PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Maria Rodziewiczówna - znana nieznana
Autor Wiadomość
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 17:41   Maria Rodziewiczówna - znana nieznana

Tytułem wprowadzenia do twórczości Marii Rodziewiczówny (niżej zamieszczę kilka jej krótkich opowiadań) :

"Z zapisków pozostawionych przez częstego bywalca domu Rodziewiczówny Henryka Skirmuntta, dziedzica z pobliskiego Mołodowa, można wnioskować, że pisarka lubiła życie spokojne, ale nie próżniacze, w łączności z Bogiem i przyrodą. Swój styl życia narzucała też gościom. Ułożyła dla nich nawet specjalny dekalog, który wisiał w sieni na widocznym miejscu. Brzmiał on następująco:
I. Czcij i zachowaj ciszę, pogodę i spokój domu tego, aby stały się w tobie.
II. Będziesz stale zajęty pracą według sił swych, zdolności i zamiłowania.
III. Nie będziesz śmiecił, czynił bezładu ani zamieszania domowego porządku.
IV. Pamiętaj, abyś nie kaził myśli ni ust mową o złym, marności i głupstwie.
V. Nie będziesz opowiadał, szczególnie przy posiłkach o chorobach, kryminałach, kalectwie i smutkach.
VI. Nie będziesz się gniewał, ani podnosił głosu z wyjątkiem śpiewu i śmiechu.
VII. Nie będziesz zatruwał powietrza domu złym i kwaśnym humorem.
VIII. Nie wnoś do domu tego szatańskiej czci pieniądza i przekleństw spraw jego.
IX. Zachowaj przyjacielstwo do Bożych stworzeń za domowników przyjętych, jako psy, ptaki, jeże i wiewiórki.
X. Nie okazuj trwogi, a znoś ze spokojem wszelki dopust Boży, jako głód, biedę, chorobę i najście niepożądanych gości. Błogosławieństwo Boga i Królowej Korony Polskiej niech strzeże fundamentów, węgłów i ścian domu tego, serca i zdrowia mieszkańców - Amen."

zrodlo: http://rodrodziewiczow.webpark.pl/rodziewicze.html



Maria Rodziewiczówna pseudonim Żmogas, Maro, Weryho (ur. 2 lutego 1863 we wsi Pieniucha na Grodzieńszczyźnie - zm. 16 listopada 1944 na folwarku Leonów koło Żelaznej pod Skierniewicami - polska pisarka.

Pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Była córką Henryka Rodziewicza i Amelii z Kurzenieckich. Rodzice Marii za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym (przechowywanie broni) zostali skazani na konfiskatę majątku i zesłanie na Syberię. Dzieci Rodziewiczów podczas pobytu rodziców na zesłaniu zostały oddane pod opiekę różnym krewnym. Marią zaopiekowali się początkowo dziadkowie Kurzenieccy w majątku Zamosze koło Janowa, a po ich niedługiej śmieci zajęła się nią przyjaciółka i deleka krewna matki - Maria Skirmunttowa (w Korzeniowie na Pińszczyźnie).
W 1871 w wyniku amnestii wrócili z zesłania rodzice Marii. Osiedlili się w Warszawie, gdzie znajdowali się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej (ojciec pracował jako rządca kamienicy, matka przez pewien czas w fabryce papierosów). Sytuacja rodziny poprawiła się nieco, kiedy daleki krewny Ksawery Pusłowski uczynił ojca Marii administratorem swoich nieruchomości. Prawdziwa poprawa nastąpiła jednak w 1877, gdy Henryk Kurzeniecki odziedziczył po swym bezdzietnym bracie Teodorze majątek Hruszowa na Polesiu (1533 ha).

Już w czasie pobytu w Warszawie Rodziewiczówna zaczęła uczęszczać na pensję do pani Kuczyńskiej. W końcu 1876 roku w związku z poprawą sytuacji materialnej rodziny została umieszczona na pensji w Jazłowcu u niepokolanek. Tu przebywała do ferii 1879 roku (ukończyła naukę na szóstej klasie). Pobyt na pensji w Jazłowcu, gdzie dziewczęta w religijnej ale i patriotycznej atmosferze przygotowywano przede wszystkim do przyszłej roli żony i matki, wywarł duży wpływ na Rodziewiczówną. Tutaj miały także powstać jej pierwsze utwory (najprawdopodobniej Kwiat lotosu).

W 1881 umarł Ojciec Rodziewiczówny. Po jego śmierci zaczęła ona stopniowo przejmować kontrolę nad majątkiem aż do 1887, gdy przejęła go formalnie (wraz z obciążeniem w postaci długów ojca i stryja, a także koniecznością spłaty rodzeństwa). Obcięła krótko włosy (za zezwoleniem matki) i w krótkiej spódnicy i męskim żakiecie zajęła się zarządzaniem Hruszową, która nie przynosiła jednak większych dochodów.
Stosunki dworu z miejscowymi białoruskimi prawosławnymi chłopami układały się różnie. W 1890 za czynne zelżenie (pobicie) pastucha z Antopola groziło pisarce nawet dwa tygodnie aresztu (sprawę załatwiono w końcu polubownie wypłacając powodowi pięć rubli). W grudniu 1900 roku ktoś podpalił zabudowania jednego z folwarków (spaliła się stodoła, młócarnia i obora z pięćdziesięcioma sztukami bydła). Trzeba zaznaczyć, że dwór w Hruszowie promieniował na okolicę ogólnym szerzeniem kultury, a okoliczni chłopi znajdowali tutaj pomoc medyczną. W 1937 z okazji 50 lecia władania Hruszową (i 50 -lecia pracy literackiej) hruszowscy chłopi podarowali jednak Rodziewiczównie album z dedykacją: Sprawiedliwej Pani i Matce za 50 lat wspólnej pracy, kupili dzwony do jej kaplicy i za darmo zwieźli cegłę na budowany przez Rodziewiczówną w Antopolu katolicki kościół.

Czas do I wojny światowej pisarka spędzała zasadniczo w Hruszowej w towarzystwie dwóch dalekich kuzynek, a zarazem przyjaciółek i opiekunek: Jadwigi Skirmunttówny bądź Heleny Weychertówny. Jedynie zimą wyjeżdżała na 2-3 miesiące do Warszawy. Odbyła też kilka podróży zagranicznych: do Rzymu (za 500 rubli uzyskanych jako nagrodę za Dewajtisa), 2-3 razy do południowej Francji (Riwiera), przynajmniej raz do Monachium, do Szwecji i Norwegii.
Od 1905 rozpoczęła aktywną działalność społeczną (napięcia społeczne, obraz robotniczej nędzy wywarł na niej ogromne wrażenie) . W 1906 założyła tajne stowarzyszenie kobiece Unia. Przyczyniła się też do założenia w Warszawie sklepu spożywczego i sklepu zajmującego się sprzedażą wyrobów ludowych, a także świetlicy na terenie powiatu kobryńskiego.

