PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Aragonte
Wto 15 Kwi, 2008 21:12
The Girl
Autor Wiadomość
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 13:48   The Girl

"Poniższe tłumaczenie jest tłumaczeniem amatorskim, dla celów czysto towarzyskich, forumowych, nie jest nastawione na cele zarobkowe"
__________________________________________________________

No dobrze, to na próbę wklejam pierwszy fragment tłumaczenia The Girl, zobaczymy co z tego dalej będzie :wink:




‘THE GIRL’ – C. COOKSON

CZĘŚĆ I
Dziewczyna 1850


Znad wzgórz o brzasku dnia,
Mała, drobna, jak mgiełka dymu podeszła ku niemu;
Na czole mokre, wilgotne loki,
Oczy jak agaty,
Usta uchylone, na języku zastygłe od mrozu słowa.
Zatrzepotała ku jego stóp,
Chwyciła dłoń wyrzekłszy,
‘Proszę panie, pomóż mi, albo ona martwą będzie’.

Dwa dni drogi zajęło im przejście dwudziestu trzech mil z Newcastle do Hexam, trzymały się trawiastych brzegów i pól okalających drogę, tylko po to by nie zostać stratowaną przez dyliżans, dwukółkę, czy, co bardziej prawdopodobne, jeźdźców na koniach, podjeżdżających szybko, bez żadnego ostrzeżenia, hałasu wozów czy bryczek. Co do niej samej, Hannah wiedziała, że mogłaby biec tą drogą zręcznością dorównującą jeleniowi, lecz nie jej matka, jeszcze nim wyruszyły z Newcastle ona ledwie powłóczyła nogami.
Dzisiejszego ranka obudziły się na cuchnącej słomie w stodole, jeszcze nim słońce pojawiło się na niebie i przez pierwsze cztery mile swej podróży trzęsły się z zimna. Wyżebrały kubek wrzącej wody od wieśniaka, do której, na prośbę matki wsypała garść surowej owsianki, która powoli zaczęła mięknąć. Ale teraz, już niedaleko Hexam o trzeciej po południu, czuły się spocone, rozgorączkowane, głodne i spragnione.
Hannah Boyle przyzwyczaiła się do widoku większych miast, urodziła się w przepełnionym i gwarnym Newcastle, przy rzecznym brzegu miasta. I za każdym razem, kiedy matka przyjmowała gości, wysyłała ją by pobawiła się na ulicy, wędrowała wtedy po mieście, przyglądając się wielkim budynkom, wspaniałość i okazałość niektórych z nich przewyższała w jej wyobraźni opowieści przekazywane jej przez przyjaciół matki, marynarzy, przemierzających morza, oglądających cudowne miejsca.
Lecz to miasto było inne. Była zmęczona, ale nie przeszkodziło to jej w przypatrywaniu się wszystkiemu wokoło z zainteresowaniem i podobało jej się to co widziała. Rynek był malutkim miejscem z sympatycznymi sklepikami i czystymi ulicami.
Tą lustrację przerwała matka, mówiąc do niej. ‘Masz, weź to’, powiedziała dając jej dwa pensy i dodając, ‘Idź… idź do tej piekarni na wprost… i… i zobacz, co za to dostaniesz’.
‘Dobrze, Mamo… dobrze się czujesz?’
‘Tak, wszystko dobrze. Idź już’.
Kiedy dziecko przebiegło przez skwer, Nancy Boyle oparła się o mur okalający bramę, zaczęła szeptać do siebie, coś co dla postronnych mogło wydawać się modlitwą: ‘Panie Boże!’ wymamrotała, ‘pozwól mi dotrwać’.
Kiedy nagle zaczęła kaszleć, wyjęła z kieszeni gałgan i przyłożyła go do twarzy, następnie ścisnęła go w dłoni i włożyła z powrotem do kieszeni i znów oparła się o ścianę. Jej oddechy przerywane były bolesnym łapaniem powietrza.
Zaczęła obserwować teraz swoją ośmioletnią córkę, zręcznie wymijającą wozy, jeźdźców i dwukółki, spróbowała wyrównać oddech i kiedy dziecko zbliżyło się spuściła na chwilę wzrok nim mogła powiedzieć, ‘Powinnam cię wytargać za uszy. Chyba mówiłam ci coś o przechodzeniu przez ulicę, prawda?’
‘Nic mi się nie stało, Mamo’.
‘Pewnego dnia… nie będzie dobrze… potną cię w pół… Co kupiłaś?’
‘Poprosiłam o czerstwy chleb i spójrz’ – otworzyła torbę – ‘mamy parę bułeczek z otrębami, sześć albo i więcej, dwie z cukrem i wielgaśne herbaciane ciasto. Miła była, tamta kobieta… czy zjemy je tutaj?’
‘Nie, nie… Och, no dobrze, weź jedno i zaraz znajdziemy karczmę i kupimy coś do picia’.
Kiedy szły przez plac, Hannah z buzią pełną słodkiej bułki zapytała, ‘Jak daleko jest, Mamo, do tamtego miejsca?’
‘Z tego, co mówiła kobieta we wsi to kilka mil’.
‘Ile?’
‘A skąd mam wiedzieć? Dlaczego do licha zadajesz takie pytania! Och, przepraszam. Przepraszam’. Kobieta potrząsnęła swą brudną, pełną bruzd twarzą, dziecko odpowiedziało prędko, ‘Nic się nie stało. Nic się nie stało, Mamo’. Następnie, jak gdyby nie padło tamto pytanie, które tak zdenerwowało jej matkę, spytała, ‘Czy ten człowiek… czy będzie miły, Mamo?’
