę. Przez czas niebytności Ludomira z opieki go nie spuszczałem i różnymi mymi manewrami wiedziałem niemal zawsze, jak się obraca. Otóż doszedłem najpierwej, że miasteczko, w którym z pułkiem stał kwaterą, niedaleko jest Krzewina, wsi, w której przebywa Malwina. Po wtóre, że Ludomir, nie wiem za jakim urlopem, cichaczem ujechał od pułku w maju i kilka miesięcy bawił nie wiedzieć ani gdzie, ani po co. Po trzecie, że jak wrócił w końcu sierpnia do pułku, bardzo był smutnym i pomieszanym. Cóż mam z tego wszystkiego wykleić? Ha, zobaczymy! Zaczynamy grać komedią, w której Ludomir, Malwina, Doryda i Twój sługa najpierwszą rolę grać mają. Konfidentów i subretek znajdziemy do woli (już Starościc nasz gotowy konfident); kto najlepiej grać będzie, a intryga sztuki jak się wywiąże, to się wkrótce da poznać.

Zresztą nic tu nowego nie mamy. Promocje w wojsku na przyszłą wiosnę nam obiecują. Tymczasem czy jest, czy nie ma za co, nie tracim zwyczaju przy każdej okoliczności wyrzekać nad niesłychanymi niesprawiedliwościami, które na nas spadają, bo każdy z nas, zacząwszy ode mnie, nie pojmuje, jak nie jest już przynajmniej generałem.

Starościanka już konno nie jeździ, co czyni zbiory w saskiej rajtszuli dziwnie nudne. Felisia N*** zawsze cudownie gawotę tańcuje. Karnawał nam jedyny zapowiadają. Wybornego bordeaux dostać można u Berensa. Mój kasztanek zdrów i celem zawsze zazdrości naszej całej młodzieży. Otóż i wszystkie moje nowiny. Przyjeżdżaj jak najprędzej być aktorem, a przynajmniej z biedy choć i spektatorem w rozmaitych sztukach, które tej zimy grać się będą na scenie eleganckiego świata Warszawy."
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Aragonte 
tiaaaaa...



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 22009
Skąd: emigracja wewnętrzna
Wysłany: Wto 26 Sty, 2010 19:59   

Bardzo mi się podobały te fragmenty :D

Admete, dawaj więcej :)

Tak się zastanawiam - czy wtedy mieli cieplarnie? Bo te "jacynty" to chyba hiacynty, a skąd by je wzięli zimą? :mysle:
_________________
Gdyby ludzie rozmawiali tylko o tym, co rozumieją, zapadłaby nad światem wielka cisza. (Albert Einstein)
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38538
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Wto 26 Sty, 2010 20:14   

Cieplarnie wtedy funkcjonaowały na pewno u bogaczy.

Posatram sie wkleić następny kawałek ;)
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
amareth 


Dołączyła: 26 Gru 2011
Posty: 2
Wysłany: Pon 26 Gru, 2011 15:20   

Szkoda, że wątek nie jest już kontynuowany, bo sama też czytałam w liceum tę powieść i wówczas wydawała mi się bardzo ciekawa. Po latach nieco zmieniłam zdanie, ale ponowna lektura Malwiny utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jednak jedna z lepszych polskich książek. Z tego, co się orientuję, w liceum się jej już nie przerabia, została chyba tylko na studiach i to pewnie nie na każdej uczelni. Nie tak dawno znalazłam nawet stronę internetową o tej książce: Malwina Marii Wirtemberskiej . Może nie jest to wybitne dzieło, ale jak na książkę napisaną przez polską arystokratkę broni się całkiem nieźle.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - opowiadania

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.