Wybuch I wojny zastał Rodziewiczównę w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej. W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać. W latach 1919-1920 inicjowała szereg poczynań społecznych w okolicy Hruszowej: założenie kółka rolniczego, budowę łaźni parowej, odbudowę chederu w Antopolu. W okresie wojny polsko-bolszewickiej znalazła się w Warszawie, gdzie pełniła obowiązki sekretarki w Komitecie Głównym PCK oraz została mianowana komendantką Kobiecego Komitetu Ochotniczej Odsieczy Lwowa na miasto Warszawę. Po zakończeniu działań wojennych wróciła do Hruszowej.
W okresie międzywojennym próbowała nadal prowadzić działalność oświatową i społeczną (m.in. zorganizowała Dom Polski w Antopolu). Polityka rządowa na Kresach budziła jednak jej dezaprobatę. Utrzymanie polskości na tych ziemiach wiązała ona z wielką własnością ziemską i kościołem. Władze zażądały od niej tymczasem oddania części majątku, 150 ha, na potrzeby osadnictwa, do tego dochodziły jeszcze osobiste zatargi ze starostą z Kobrynia. Stała się protektorką i współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej.

Wybuch II wojny światowej zastał ją w Hruszowej. Została z niej wysiedlona w październiku 1939 (majątek przejął komitet miejscowej ludności). Na fałszywych papierach przekroczyła Bug i wraz z Skirmunttówną dostała się do obozu przejściowego w Łodzi, skąd uratowała je rodzina przyjaciół (Mazarakich). W 1940 wyjechała do Warszawy, gdzie spędziła ostatnie lata życia w bardzo ciężkich warunkach materialnych (wspomagana przez przyjaciół). Stykała się z konspiracją, zwłaszcza z Armią Krajową. W czasie powstania warszawskiego sędziwa już pisarka przechodziła bądź była przenoszona do kilku różnych domów, otaczana opieką przez przyjaciół, PCK i powstańców. Wyszła z Warszawy po kapitulacji, kilka tygodni spędziła w Milanówku, następnie udała się do Żelaznej, majątku Aleksandra Mazarakiego. Umieszczona w pobliskiej leśniczówce, Leonowie, umarła po przebyciu zapalenia płuc 6 listopada 1944. Została pochowana w Żelaznej. Zwłoki Marii Rodziewiczówny przeniesiono do Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach 11 listopada 1948.

Biografie:
- Jadwiga Skirmunttówna, Pani na Hruszowej: dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie.
- Jan Głuszenia, Maria Rodziewiczówna: Strażniczka kresowych stanic (Opowieść o Marii Rodziewiczównie,
[starsza wersja tej biografii to: Tak chciałam doczekać ... : Opowieść o Marii Rodziewiczównie]
- Ewa Tierling, W cieniu Dewajtisa - o twórczości Marii Rodziewiczównej
- Kazimierz Czachowski, Maria Rodziewiczówna na tle swoich powieści
- Anna Zahorska, Maria Rodziewiczówna i jej dzieła
- A. Martuszewska, Jak szumi Dewajtis? Studia o powieściach Marii Rodziewiczówny.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Pią 20 Mar, 2009 22:33, w całości zmieniany 6 razy  
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 17:52   

Wpierw coś o tomiku, z którego pochodzi zamieszczone niżej opowiadanie:

W roku 1895 ukazał się w Krakowie po raz pierwszy zbiór obrazków M. Rodziewiczówny "Z głuszy". Jego autorka zasłużyła sobie tym tomikiem na miano "wybitnej odtwórczyni krajobrazu poleskiego" (K. Czachowski). Twierdzono (M. Szyjkowski), iż nikt inny nie potrafi tak czuć i opisać życia poleskiego boru. "Wraz z Dygasińskim ma równe prawa do polskiego Kiplinga." Pisarka jest głęboko emocjonalnie zakorzeniona w krajobrazie kresowego Polesia. Pejzaż jest dla niej zbiornicą i nośnikiem żywej, wielowiekowej narodowej tradycji, ludowych wierzeń. Zrośnięta z przyrodą, oddaje w opisach jej mitologiczne, potwierdzone ludowymi opowieściami i bajaniami oblicze. Świat jej literackich bohaterów jest gęsto wypełniony amorficznymi, widmowymi tworami zbiorowej wyobraźni i silnie upodmiotowiony. To wynik myślenia, mitologizującego przestrzeń w celu jej uporządkowania i oswojenia, wynikającego z potrzeby kompensacji surowego życia, poprzez odnajdywanie sojuszników w naturze. Przyroda współistnieje z człowiekiem na zasadach partnerskich, a on w swojej nędzy może liczyć tylko na pomoc słońca, roślin i zwierząt (dzieci z opowiadania Zachód, Nazar i Ohapa).
Rodziewiczówna przedstawia krajobraz nasycony niedowcielonymi obecnościami i nierealnym życiem, w sposób przekraczający racjonalne o tym wyobrażenie. Powie: "My wszyscy (wieśniacy) rodzimy się idealistami; umieramy wierząc w nadprzyrodzone rzeczy."
W tym literackim pejzażu więcej jest dróg, rozdroży i bezdroży niż w każdym innym. Sporo tu olszyniaków i wody, które "ni ptasze, ni ludzkie, ni Boże!" Więcej tu miejsc nieokreślonych, nie zagospodarowanych i nie oswojonych przez człowieka. Jest w tej wolnej przestrzeni miejsce na niebezpieczeństwo i tajemnice. (...)
Na drogach, w otwierającej się przestrzeni dziać się mogą rzeczy niezwykłe. Można spotkać dusze umarłych i inne niewidzialne istoty. Rozstaje zawsze były miejscem pochówku osób, których nie można było pogrzebać na cmentarzu. (...)[..]