‘Oby był dobry’. Wydobyła ledwo słyszalną odpowiedź.
Szły teraz w dół ulicy, na której po drugiej stronie znajdowały się ładne sklepy i kiedy znalazły się naprzeciw gospody, gdzie dwóch mężczyzn znosiło beczki piwa do piwnicy, kobieta zaczepiła jednego z nich, ‘Czy może mi pan powiedzieć ile drogi jest stąd do Elmholm?’
Mężczyzna wyprostował kark, zlustrował ją wzrokiem z góry na dół, następnie dziewczynkę obok niej i odpowiedział, ‘Elmholm? To jest gdzieś za Allendale’.
‘A jak daleko tam?’
‘Och, powiedziałbym, że jakieś dziewięć mil. Ale Elmholm jest trochę dalej, kilka mil dalej. Ale możecie skrócić sobie drogę idąc przez wzgórza’.
‘W którą stronę?’
‘No więc, musicie iść tą drogą jakieś cztery mile, nim dojdziecie do małej wioski nad rzeką, pójdźcie nią prosto aż zobaczycie wzgórza, następnie będziecie miały kawałek do wspinaczki, ale wzgórzami dojdziecie prędzej niż idąc drogą do Allendale. Jest tam pełno wyznaczonych tras, kiedy wyruszycie zobaczycie w dole wioskę. Nie można przeoczyć Elmholm, jest sporej wielkości’.
‘Dobrze, dziękuję’. Kiwnęła głową do mężczyzny, on jej; obserwował jak oddalają się, sukienki obydwu, i matki i córki zamiatały kurz z brukowanego chodnika. Patrzył na nie dopóki nie zniknęły na końcu ulicy, a kiedy jego kompan zawołał do niego, ‘Hej tam’, odwrócił się do niego mówiąc, ‘Pytała się o drogę do Elmholm, wątpię czy tam dotrze. Bardzo w to wątpię’.
Ile miało im zająć przejście czterech mil i ile szły wzdłuż rzeki, tego nie wiedziały, odpoczęły dopiero wtedy, kiedy zbliżyły się do poganiacza. ‘Elmholm?’ powiedział. ‘Och, jesteście na dobrej drodze, ale pora już odbić od rzeki i ruszyć w stronę wzgórz. Idźcie tą owczą ścieżką’ – poradził – ‘zaczniecie się wspinać’.
Było już blisko piątej nim w końcu dotarły na szczyt, który był najwyraźniej ostatnim ze wzgórz, gdyż musiały robić częste przerwy; i teraz znów siedziały odpoczywając, dziecko stojąc przy matce zapytało trwożnie wskazując w kierunku doliny, ‘Może powinnam pobiec naprzód, Mamo i zobaczyć czy jest tam dla nas jakieś schronienie, i dopiero wtedy po ciebie wrócę?’
‘Lepiej… lepiej zostań gdzie jesteś. Za chwilę… poczuję się lepiej. Powiedział, że jest tuż za tymi wzgórzami. Za tym największym’.
‘Ale jesteś wyczerpana, Mamo’.
‘Nie martw się’. W głosie kobiety pojawił się wyjątkowo miękki ton, kiedy położyła rękę na ramieniu córki. ‘Gorsze niż to przetrzymałam. Tylko dobrzy ludzie umierają młodo, tak się powiada’ – usiłowała się uśmiechnąć – ‘więc mnie to nie dotyczy’.
Hannah nie odwzajemniła uśmiechu, jej twarz była poważna, wyciągnęła ramiona, mówiąc, ‘No to chodźmy, Mamo, wstań… i oprzyj się na mnie, bo te wzgórza są dosyć strome’.
Wzgórza były urwiste. Nancy Boyle czołgała się na kolanach, pomagając sobie rękami, na górę, która chyba była już ostatnim wierzchołkiem, wreszcie położyła się twarzą do ziemi; nie miała siły wyjąć chusteczki by otrzeć usta, z których spływała krew.
Kiedy usiadła, Hannah otarła twarz matki obszarpanym kawałkiem spódnicy, którą wyjęła z węzełka, który ze sobą niosła; w końcu powiedziała, ‘Leż spokojnie, Mamo, jesteśmy już blisko. Mogę pójść do domów, teraz będzie łatwiej… Jak się nazywa ten mężczyzna, Mamo?’
Nancy Boyle nie odpowiedziała, ale usiadła, przesuwając się powoli aż jej plecy oparły się o krawędź kamienia.
‘Nie mogę na razie nigdzie iść’, powiedziała; ‘musimy tu posiedzieć nim odzyskam oddech’.
‘Dobrze, Mamo. Dobrze. I zobacz; zjedz tą bułeczkę z cukrem. Cukier jest dla ciebie pożywny’.
Kobieta wzięła bułkę, połamała na kilka kawałków, brała do ust i żuła je powoli; a kiedy skończyła jeść bułkę i część herbacianego ciasta, Hannah, która chciwie pochłonęła dwie czerstwe bułeczki z otrębami, powiedziała spokojnie, ‘Teraz poczujesz się lepiej, Mamo, teraz, kiedy coś zjadłaś’.
Przez chwilę siedziały. Ta chwila wydłużała się, przez cały ten czas Hannah siedziała spoglądając na matkę. To, że pluła krwią nie zaalarmowało jej przesadnie, matka zawsze krwawiła, a na pewno przez długi czas, ale to, co zaniepokoiło ją teraz, była ta pogłębiająca się bladość na jej skórze i sposób, w jaki oczy zaczynały się zatapiać w twarzy jej matki.