W polskim krajobrazie najbardziej widomym znakiem dróg rozstajnych, nawet gdy ich samych już nie ma, są kapliczki, czy "Boże Męki". One strzegły wejścia do wsi. Kapliczka była więc ostatnim przyczółkiem swojskości.[..]
Wędrowców czekała droga niebezpieczna i pełna prób, ale przynieść miała oczyszczenie.[..]
Kapliczka i krzyż to także ulubiony element poleskiego krajobrazu w opowiadaniach Rodziewiczówny. Dołącza do nich miejsce cmentarne, znakowo zabezpieczone przed zagrożeniami, jakie otwiera granica śmierci. Stara kapliczka stoi na piaskach (Piaski, Rozdroże), w jej pobliżu rośnie sosna, stary dąb. To drzewa symboliczne, (jedno to trwanie, drugie - materiał na trumny), przypominają o przemijaniu i o śmierci. Olszyna i brzoza (krzyże) to drzewa podmokłych łąk, bagiennych przestrzeni. (...)
Szczególnie symboliczne i antropologiczne nacechowania mają drogi rozstajne i rogatkowe, wielokierunkowe. Wskazują różne strony, wyobrażając dramatyczność sytuacji tego, kto popadł w stan kryzysu. "Odczucie niesamowitości rozdroży poświadczone jest w wielu kulturach na całym świecie". (...)
M. Rodziewiczówna także wpisuje swoje utwory w przestrzeń geograficzną oznakowaną takimi antropologicznymi odniesieniami. Jej krajobrazy, nabierają dzięki temu somatycznych kształtów, ożywione ludowymi podaniami, baśniami o ludzkich wyborach i losach. Scenerią wielu opowiadań są kresowe drogi i bezdroża, nasycone niesamowitością.
Otwarta przestrzeń Polesia prowokowała do snucia wątków fantastycznych, potwierdzonych ludowym obyczajem, o wyraźnie metafizycznych horyzontach. Z kolei przeniesienie akcji opowiadania w rejony przestrzeni zamkniętej opłotkami wsi, strzeżonej przez straże i psy, zagospodarowanej, zmienia charakter literackiej wędrówki. Jest ona łatwiejsza, bo oznakowana drogowskazami, wskazującymi kierunek marszu i szlak ludzkiego żywota. To cel i centrum, do którego prowadzą wszystkie drogi.
W bezpiecznej bliskości domowego ogniska nabierają mocy inne prawdy, podane w innej formie. W sytuacji "ludowego bajania" powstają legendy, dydaktyczne przypowieści.
Kresy to rezerwuar energii duchowej Polaków, tu "znajdują się korzenie naszych dzisiejszych i jutrzejszych zachowań, naszych normalności i naszych patologii," (...) "to gigantyczny silos, magazyn pamięci, tematów, bodźców, konfliktów, które zapewniają naszej literaturze dostatnią i długowieczną żywotność". (...) "Można na nie peregrynować jak do Jerozolimy, wyjechać nagle, w środku nocy, w dzień, z każdego dworca, we śnie - i jechać bez tchu. Takie Kresy żyją wciąż w twórczości Marii Rodziewiczówny.


Żródło:
Dr Anna Kalinowska,Uniwersytet im. Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie
Wędrówka baśniowymi szlakami "prawd żywych" - w krótkich formach prozatorskich
Marii Rodziewiczówny

------------------------------------------------------------------------------------



OPOWIADANIE MARII RODZIEWICZÓWNY


ROZDROŻE

I.
Wyminiesz groble grząskie, wyminiesz wydmy bezdenne, wyminiesz lasy korzeniste, a rozdroża tego nie wyminiesz, skoro ci w strony te dalekie droga wypadnie. Z zachodu czy ze wschodu, na północ czy południe objedziesz, a przecie w końcu wbiegnie ci tor na wzgórek i owo rozdroże ujrzysz przed sobą — i westchniesz. Jak nie wyminiesz doli i niedoli, jak śmierci nie obejdziesz, tak i rozstaju tego.
Krzyż na ziemi czynią drogi — główne ramię szerokie — to trakt pocztowy, boczne ramiona węższe — to jedno w bór wiedzie, drugie do wsi dalekiej.
Krzyż nad ziemią stoi — na piaszczystym wzgórku, i stoją dwa dęby rosochate — na których ten krzyż stary się oparł, bo długie lata pamięta.
Była jesień późna, kiedy to rozdroże pierwszy raz ujrzał Jasiek Czarny.
Jechał Jasiek w strony owe za chlebem, za dolą, za przyszłością.
Z boru się wydostał i w dal oczy ciekawe posłał, i tak go coś nagle za piersi chwyciło — niby strach, niby zgroza.
Leżał ten kraj przed nim — płaski — nagi, jak het wzrokiem dolecieć.
Nad grzęzawicami mgła zimna się słała, po szuwarach plątały się pajęczyny, chłód szedł z ziemi i wicher gwizdał, na niebie zbałwanione stały chmury śniegu. Bielała tylko zaspa piasku, na której ów krzyż stał i dęby.
Stanął sam z siebie konik Jaśkowy zhasany, spojrzał Jasiek ku górze, westchnął, czapki uchylił i tak zapatrzony pozostał.

II.
Na dębach liście zeschły, lecz nie opadły i szeleściły złowrogo — na ramieniu krzyża wrona siedziała i spoglądając na człeka, krakała:
— Czegoś tu? Czegoś tu?
A pod dębami kobieta samotna, w łachmanach, zbierała żołędzie.
Wicher się naigrawał z jej szmat, szarpał je — i do kości chłodem przejmował.
Zawołał Jasiek kobiety, ale zamiast podejść, uciekła — więc on do krzyża się zbliżył.
Wtedy i kobieta się zbliżyła.
— Daleko do dworu? — spytał Jasiek.
— Het daleko! — odparła ponuro. Ruszył dalej Jasiek — raz jeszcze na to rozdroże się obejrzał i westchnął:
— Pusty kraj, jako moje życie! I pojechał śmiało — boć młody był — ni w nieszczęście nie wierzył, ni w śmierć — daleką.
A przecie nie wyminie nikt swej doli, jako i rozdroża owego.
Zabiegło ono znowu raz przed Jaśkowe oczy i znowu konik sam z siebie stanął.
Ale wtedy kwitły i szuwary i trawy, maiły się dęby rosochate — na wzgórku plasterków gromadka grała na ligawkach i stoki wydmy pokryły macierzanki i powoje pachnące. W konarach dębowych roiło się od ptasząt śpiewających. Przekręcił Jasiek czapkę z fantazją i zaciął konika.
Powietrze błękitne i ciepłe w pusty kraj niosło jego piosenkę.

III
Nie wyminął ci on owego rozdroża i w pewną noc czarną, kiedy raz ostatni tamtędy wypadła mu droga.
Ile mu sądzone było, tyle drogi ubiegł, tyle dni przepracował, tyle nocy cichych przespał.
Sądzenie swoje z sobą nosił, a potem go ono nosiło, gdy już wszelką moc stracił.
Wyliczone człowiekowi lata wieku, wyliczone siły, wyliczona droga. Ale on sam lata przeznacza, on sam siły kieruje, on sam drogę wybiera, i tam gdzie go kres zastanie, on zostać musi, jako liść co opada, czas swój odbywszy.
Nie zawrócił Jasiek z drogi, gdy go zgroza i strach za piersi chwyciły, nie zawrócił, gdy śpiewał.
W ową noc cichą kresu dobiegł.
Nie wyminął rozdroża, tylko na nim pozostał już na wieki.
Teraz gdy jesień zasuszy liście dębowe i odkryje konary, widać na jednym długie pasmo konopne, wystrzępione i przebutwiałe, jak owe sznury po dzwonnicach cmentarnych, które często niewidzialne dłonie targają niesfornie.
Wicher to pasmo porusza monotonnie, ale żaden się dzwon nie odzywa.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
RaczejRozwazna


Dołączył: 17 Paź 2007
Posty: 2002
Skąd: zza drzewa
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 20:23   

No wreszcie wątek o Rodziewiczównej - zwanej przecie polską Jane Austen - sama nosiłam się z założeniem takiego wątku.