Zatrzęsła się i spojrzała na niebo. Nadchodził zmierzch i chociaż mógł się przeciągać, to jednak w ciągu najbliższej godziny będzie całkiem ciemno. Powinny zejść na dół, do tamtych domów, bo z tej odległości nic nie mogła zobaczyć. To był dziki zakątek, wszędzie gdzie spojrzała było odludnie i dziko. Dziwnie dziko, tak mówiła do siebie. Niebo było tak wysoko, nie jak w Newcastle, gdzie górowało tuż nad dachami domów. Było tu za dużo przestrzeni; wszystko tu było zapełnione bezkresem. Nie podobało się to jej, pragnęła ścisku, tłoku ścian.
Podniosła się i uklęknęła przy matce pytając delikatnie, ‘Dasz sobie radę, Mamo?’
‘Co?’ Wydawało się, że wyrwała ją z głębokiego snu, zamrugała oczami, popatrzyła wokoło i powiedziała, ‘Ach tak. Tak’.
Były w połowie drogi, schodząc po pierwszym wzniesieniu, kiedy przez jakiś czas musiały pomagać sobie rękami i kolanami i kiedy zbliżyły się do półki skalnej wykładanej otoczakiem i odsłoniętą roślinnością, kobieta ponownie usiadła opierając się o skałę, po chwili, artykułując słowa z każdym przychodzącym ciężkim oddechem, powiedziała, ‘Jak… daleko… jeszcze’.
Hannah rozglądała się na strony, stojąc w miejscu. Wzgórza, wszędzie wzgórza. Nic oprócz wzgórz. Te bezpośrednio przed nią toczyły się faliście na dół, do doliny, o barwie ciemnoszarej; inne, monotonnie zielone, a wszystkie wokoło niej rozpościerały się daleko aż w głąb przedwiecznego czasu, gdzie w końcu witały sklepienie niebieskie.
Przepajało ją uczucie paniki, jak w złym śnie. Czuła się bezgranicznie samotna, nie było, dokąd uciec, daleko od tego miejsca.
Kołysając się na boki, patrzyła na dół, na matkę; w końcu rzuciła się do niej, złapała jej dłoń, ściskając mocno, przyłożyła ją do swego serca.
‘Co się stało? Co się stało?’ Nancy Boyle otrząsnęła się ze swego letargu. ‘Co zobaczyłaś?... Co tam, na dole ujrzałaś?’
‘Nic, Mamo, zupełnie nic’.
‘Jak to nic?’
‘Cóż, wioska musi gdzieś tam być, widziałam ją z góry, ale został jeszcze spory kawałek do zejścia’.
‘No tak, i na pewno nie skróci się, jeśli zostaniemy tutaj. Podaj mi rękę’.
Hannah pomogła matce podnieść się i raz jeszcze potykając się schodziły z urwiska.
W końcu dotarły, jak zdawało się im w tej nieskończonej przestrzeni, do ostatniego zbocza. Graniczył z nim pas zalesionego terenu, w świetle, które teraz zamierało, cienie wokół niego wyglądały jak strumień ciemności, tym razem Hannah zatrzymała się, pytając, ‘Musimy przez nie przejść, Mamo?’
‘No cóż, możemy je obejść, ale byłoby ciężko, bo jestem śmiertelnie zmęczona’.
Wyciągnęła rękę do dziecka uspokajając, ‘Chodźmy, na pewno nie jest takie dzikie, na jakie wygląda stąd, prędko będziemy po drugiej stronie’.
Lecz w lesie, nie widząc ścieżki, której można by się trzymać, kobieta wybrała drogę donikąd, między bezlistnymi drzewami, między którymi migały ostatnie światełka dnia, była nieświadoma tego, że zamiast iść leśnym pasmem, przekraczała jego długość.
‘Mój Boże!’
‘Co się stało, Mamo?’ Hannah uczepiła się ramienia matki.
‘Nic. Nic’.
Szły teraz po omacku, od drzewa do drzewa, Hannah wyszeptała, ‘Zabłądziłyśmy, Mamo?’
Kiedy matka nie odpowiedziała, dziewczyna zadrżała i przycisnęła się do niej; w końcu zaczęła się bacznie rozglądać, otworzyła szeroko usta nim krzyknęła podekscytowana, ‘Spójrz, tam coś jest, Mamo, zobacz!’
Puściła ramię matki, potykając się zaczęła iść w kierunku drewnianego budynku, który okazał się skromnym schronieniem, którego przeznaczeniem było trzymanie worków i narzędzi, w czasie gorszej pogody.
‘Spójrz, Mamo; możemy tu zostać aż do rana. Są tu worki… i zobacz, dotknij, są suche’.
‘Dobry Boże! Dobry Boże!’ Nancy potrząsnęła głową, wchodząc w zacisze tego schronu, nagle zgięła się w pół, kiedy dopadł ją kaszel.
‘Połóż się, Mamo. Położę te trzy worki i nie będzie ci niewygodnie’.
‘Nie… ziemia jest sucha… połóż się przy mnie i okryjemy się nimi. Czy zostało jeszcze jakieś pieczywo?’
‘Taa, Mamo, dwie bułki’.
‘Powinnyśmy je zjeść, ale najpierw połóżmy się. A teraz zjedz, powoli, wtedy na dłużej starczy. Pożywi cię bardziej, jeśli będziesz jeść je wolno’.
Leżąc blisko siebie, owinięte workami, spokojnie przeżuwały bułeczki, lecz z coraz większym trudem ostatnie kęsy, kiedy wyczerpane zaczynały zasypiać.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
Ostatnio zmieniony przez Monika Sob 06 Paź, 2007 15:50, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 13:58   