Moją ulubioną powieścią R., z wielu które przeczytałam, pozostaje Dewajtis, cenię także bardzo Lato Leśnych Ludzi.
Jeden z moich profesorów poznał pisarkę osobiście, zawsze mówi o niej z wielką estymą. Miała taką chatkę w lesie i urządzano tam coś w rodzaju "obiadów czwartkowych"
_________________
...najbardziej poruszające są opowieści nieopowiedziane /J.R.R. Tolkien/
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 20:28   

O tej chatce w lesie sporo było w jej biografiach. Nawet zamieszczone były zdjęcia tej chatki i opisywano jej wyposażenie.
a kiedy on ją poznał?
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
RaczejRozwazna


Dołączył: 17 Paź 2007
Posty: 2002
Skąd: zza drzewa
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 20:50   

Gdzieś niedługo przed jej śmiercią, ale nie wiem dokładnie kiedy. W każdym razie opowiadał o tym jak to "siedzieli razem przy dębowym stole w chacie w lesie" :-)
_________________
...najbardziej poruszające są opowieści nieopowiedziane /J.R.R. Tolkien/
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 21:08   

Wśród starszego pokolenia pisarka cieszy się dużym szacunkiem, niestety młodsze roczniki jej właściwie nie znają.
Pisałam swego czasu o kilku powieściach Rodziewiczówny: "Magnat", "Jerychonka", "Straszny dziadunio" i ""Dewajtis":
Można zajrzeć tu
Tą ostatnią powieść czyli "Dewajtis" bardzo wysoko cenię, ale do lektury pozostałych również zachęcam. Polecam "Jerychonkę".
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Pią 20 Mar, 2009 20:38, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ulka 



Dołączyła: 20 Paź 2006
Posty: 693
Skąd: Łódź
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 21:17   

Mnie kiedyś tam urzekły "Czahary". mam zamiar zrobić sobie powtórkę i sprawdzić, co powiem dziś na ich temat :)
_________________
"...aż dotąd
i dalej niż dotąd."
 
 
RaczejRozwazna


Dołączył: 17 Paź 2007
Posty: 2002
Skąd: zza drzewa
Wysłany: Czw 19 Mar, 2009 21:51   

W sumie "Czahary" to u mnie zaraz po "Dewajtisie". Lubię też "Między ustami a brzegiem pucharu", chociaż to trochę niedopracowane.

natomiast nie znoszę "Strasznego dziadunia" - moim zdanie bohater tytułowy miał trochę "nierówno pod sufitem"; to porwanie Broni... :-|
_________________
...najbardziej poruszające są opowieści nieopowiedziane /J.R.R. Tolkien/
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 11:07   

a ja pamietam jakas rozbudowana dyskusje o Rodziewiczownej. Tez jakies fragmenty Gosialek zamieszczal...
 
 
Sofijufka 
ja chcę miec spokój...



Dołączyła: 18 Lis 2007
Posty: 3440
Skąd: Pustelnia żelazna
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 11:11   

RaczejRozwazna napisał/a:
W sumie "Czahary" to u mnie zaraz po "Dewajtisie". Lubię też "Między ustami a brzegiem pucharu", chociaż to trochę niedopracowane.

natomiast nie znoszę "Strasznego dziadunia" - moim zdanie bohater tytułowy miał trochę "nierówno pod sufitem"; to porwanie Broni... :-|

no i właściwie przez niego Żabba umarł...
_________________
Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp -
bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież
elegancją.
 
 
RaczejRozwazna


Dołączył: 17 Paź 2007
Posty: 2002
Skąd: zza drzewa
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 12:54   

No właśnie
_________________
...najbardziej poruszające są opowieści nieopowiedziane /J.R.R. Tolkien/
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 16:46   

Aine, może pamiętasz ten temat:
http://forum.northandsout...topic.php?t=867
Ale tam o Rodziewiczównie było mało, skupiłyśmy się na Mniszkównie (bo zresztą jej wątek był poświęcony), poczytując i komentując fragmenty jej utworów. Zresztą bardzo zabawny to topic, jak go niedawno przeczytałam ponownie, a zdecydowanie prym wodziła w zabawie nad tekstem Mniszkówny Alison :rotfl:
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 16:53   

Juz sama nie wiem - po tym wateczku, to sama przeczytalam Tredowata, ale pamietam jakies przerzucane biogramy, artykuły...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 17:08   

W 1914 r. ukazał się zbiór opowiadań Marii Rodziewiczówny p.t. "Czarny chleb".
Wśród nich było opowiadanie "W noc grudniową".