Och i znowu będzie czytactwo :D
No, no! Jestem pod wrazeniem. Nie sadziłam, ze tak szybko wezmiesz sie za nastepne tlumaczonko. Ale masz pare! :mrgreen:
Ten fragment ciekawie sie zapowiada, choc smutno. ale juz sie wciagnelam.
Dla Ciebie Moniczko :kwiatek:
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38016
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 14:30   

Bardzo wzruszający fragment, ciekawe czy to jedna z tych powieści pani Cookson, które zostały zekranizowane. Dziwi mnie, że tych ksiażek się u nas nie tłumaczy. Znalazłyby cztelników.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 14:33   

Ekranizowana była na pewno:
http://www.imdb.com/title/tt0126321/
Mam wrażenie, że kiedyś ją w naszej TV widziałam.
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Marija 



Dołączyła: 15 Wrz 2006
Posty: 5608
Skąd: woj. dolnośląskie
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 14:43   

Ksiązki nie znam, filmu nie kojarzę, ale poczytam z przyjemnością Monikowe tłumaczenie :kwiatek: . (Co nas tak ciągnie w te ponure wiktoriańskie czasy?)
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 15:07   

Admete napisał/a:
Bardzo wzruszający fragment, ciekawe czy to jedna z tych powieści pani Cookson, które zostały zekranizowane. Dziwi mnie, że tych ksiażek się u nas nie tłumaczy. Znalazłyby cztelników.


Ależ tłumaczy się :lol:
Fakt nie wszystkie, bo ona ich masę stworzyła.
Tu są te polskie wydania
http://www.biblionetka.pl/ka.asp?id=3487
Na Allegro cały czas można je kupić
http://www.allegro.pl/sea...y=0&new=0&pay=0


Moniczko, jestem w szoku!!!
Ale jesteś szybka.
Bravo :cheerleader2:
_________________
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 15:09   

Maryann napisał/a:
Ekranizowana była na pewno:
http://www.imdb.com/title/tt0126321/
Mam wrażenie, że kiedyś ją w naszej TV widziałam.


My z Moniczką jeszcze co poniektóre pamiętamy, ja na pewno :wink:
_________________
 
 
Narya 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 493
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 15:25   

Moniczko dziękuję Ci za tłumaczenie :kwiatki_wyciaga: Bardzo ciekawie się zapowiada.
Rzeczywiście szkoda, że nie ma tłumaczeń tych powieści. Pozostaje nadzieja, że może ktoś się jednak jeszcze tego podejmie.
 
 
Admete 
shadows and stars



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 38016
Skąd: Babylon 5/Gondor
Wysłany: Pią 31 Sie, 2007 20:33   

To akurat do mnie te tłumaczenia nie docieraja, w bibliotekach ich nie ma.
_________________
„But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."

"Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom,
A Prawdom kazać, by za drzwiami stały."
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 02 Wrz, 2007 11:32   

Zbudziła ją rozprzestrzeniająca się mgła. Wyglądało to tak jakby cała chałupa wypełniała się szarą poświatą. Dziecko usiadło na posłaniu i zakaszlało. Gdzie się znajdowała? Co się wydarzyło? Co to za narzędzia wokół niej? Kiedy zaczęła szczękać zębami, a całe ciało ogarnęło drżenie zrozumiała, że to tylko mgła, tak jak niegdyś morska mgiełka nadciągająca znad rzeki, zagarniająca ich pokój. Zamrugała oczami. Światło załamywało się; rozpoczynał się kolejny dzień. Mogły wstać i ruszyć dalej, może znaleźć jakiegoś wieśniaka, który wspomoże je puszką gorącej wody. Och, tak bardzo chciało się jej pić. Nie była głodna, po prostu spragniona, i było jej zimno, bardzo zimno.
Obróciła się na drugą stronę i potrząsnęła matką, mówiąc, ‘Mamo! Mamo! Już jest dzień’. Zanim podniosła głos, kilka razy szturchała jej ramię, w końcu krzyknęła, ‘Nie słyszysz mnie, Mamo? Mamo, obudź się. Obudź się!’
Kiedy usłyszała dobywający się jęk z ust matki, poczuła ulgę i niemal nie doskoczyła do niej, powiedziała teraz spokojnie, ‘Mamo! Już jest rano, możemy iść dalej’.
‘Han… nah!’
‘Tak, Mamo?’
‘Nie mogę iść. Ale ty idź i sprowadź… kogoś’.
‘Ale… ale, Mamo, gdzie? Skąd mam kogoś przyprowadzić?’
‘Z tamtej… tamtej wioski… Idź już’.
Kiedy Hannah podniosła się, jej nogi były tak sztywne, że niemal upadła. Nie mogła dojrzeć twarzy matki, przez unoszącą się mgłę, powiedziała tylko jękliwie, ‘Ale… ale nic nie widać, Mamo’.
‘Idź prędko’.
Wyszła z szałasu i stanęła w lesie, zacisnęła mocno wargi i stała nie wiedząc, w którą stronę ma pójść. I nagle mgła podniosła się na wprost niej, tam dalej, nie więcej niż dziesięć jardów był otwarty widok na stok.
Uniosła spódnicę obiema rękami i pobiegła, co sił w stronę światła, kiedy wyszła z lasu ujrzała natychmiast po drugiej stronie opadającego stoku dom, osobliwie wyglądający dom.
Ruszyła w jego stronę, lecz nagle zatrzymał ją znów kłębek mgły, wiedziała już jednak, w którą iść stronę, odbiła się od ziemi i wbiegła w mokrą mglistą zasłonę, nie zatrzymała się dopóki jej stopy nie opuściły ziemi i znalazły się na brukowanym chodniku.
Odgłos stemplowania końskich kopyt i głos jakiegoś mężczyzny zatrzymały ją w miejscu, lecz tylko na moment, ruszyła po chwili tam skąd dochodziły dźwięki.
Wyszła z tumanu mgły i ujrzała na końcu wybrukowanego podwórza, które przylegało do tego dziwnego domu, młodego mężczyznę. Stał między stadem koni, przywiązując jedne do drugich, przerwał pracę, otworzył usta, kręcąc głową, obserwował przez chwilę zbliżającą się do niego postać.
Młody człowiek nie ruszył się ani nie odezwał nim ta drobna figurka nie podeszła do niego i położyła ręki na jego ramieniu; wtedy wziął głęboki oddech, zwilżył swoje pełne usta językiem, zamrugał i rzekł, ‘Dobry Boże! Kim jesteś?’
‘Nazywam się Hannah Boyle. Proszę, niech pan pójdzie ze mną, proszę panie, albo ona umrze… moja mama’.
‘Twoja mama?’ Zgiął plecy i znalazł się twarzą przy jej twarzy, zapytał cicho, ‘Gdzie jest twoja mama?’
‘W głębi lasu, tam’ – wskazała palcem ponad swoim ramieniem – ‘w szałasie. Zabłądziłyśmy wczorajszej nocy; przenocowałyśmy w tamtej chałupie’.
‘I z nią jest niedobrze?’
‘Bardzo’.
Wyprostował się, potarł dłonią swój zarośnięty podbródek; chwycił powróz, stał tak trzymając go w ręce, ruszył w końcu w stronę kamiennego ogrodzenia, graniczącego z podwórzem, wetknął sznur przez obręcz w murze i powiedział, ‘Zaczekaj tu’; odwrócił się do kucyka, już osiodłanego, przemówił do niego, jakby był ludzką istotą, mówiąc, ‘Nie spuszczaj z nich oka, Raker, żadnych sztuczek’, nic więcej nie powiedział, tylko pomaszerował przez podwórze, Hannah ruszyła prędko za nim.
‘Skąd jesteście?’
‘Newcastle’.
‘Newcastle? To spory kawałek. Co was tu sprowadziło, tak daleko? Szukacie pracy?’
‘Nie’.
Popatrzył na dół, na nią. ‘Więc co?’
‘Ja.. nie wiem’.
Zatrzymał się, ściągnął twarz i spojrzał na nią. ‘Nie wiesz?’, powiedział, pokręcił głową, z jednej strony na drugą, jakby chciał się jej lepiej przyjrzeć. Nie wyglądała na głupią.
Zbliżyli się już prawie do lasu, nim odezwał się ponownie. Zapytał, ‘Na co twoja mama choruje?’
‘Gruźlica’. Powiedziała to w taki sposób jak ktoś inny mógłby rzec ‘drobne przeziębienie’.
Zamarł. Gruźlica. Można się tym zarazić. A zresztą, nigdy na nic nie chorował, więc dlaczego się boi. Ale co z nią począć? Gruźlicy umierają. Spojrzał na dziecko idące przy jego boku i przyspieszył znów kroku.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Narya 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 493
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 02 Wrz, 2007 12:16   