W NOC GRUDNIOWĄ

- Są konie z Gajowa?
- Ondzie!
Parobczak w dziurawym kożuszku, siny od mrozu a uśmiechnięty przyjaźnie, stanął przed pytającą, wskazując ręką na siebie, a potem na sanie kilimkiem przykryte, zaprzężone parą tłustych mierzynów.
- A druga panuńcia ? - zaraz spytał. - Pan kazał dwie panienki zabrać z kolei.
- Dwie też powieziesz, mój kochany. I tłumok jest.
Chłopak na wszystko się uśmiechał. Zajechał pod ganek stacji, ułożył pakunek, otulił starannie nogi panienek, wgramolił się na kozieł, parę razy zgrabiałe dłonie zabił, zgarnął lejce, cmoknął na konie i ruszył z kopyta.
Wylecieli w pole równe, płaskie, pokryte marną sośniną, brzózkami i jałowcem. Jak okiem zajrzeć, nie było śladu ludzkiej siedziby.
Mróz był siarczysty, z wiatrem przejmującym do kości. Nosy panienek, które ledwo widoczne były spod kapturów i chustek, poczerwieniały jak najdojrzalsze pomidory. Tuliły się jedna do drugiej, odwracały się, jak mogły, od wiatru. Przed nimi krwawo zachodziło zimowe słońce, tonąc powoli w mglistym tumanie śniegu.
- Czy dojedziemy przed nocą? - ozwała się jedna, spoglądając na chłopaka, stojącego na przedzie.
Głowa jego, ledwie okryta czapką, miała od słońca złote kontury. Uszy, kark, szyja, ręce, niczym nieosłonięte, urągały mrozowi. Obejrzał się ze zwykłym dobrodusznym uśmiechem. Brwi jego, rzęsy, końce włosów były białe od szronu.
- Dojedziem! - odparł. - Pan kazał duchem gnać, żeby na wieczerzę doma być.
- Trzy mile drogi mamy?
- A trzy, gadają ludzie. Do miasteczka wiorstów dziesięć, a z miasteczka godzina jazdy. Panuńcie zmarzną, to się u Mendela w karczmie ogrzeją.
- A tobie nie zimno?
- Nie! - odparł ze śmiechem.
- W Gajowie służysz?
- Ale! Fornalem, już dziewięć miesiąców.
- A jakże się nazywasz?
- Daniłko po chrzcie, Huc po ojcach.
Konie biegły raźno. Szron je obielił po same uszy. Parobczak gwizdał na nie, napędzał, chwalił lub ganił.
- I tobie spieszno na wieczerzę - zauważyła starsza panienka.
- Ta pewnie, że spieszno - odparł. - Cały post odjem od razu. Już ja wąchał w czeladnej, co tam za smaczności będą.
- Cóż będzie? - zapytały panienki, zarażone jego wesołością.
- Będzie juszka z grzybami i kluski z makiem, i słodkie gruszki gotowane. A każdy dostanie całego śledzia i wódki półkwaterek. Pani kazała stół obrusem zasłać jak w pałacu, a siana tom na dobrą pościel przyniósł, żeby potem każdy koń po kłapciu dostał. Słysz, gniada, i ty gryźć będziesz święte siano, to rwij z kopyta!
Gniada parsknęła, aż ją jakby dymem owiało, a chłopak dalej prawił:
- Potem z kolędą do pałacu przyjdziemy, do panów. Bez zawodu... będzie drugi półkwaterek. A potem na wieś skoczym pohulać!
Śmiał się jak dziecko. Białe jego zęby spośród posiniałych warg, oczy spod rzęs migały radośnie, a mróz tymczasem malował się na jego twarzy białymi plamami, szczypał jak gad za uszy, dobierał się przez złą odzież do piersi i pleców.
Panienki umilkły. Nosy nawet pochowały, zgarbiły się, znieruchomiały. Zimno przejmowało je do kości, wicher, pomimo futerek, smalił jak ogniem. Nie widziały już ani drogi, ani okolicy; przymknęły zmęczone oczy, trzęsły się chwilami. Zdały swe losy na Daniłka i Opatrzność. Zdawało im się, że jadą strasznie długo, ale bały się wyjrzeć na świat i zgoła nie wiedziały, co się dzieje.
Raptem sanki stanęły.
- Co tam? - spytały wyzierając.
Przestraszyły się. Wicher już nie górą szedł, ale nisko jak ostrze kosarza i rwał mroźny śnieg, i niósł go, i kręcił, i siał. Zrobiło się tak ciemno, że tylko kontur stojącego Daniłka widniał, biały jak bałwan śniegowy. Gdzieś z boku mgliste świeciło światełko.
- Może panuńcie do Mendela wstąpią i pogrzeją się trochę? - zaproponował uprzejmie.
- To jeszcze nie Gajów?
- Gdzież! Jeszcze godzina drogi.
- Jezus, Maria! A jakże to jechać, kiedy nic nie widać? Zostańmy tutaj do rana. Zginiemy w drodze, zbłądzimy, wilki nas opadną.
- Uchowaj Boże! Toć ja tę drogę znam jak ścieżkę do swojej chaty! - zaprostestował parobczak. - Ja panienki jak w biały dzień powiozę. Dalibóg, trafię! Krzynę się proszę nagrzać i dalej. Niedaleczko do domu, a tam z wieczerzą czekają.
- Kiedy my się boimy. Taka zadymka! Straszno !
Ale chłopcu zapachniały widocznie te specjały, których tak bardzo mu się chciało zakosztować, bo się im aż do rąk pochylił.
- Jak Boga kocham, nie straszno - uspokajał. - Toć do Gajowa całkiem blisko. Sośniaczek, grobelka i, ot, zaraz pańskie łąki, i olszynka. Żebym ślepy był, to bym nie zmylił. Toć ja tą drogą i po pocztę, i po mięso, i po doktora do miasteczka jeżdżę mało nie co dzień! Niech ta się panuńcie nie boją. A toż dziś taka wieczerza, a my mamy jak niechrysty w karczmie siedzieć? Grzech nawet i obraza boska, a przed ludźmi wstyd!
- Daniłko, tobie bardziej kluski i śledź w głowie niż nasze i twoje własne życie! - zawołała jedna z panienek.
- A jak nas wilki opadną? - wtrąciła druga.
- Licha ich mać! Cyganów oni napastują i krawców żydowskich. Nie słyszno, by kogo innego.
- No to jedźmy zresztą! - zdecydowała się starsza.
Ogrzali się chwilę w karczmie i ruszyli, jak się zdawało, bez drogi i śladu. Zadymka szalała coraz zapalczywiej.
Minęli miasteczko i zapowiedziany sośniaczek. Widząc pewność woźnicy, panienki się uspokoiły. Wjechali na długą a wąską groblę, usypaną wśród grząskich zarośli łozy, olszyny i niebotycznych badylów nigdy nie koszonej trawy. Wicher wściekły uderzał o nie, zarzucał śniegiem, gwizdał w obnażonych łodygach. W chaszczu tym dzikim zdało się jednej z panienek, że coś świeci jak robaczki świętojańskie w letnie noce. Mignęło tu, tam i zgasło.
Wtem nagle konie rzuciły się raptownie w bok. Obejrzeli się wszyscy. Z gęstwiny wysunęła się szara masa i stanęła opodal grobli na lodzie.
- Wilk! - krzyknęły panny dzikim głosem.
Daniłko milczał, trzymając mocno chrapiące konie. Z gąszczów wysunęła się druga szara plama, potem trzecia i czwarta. Skupiły się, zaskomlały jak psy i truchtem poczęły biec śladem sanek - niedaleko.
- W imię Ojca i Syna! - przeżegnał się półgłosem Daniło.
- Uciekajmy! - krzyczały panny, prostując się pomimo mrozu, zrzucając z głowy okrycia, oglądając się za siebie.
Wilki się rozdzieliły. Dwa szły jedną stroną drogi, dwa drugą - zrównały się już z sankami. Konie pędziły jak wiatr, wilki dotrzymywały kroku, co jakiś czas nawołując się przeciągłym, złowieszczym skowytem.
Daniłko wiedział, że wilcze nogi wiatr dogonią, wiedział, że do Gajowa jeszcze mila. Konie prawie niosły, a bestie nie zostawały w tyle, owszem, dobiegały sanek. Jeszcze trochę, a gniadej i siwemu do piersi skoczą, a wtedy... będzie koniec.
- Panuńciu! - z cicha, głucho zwrócił się do starszej panienki.
- Co? - spytała prawie nieprzytomnie.
- Weźcie lejce!
- Co takiego?
- Weźcie lejce. Konie drogę znają, pod ganek was prosto zawiozą. Nie trzeba kierować.
- A ty czemu trzymać nie możesz?
- Ja pójdę na wilki. Zostanę się, to i one się od was odczepią. Dalibóg!
- Co ty gadasz! Co ty robisz?
Porwała go za kożuch, bo już jedną nogą był na ziemi, zsuwając się z sanek.
- Tak po sprawiedliwości - odparł. - Namówił ja was na tę drogę, biedę sprowadził, toć sam naprawić muszę! Weźcie lejce!
Oprzytomniały obie i, nie dbając już o bestie, porwały go i trzymały z sił całych.
- Zwariowałeś! Nie ruszaj się!... O Boże! Dzwonić trzeba!
- Nie ma dzwonka! - odparł szamocząc się.
- Światło zapalić!
- Siarczyków nie wziąłem! Taki ja winien, winien! Dalibóg, pójdę!
- Nie pójdziesz! Krzycz, hukaj, może się zlękną. To mu się podobało.
- Aha, ahu! Ahe, ahuuu! - wrzasnął z całych płuc.
- Aha, ahu! - zawtórowały drżące, słabe głosy.
Wilki dobiegały koni - stanęły raptem, odskoczyły w bok. Wówczas biedni podróżni zaczęli wyć, skomleć, wrzeszczeć z całych sił, ze zgrozy, ze strachu. Potem ochrypli, wyczerpani, zawodzili niesfornie, fałszywie, strasznie.
Konie rozhukane niosły, stuliwszy uszy, chrapiąc i wierzgając.
Wilki szły za nimi, ale wolniej, dalej - po łąkach - błyskały zielonawe ich ślepie.
- Boże, ratuj nas! - jęczały panienki.
- Śpiewać, panuńcie, śpiewać! Złe mocy! - zdyszany, rozgorączkowany krzyknął Daniło. I chrypiąc, zacinając się, fałszując, jął ryczeć prędzej niż śpiewać wyuczoną niegdyś od dziadźka kantyczkę:
A wczora z wieczora, a wczora z wieczora,
Z niebieskiego dwora, z niebieskiego dwora
Przyszła nam nowina...