Moniczko dziękuję bardzo za kolejny fragment :kwiatki_wyciaga:
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Nie 02 Wrz, 2007 17:52   

Monisiu, ale z Ciebie pracowita mrówcia :wink:
Piękne to tłumaczenie i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy, akcja juz na dzień dobry, od razu coś się dzieje!
:kwiatki_wyciaga:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 03 Wrz, 2007 18:56   

Miło, że czytacie :wink:

Kiedy wszedł do chaty i pochylił się nad kobietą, leżącą pod workami rzuciło mu się w oczy to o czym myślał chwilę wcześniej. Tak, one umrą. I jeśli cokolwiek wiedział, to zdawał sobie sprawę, że długo to nie potrwa.
‘Dzień dobry, proszę pani’. Zawołał głośno, jakby mówił do głuchej osoby.
‘Jestem chora’.
‘Tak, widzę. Czy może pani wstać?’
‘Tak… tak… ja… nie wiem’.
‘No to spróbujmy’. Zgiął się i podłożył ramię pod plecy kobiety. Nie był przesadnie przesądny, uważał, że jeśli coś ma się tobie przytrafić to i tak się przytrafi, ale równocześnie nie chciał wychodzić naprzeciw problemom, a niestety robił to oddychając tym samym powietrzem, co gruźlik.
‘Już lepiej… do domu tylko kilka kroków… gdzie szłyście?’
‘Do miasteczka… Elmholm’.
‘Aha; no cóż, stąd już niedaleko… znacie tam kogoś?’
Prawie niósł ją, czekając na odpowiedź, lecz kiedy żadna nie nadeszła, wstrzymał krok i powiedział, ‘Pytałem czy kogoś tam znacie?’
‘Tak’.
‘Cóż, znam każdego w wiosce i jakąś milę stąd, mogę ich do was przyprowadzić’.
Kiedy znowu nic nie odpowiedziała, odwrócił głowę i patrzył się na nią i jakby czując jego pełną dezaprobaty lustrację wyrzekła coś co sprawiło, że jego ciemne oczy ściągnęły się. ‘Chciałabym wpierw zobaczyć ich dom', rzekła.
‘A jak się nazywają?’
Dopiero po dłuższej chwili odrzekła, ‘Thornton’, dodając, ‘Tak sądzę’.
Nic na to nie powiedział, zachwiał się tylko i pomyślał, Thornton, powiedziała… tak sądzę. Czego ktoś taki jak ona chciałaby od Matthew Thornton’a? Wiadome było, że pochodzi z prostej rodziny, lecz na pewno nie z aż tak prostej, jak kobieta, której teraz pomagał. Ciekawe, co powie jego żona, wielka dama, kiedy przyjmą takich gości jak te dwie? Och! Boże drogi! Pewnie zasłabłaby z wrażenia i nigdy się nie ocknęła. Och, gdyby tak mógł to zobaczyć. Thornton… tak powiedziała… tak sądziła…
‘No, już niedaleko, jesteśmy prawie na miejscu’.
Przechodzili właśnie przez podwórze, dodał, ‘Będzie musiała się pani położyć na słomie, bo nie zdoła się pani wspiąć po drabinie’.
Hannah weszła za matką i młodym człowiekiem przez podwójne drzwi, co wyglądało i pachniało jak stajnia. Dwie strony tego wielkiego pomieszczenia podzielone były boksami dla koni, a pod trzecią ścianą ułożone były bele siana i pełne worki, zaś na gwoździach ponad nimi wisiało całe końskie oporządzenie. Na końcu stajni drabina prowadziła na górę niemal pionowo do drzwi zapadowych.
Hannah obserwowała jak mężczyzna opuszcza powoli jej matkę na luźno ułożonej słomie na długim drewnianym podeście postawionym na nierównej kamiennej podłodze, następnie bierze dwa brązowe koce z zagrody i wykłada nimi podest, nim kładzie ją na nim, pytając, ‘Teraz wygodniej, proszę pani?’
Kiedy Nancy Boyle ruszyła nieznacznie głową powiedział, ‘Muszę na razie wyjść, trzeba dostarczyć stado koni’. Pokiwał głową. ‘Jestem handlarzem końmi… zostańcie tu do czasu aż będziecie w stanie stanąć na nogach. Pójdę na górę’ – kiwnął głową w stronę drabiny – ‘i sprowadzę staruszka na dół. To mój dziadek, on się wami zajmie. I da wam coś do jedzenia. Jest głuchy jak pień, ale tutaj wszystko ma poukładane’. Postukał w czoło. ‘Ma prawie dziewięćdziesiąt lat’. Skinął głową i ruszył w stronę drabiny.
Hannah wspięła się na podest i uklękła przy matce uśmiechając się szeroko, kiedy wyszeptała, ‘Wyzdrowiejesz, Mamo. On jest taki miły, dobry, prawda? Czy… ten drugi będzie taki dobry?’
‘Nie’.
‘Och!’…
‘Co do licha! Powinieneś być już w drodze. Co gadasz? Chora? Gdzie?’
Hannah spojrzała w górę na schodzących po drabinie mężczyzn, młodszy przeskakiwał po szczeblach, jakby jego nogi były dobrze naoliwione, ale starszy kładł stopy uważnie, trzymając się mocno drabiny, powoli schodząc na dół.
Kiedy wreszcie stanął na dole, patrzył na nie z otwartymi ustami, Hannah przypatrywała się jemu, omal nie roześmiawszy się kiedy pomyślała sobie, Wygląda jak marynarz, stary, śmieszny marynarz.
Głowa staruszka była niemal całkowicie łysa, oprócz dwóch kępek białych włosów, zwisających zza uszu, lecz to, czego nie było na głowie, z nawiązką znajdowało się na twarzy, bo niemal cała pokryta była rzadką, jasną szczeciną. Niegdyś musiał być bardzo wysokim człowiekiem, a nawet teraz, kiedy zatrzymał się prezentował całkiem wspaniały wzrost.
Kiedy tak stał obok podestu i patrzył na dół, najpierw na Hannah, a w końcu na kobietę, prezentował się raczej groźnie, tak też zabrzmiał jego wysoki, krzykliwy głos, ‘A to ci dopiero przeklęta para kaloszy! Co ci jest, kobieto?’
Zaczął chodzić dookoła, patrząc się na wnuka, który przesadnie artykułował słowa, używając przy tym rąk. Powiedział, ‘Gruźlica?’ Szarpnął głową, spojrzał na postać spoczywającą na słomie, aż w końcu wydał z siebie, ‘Ech!’, odwrócił się i wymaszerował ze stajni, prosto na podwórze. Ale stamtąd jego głos dobiegł czysto Hannah, kiedy wrzeszczał na wnuka, ‘A co jeśli rozwieje to dookoła?’
Usłyszała odpowiedź, nie tak głośną, lecz wciąż słyszalną, ‘O to się nie martw. Nie będziesz musiał jej chować, ona ma krewnych w wiosce… Thornton’ów’.
‘Co takiego?’
‘Powiedziałem, Thornton’ów’.
‘Ona! One dwie z Thornton’ami! To jakiś zakichany żart’.
‘A, też tak myślałem; ale właśnie do niego chce iść’.
‘Thornton’owie. Ha!’ Słowom tym towarzyszył głośny chichot.
‘To ja się już zbieram’.
Hannah patrzyła na młodego mężczyznę stojącego przy niskim podeście. Nie zauważyła jak wszedł.
‘Wrócę nie wcześniej niż późnym popołudniem. Zostańcie ile chcecie… aż będzie mogła wstać na własne nogi’.
‘Dobrze’. Najedźcie się; staruszek coś przygotuje’.
‘Dobrze’, powiedziała raz jeszcze.
Popatrzył na nią przez chwilę, uśmiechnął się i odwrócił, odprowadziła go wzrokiem nim nie zniknął za drzwiami. Wtedy ponownie rzuciła spojrzenie ku matce.
Jej twarz nie była już szara, lecz miała różowy kolor; musi jej już być cieplej, ponieważ pociła się. Ona też potrzebowała tego ciepła, bo cały czas trzęsła się; i czuła się tak strasznie zmęczona, jak gdyby nie spała całą noc.