Wpadli z grobli na pola, na łąki, między olszynkę. Szalony pęd rzucali sankami. Śnieg spod kopyt bil jak śrutem, Chłopak nad końmi pochylony, nieprzytomny, bez czapki, śpiewał resztkami głosu, kobiety, leżąc na spodzie sanek i trzymając się ich konwulsyjnie, pomagały mu, jak mogły. Aż wreszcie Danilko zachrapał tylko i, czując się, oniemiały, obejrzał się desperacko w stronę strasznego pościgu. Ale za sankami były już tylko białe, gęste tumany, bezbrzeżna pustka i noc. Ni szarych plam, ni zielonawych skier - nic...
I raptem zmieniona twarz Daniłka zadrgała, skurczyła się i zza zsiniałych warg zabielały zęby.
- A bacz! - wyszeptał bez dźwięku. - Ja taki mówił, że oni Cyganów i krawców biorą! Ot, jak posłyszeli, co my chrześcijanie, wzięli i poszli. Licha ich mać !...
Po chwili dodał:
- A ot i doma jesteśmy. W imię Ojca i Syna!... Wio, gniada, dostaniesz świętego siana. Uhl Jak tu zaraz na dziedzińcu olej pachnie i pierogi.., Ja taki mówił, co drogi nie zmylę, tylko co panuńcie krzynę się zlękły...
Przez całą wieczerzę i pół wieczora opowiadały panienki wujostwu swą przygodę.
Gdy przed sienią ozwał się dzwonek i skrzypki kolędników, wszyscy wylegli ich słuchać i zobaczyć Daniłka bohatera. Stał na samym froncie. Nie miał nawet czasu się okrzątnąć. Miał na sobie ten sarn potargany kożuszek, na nogach postoły słotną wypchane, na twarzy ten sam dziecinny, dobroduszny uśmiech. Znać było tylko po nim, że misa klusek, druga zupy grzybowej, trzecia gruszek, czwarta pęcaku, cały śledź, pieróg i półkwaterek odrestaurowały go po poście i strachu. Świeciły mu się oczka małe, błyszczała twarz czerwona, nabrzmiała od mrozu. Na widok państwa pokłonił się nisko, obejrzał się po towarzyszkach i zaintonował:
A wczora, z wieczora,
Z niebieskiego dwora
Przyszła nam nowina...

Odśpiewali, kolejno przystępowali do poczęstunku.
- Daniłku - zawołała młodsza panienka wesoło - inaczej śpiewaliśmy na saniach.
- Inaczej, panuńciu ? - zapytał. Ano, gorzej szło!
- Kto by ta wilkom szelmom lepiej się starał ! - odparł zuchowato.
- Ale co tej kolędy to chyba nigdy nie zapomnisz?
- I wilki się nauczyły, panuńciu!
Półkwaterek do rąk wziął, panu się do kolan pokłonił:
- Daj, Boże, doczekać w szczęściu, zdrowiu, Nowego Roku, a po Nowym Roku Trzech Króli, a po Trzech Królach daj, Boże, panu w szczęściu, nam w zdrowiu, za rok kolędy się doczekać!
Wypił, kieliszek odstawił i wszystkim ręce ucałowawszy, na towarzyszów skinął i na podwórze się cofnął.
W mróz, w śnieżycę, ku wsi kolęda biegła:
Rodzi jedynego,
Boga prawdziwego,
Za wyrokiem boskim
W Betleem żydowskim!

Aby do końca utrzymać się w prawdzie, musimy wyznać, że Daniłko bohater był pijany tej nocy jak każdy pospolity śmiertelnik.




Wykorzystano obrazy Kossaka i Chełmońskiego.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Hortensja 



Dołączyła: 15 Lut 2009
Posty: 569
Skąd: Lutecja
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 20:00   

Och, same niespodzianki dzisiaj na forum, miłe :-) Wchodzę sobie po długim czasie na forum, a tu konkurs o Jeżycjadzie jeszcze nie miał miejsca, wątek o mojej ukochanej Rodziewiczównie...Dzięki Ci Gosiu :serce: Bo ja tę autorkę bardzo lubię i cenię i też mi smutno, że tak trochę z pobłażaniem się ją traktuje,jeśli w ogóle się o niej wspomina.

Zaraz sobie poczytam zamieszczone tu teksty :-)
_________________
Gdy uczucie zakorzenia się w decyzji woli, potrafi przetrwać życiowe burze
 
 
Trzykrotka 



Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 13052
Skąd: Kraków

Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 20:22   

Gosiu :kwiatek: dzięki za włożoną pracę i za założenie wątku. Kiedyś zaczytywałam się Rodziewiczówną. Lato leśnych ludzi uwielbiam do dziś
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 20:52   

Czyżby temat cieszył się zainteresowaniem? Bardzo mi miło :D

Zastanawiając się nad fenomenem popularności utworów Marii Rodziewiczówny można z przekonaniem stwierdzić, że jej przyczyny tkwią przede wszystkim w podejmowanej problematyce Kresów, odwoływaniu się do konkretnej tradycji literacko - filozoficznej oraz w fakcie przynależności pisarki do kręgu kultury Wschodniego Pogranicza. To, co ocala twórczość autorki Gniazda Białozora od zapomnienia, to nie tylko popularne wśród czytelników wątki romansowe i baśniowe, ale przede wszystkim kresowość oraz bliska Polakom, a konstruowana w jej powieściach idea patriotyzmu - Przedmurza i legenda Kresów - "małej ojczyzny", "ojczyzny ojczyzn", krainy "Wiecznej Metafory". Jej twórczość potwierdziła tezę, że w przestrzeni zagrożenia bytu narodowego, przestrzeni sporu, zadaniem literatury jest budowanie wartości uniwersalnych.
Rzeczywistość kresowa przybrała u Rodziewiczówny postać mitu. Punktem wyjścia w tworzeniu mitów było dla pisarki własne doświadczenie biograficzne, zaś ich celem wykreowanie uniwersalnego .modelu Kresów, szczęśliwego geniuszu przestrzeni i czasu dla człowieka.

Czas literatury kresowej ma niewiele wspólnego z czasem cywilizacji europejskiej. "Jest powolny, ale to nie znaczy nieruchomy, bardziej przypomina wodę stojącą w stawie niż rzekę, ale jest to ruch, ruch inny - bliższy naturze, biologiczny, zatem mało wyróżniający się na tle przyrody, podobny do wiecznego trwania: "Ruch taki cykliczny, nie powoduje zmiany, lecz paradoksalnie zwiększa trwałość i stabilność [...] Przeszłość choćby bardzo odległa, jest stale obecna [...] Jakim czasem żyją wsie i zaścianki na Żmudzi w Dewajtis i na Polesiu w Czaharach Rodziewiczówny?"
W prozie autorki Dewajtisa mamy do czynienia z absolutyzowaniem pojęcia osi czasu, zabiegami ukazującymi jego wieloaspektowość i komplikacje na linii czasowo-fabularnej, imitującymi jego wielowymiarowość, co wpływa także na konstrukcję przestrzeni oraz kreacje bohaterów żyjących na Kresach. Istnieć to znaczy stawać się i zmieniać, tworzyć siebie w teraźniejszości, towarzyszyć rzeczom układającym się w rodzaj czasoprzestrzeni, to być własną przeszłością i wspomnieniem2. Rozwój osobowości bohaterów odbywa się "w czasie ludzkim", który mija i ucieka. W powieściach tych możemy więc wyróżnić czas obiektywny i subiektywny. Czas i przestrzeń w powieściach Rodziewiczówny tworzą świat skierowany ku odrodzeniu, reintegracji. Kategorie przyszłości poprzez trwanie przez całe życie na Kresach i przeszłości zakodowanej w przestrzeni oraz pamięci bohaterów modelują podstawowe, elementarne wymiary obu chronotopów: reguły orientacji czasu obowiązujące mieszkańców pogranicza oraz ich materialną, przedmiotową zawartość. W zamkniętym, wyeksponowanym mikroobszarze krajobrazów Polesia oraz Żmudzi i Grodzieńszczyzny, ale także terenów na granicy smoleńskiej guberni obowiązuje zasada zewnętrznej orientacji chronotopologicznej: postaci literackie określają swe położenie na osi czasu: teraźniejszość - przeszłość. W ten sposób interpretują narzucone im w toku opowieści role trwania w przestrzeni sacrum, w Krainie Kresów.[...]


Źródło:
Dr Janina Szcześniak, Uniwersytet im. Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie
Magia czasu "tutejszego" w kresowych powieściach Marii Rodziewiczówny
całość:
http://nasz-czas1.tripod.com/009/szczes.html
----------------------------------------------------------------------

Dodam jeszcze, że jest taka książka:
Barbara Charewicz-Wiśnicka i inni, Polesie widziane oczami Marii Rodziewiczówny i jej współziomków...
Von Borowiecky, 2005

Rys historyczny. Kilkaset kolorowych zdjęć pozwalających poznać piękno Polesia, podążyć ścieżkami pośród bagien i rozlewisk. Poszukać śladów Marii Rodziewiczówny, minionych pokoleń, może bliskich...
Głównym celem wydania albumu dokumentującego wystawę fotograficzną o Polesiu jest uzupełnienie wiedzy o tej krainie, jej związkach z Polską i patriotyzmie Polaków tam zamieszkałych. Liczne pamiątki zabytków kultury polskiej, kościoły, cmentarze, świadczą o korzeniach Polesia.

Tej książki jeszcze nie oglądałam..
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 21:41   

Gosialku powiem Ci (wcale nie w sekrecie), ze szalenie milo sie czyta ten Twoj temacik :D
 
 
Caitriona 
Wyczekując zimy



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11865
Skąd: Warszawa
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:05   

Gosia napisał/a:
Aby do końca utrzymać się w prawdzie, musimy wyznać, że Daniłko bohater był pijany tej nocy jak każdy pospolity śmiertelnik.
:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
Dzięki Gosia!
_________________
And clouds full of fear
And storms full of sorrow
That won't disappear
Just typhoons and monsoons
This impossible year

 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 42574
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:09   

Czytałam tylko jedną powieśc Rodziewiczówny i teraz już chyba za późno, żeby to zmieniać...Trochę szkoda.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:14   

Na zmiany nigdy nie jest za późno ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:20   

Admete - ja jestem pewna, ze Macierz, czy Dewajtis powinny Ci sie spodobac.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:29   

Kolejny artykuł, a raczej jego fragmenty:

"W latach zwątpienia, ociężałości duchowej, niewiary w jaśniejszą przyszłość narodu polskiego, zaczęła tworzyć autorka, która mówiła słowa niezłomnego hartu, nadziei, wiary... Była to Maria Rodziewiczówna. Wśród rozbicia, na zgliszczach i ruinach dała wskazania bardziej niezawodne od najmądrzej wykutych programów politycznych, od najlepiej obliczonych posunięć dyplomacji, od najuczeńszych uzasadnień socjologicznych - hasło proste i mocne, jak komenda: pracować i trwać".
Jej dwór w Hruszowie był ośrodkiem kultury polskiej - nie tylko dla ziemian okolicznych, lecz i dla ludu wiejskiego, dla Poleszuków. Hasło pracy i wytrwania na roli jako nakaz narodowy tym bardziej przekonywająco przemawia z jej dzieł, że zostało poparte czynem całego życia.
Z podziwem nazywano ją "niewiastą kresową z forteczki na "Dzikich Polach". Sama pisarka mówiła o sobie: "Nie stworzonam na bóstwo, ale na pomocnicę ludzi".
Główne tematy jej twórczości dotyczyły trudów dnia codziennego, odbudowy duchowej jednostki ludzkiej. Wg J. Ratajczaka, badacza powieści M. Rodziewiczówny, cała jej twórczość jest "heroizacją szarzyzny życiowej, podbijaniem codzienności do rzędu legendy i mitu".[..]
Zbiór "obrazków" "Z głuszy" został wydrukowany po raz pierwszy w Krakowie w r. 1895. Wybór tematów, wątki fabularne, dobór nadzwyczajnych postaci, prezentacja niezwykłego kolorytu poleskiego, oryginalny sposób narracji wszystko to pozwala zaliczyć te utwory do arcydzieł małego gatunku epickiego nie tylko polskiej, lecz również europejskiej literatury przełomu XIX-XX st.
Niestety ta właśnie część dorobku literackiego M. Rodziewiczówny jest mało znana, nie tłumaczona i prawie zawsze pomijana w badaniach literaturoznawczych jak w Polsce, tak i poza jej granicami. Jest to zaskakujące, lecz M. Rodziewiczówna pozostała prawie całkowicie poza kręgiem zainteresowań badaczy literatury, chociaż jest lubiana i popularna wśród czytelników. W swoim czasie docenił jej twórczość mistrz literatury polskiej Henryk Sienkiewicz, który z wyrazami wielkiego szacunku zwracał się do niej: "Twój wielki talent wiodła nie tylko wyobraźnia, ale i sumienie, więc był jako dzwon, którego głos brzmiał dlatego donośnie i czysto, że biło w nim hartowane i uczuciowe serce Polki".Nie była ta wypowiedź komplementem dżentelmena wobec pisarki-kobiety. Wiadomo, że Sienkiewicz jako krytyk literacki potrafił być w swoim czasie ostrym i bezwzględnym wobec Gabrieli Zapolskiej. Więc była to szczera ocena twórczości pisarki z Kresów wschodnich.[..]
Na szczęście za naszych czasów znaleziono na tę zaściankowość inny termin: regionalizm. To, co kiedyś poczytywane było za wadę, teraz staje się zasługą. Literatura regionalna pielęgnuje bowiem folklor i odrębności dzielnicowe kraju, co wzbogaca kulturę narodową.
Cykl "Z głuszy" z całą pewnością można nazwać krótką encyklopedią Polesia przełomu XIX-XX st., a narratora większości jej utworów z tego cyklu przewodnikiem po tej "krainie czarów", "strażnikiem kresowych pól", obrońcą wiary i polskości.


Źródło:
Dr Helena Kiwako, Uniwersytet im. A. Puszkina w Brześciu
Patriotyczna postawa narratora w "obrazkach" Marii Rodziewiczówny "Z głuszy"
całość:
http://nasz-czas1.tripod.com/009/kiwako.html
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 42574
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:39   

AineNiRigani napisał/a:
Admete - ja jestem pewna, ze Macierz, czy Dewajtis powinny Ci sie spodobac.


Spróbuję kiedyś. Trochę się tylko obawiam, że stałam się zbyt cyniczna, zeby czytać Rodziewiczównę.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 20 Mar, 2009 22:44   

Autograf Marii Rodziewicz

Marek Gordon wspomina epizod z okresu Powstania, gdy pisarka została przeniesiona na noszach z domu Wedla przy ul. Szpitalnej na Bracką pod nr 23 do mieszkania pani Zagórnej. Ten fakt tak opisał Roman Aftanazy w monografii pisarki: "Obecność znanej pisarki wzbudziła taką sensację, że kiedyś zgłosili się dwaj panowie, prosząc o pozwolenie sfilmowania jej. Niestety, zdjęcia przepadły."

"Jednym z tych panów, którzy wówczas "prosili o pozwolenie sfilmowania jej", byłem ja, a drugim Leszek Kąkol. Określenie "dwaj panowie" nie jest tu zbyt ścisłe, gdyż pełniliśmy wówczas służbę sprawozdawców prasowych przy VI Oddziale Sztabu Armii Krajowej.
We wspomnianym domu na Brackiej 23, który miał trzy podwórza, zbierali się ludzie z Warszawy Północ w oczekiwaniu na przejście Alei Sikorskiego (Alei Jerozolimskich). Ponieważ przejścia takie były możliwe najczęściej w nocy, przeto ustawicznie przelewał się tłum oczekujących w obrębie tej posesji. Na parterze mieścił się punkt żywnościowy i któregoś dnia jedliśmy tam z Leszkiem Kąkolem jakiś posiłek, gdy w bramie rozległy się głosy:
- Na bok! Na bok! Niesiemy "Dewajtis"!
Zerwaliśmy się obydwaj i za chwilę znaleźliśmy się w bramie. To właśnie chłopcy z Kedywu nieśli na noszach Marię Rodziewiczównę. (A więc nie przyszła z domu Wedla sama, tak, jak to podaje autor, ale już ją niesiono). Nie odstępowaliśmy na chwilę tego smutnego pochodu, a gdy znaną autorkę złożono na pierwszym piętrze, w prywatnym mieszkaniu, poprosiliśmy ją o rozmowę.
Tak Kąkol jak i ja zdawaliśmy sobie dobrze sprawę, że spotkanie to jest historyczne i byliśmy obaj wzruszeni. Pani Skirmuntt, nieodstępna towarzyszka pisarki, była niezadowolona z naszej obecności i raczej uważała, że nie powinniśmy męczyć chorej.

Wygląd Marii Rodziewiczówny był rzeczywiście niezwykły: na siwych kosmykach zwichrzonych włosów widniała wełniana szara czapeczka, a potem twarz, twarz, której nie zapomnę nigdy: pomarszczona jak białko, koloru ziemistego, a co było najdziwniejsze - okolona męskim zupełnie zarostem. Tak, Maria Rodziewicz miała brodę. Mówić prawie nie mogła, przychodziło jej to z wielkim trudem. Przywołała nas jednak gestem ręki, żebyśmy się zbliżyli do łóżka, a kiedyśmy powiedzieli kim jesteśmy, zaczęła płakać, dotykając naszych powstańczych opasek.
- Chłopcy, chłopcy - mówiła cicho. - Więc naprawdę jesteście polskimi dziennikarzami? Czytam gazety powstańcze ... piszcie... pracujcie... - Głos jej się rwał. - Zwyciężymy ...
Byliśmy wzruszeni. Poprosiłem Marię Rodziewicz, ażeby mi napisała kilka słów w notesie. Ręce jej się tak trzęsły, kiedy ujmowała pióro, że pisanie jednego zdania trwało około 20 minut. To były te same ręce, których ruchy śledziły dwa pokolenia Polaków, to były ręce, spod których wyszedł wspaniały dorobek literacki. Wielka pisarka nakreśliła mi te słowa w notesie.
Potem sfotografowaliśmy chorą (dokładnie: Leszek Kąkol zrobił trzy zdjęcia aparatem Retina II, a ja dwie minuty filmu aparatem filmowym Rathe Baby)


Zrodło:
Ryszard Mackiewicz, Warszawa
calosc:
http://nasz-czas1.tripod.com/021/rodzie.html


Dodam tylko, że widziałam króciutki filmik nakręcony w czasie Powstania Warszawskiego, na którym było widać Marię Rodziewiczównę - dosłownie na niecałe dwa miesiące przed jej śmiercią. Nakręcił go operator Stefan Bagiński.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.