‘Weźcie to’.
Spojrzała, zamrugała oczami, w końcu wyciągnęła ręce po miskę parującej owsianki. Musi ją obudzić.
‘Czy ona może sama jeść?’
‘Ja… pomogę jej’.
‘Trzeba ją podeprzeć. Chwyć ją za łokcie, a ja tymczasem podsunę do góry worek, na którym leży’. Podszedł do ściany i chwycił wór ziarna, przeciągnął na podest, następnie przechylił na drugą stronę, tak by podłożyć go pod plecy chorej kobiety; w końcu wrzasnął, ‘Pijesz herbatę?’
‘Tak, poproszę’. Hannah kiwnęła głową, popatrzył na nią przez minutę, nim powiedział, ‘A, pewnie; byłabyś głupia kręcąc nosem na herbatę… Wątpię, czy kiedykolwiek ją piłaś’.
Odwrócił się i przeszedł przez całą długość stajni, lecz nim zniknął na końcu, w otworze w ścianie krzyknął, ‘Chodź i zajmij się tym, jak skończysz tutaj’.
Hannah wkładała łyżkę z owsianką najpierw do ust matki, następnie sama jadła – starzec dał im tylko jedną łyżkę do miski – lecz nim zjadły połowę owsianki, Nancy odepchnęła ją od siebie mówiąc, ‘Sama ją dokończ’.
‘Lepiej się czujesz, Mamo?’
‘Tak. Tak’.
‘Chciałabyś herbatę? Ten starszy pan powiedział, że możemy się trochę napić’.
Nancy wyglądała jakby się namyślała, wreszcie potrząsnęła powoli głową, mówiąc, ‘Zdrzemnę się trochę; sen mi dobrze zrobi’.
‘Tak, mamo’.
Hannah szybko pochłonęła pozostałą część owsianki. Potem podniosła się i ruszyła do drzwi; zobaczyła staruszka siedzącego blisko kuchenki, która podobna była do tej w gminnej piekarni w Newcastle, tyle że ta tutaj nie była tak duża. Dochodził z niej olbrzymi żar, ale staruszkowi nie przeszkadzało to siedzieć blisko niego. Przeżuwał skromną kromkę chleba ze świńskim tłuszczem, a kiedy otworzył usta zobaczyła, że ma trzy zęby na dole i jeden na górze.
‘Chcesz herbaty?’
‘Tak, poproszę’.
‘Jak się ona czuje?’
‘Teraz śpi’.
Odwrócił się od niej mówiąc te słowa, ale zwrócił ponownie do niej i odrzekł, ‘Pytałem, jak się czuje’.
‘Śpi’. Wyraźnie akcentowała słowa, i pamiętając, co robił chłopak, ułożyła głowę na ręce i zamknęła oczy, powiedział teraz cicho, ‘To najlepsza rzecz. Najlepsza rzecz pod słońcem, sen. Ile masz lat?’
‘Osiem’.
‘Co?’
Umiała liczyć na palcach do dziesięciu, więc zademonstrowała to, on zaś powtórzył, ‘Ach, osiem’; uśmiechnął się do niej, ona odwzajemniła się tym samym, kiedy popijała herbatę starzec gdzieś zniknął i za chwilę wrócił chrupiąc chleb ze smalcem.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pon 03 Wrz, 2007 19:30   

Nazwisko lub miejscowość Thornton pojawia się chyba we wszystkich powieściach angielskich z tamtych czasów. Znamienne :wink:
Dziękuję za lekturkę! :kwiatek:
 
 
Narya 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 493
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 03 Wrz, 2007 20:01   

Moniczko to nam miło, że możemy czytać :mrgreen: Miłe skojarzenia mam z tym nazwiskiem-mam nadzieję, że takie pozostaną.
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Sob 15 Wrz, 2007 19:40   

Moniko :kwiatki_wyciaga: moja Mróweczko :przytul:
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 11:19   

Kiedy odwrócił się i spojrzał na nią, zobaczył, że zerka ciekawie na pokój. Przypomina kuchnię, pomyślała, z kilkoma naczyniami, na podłodze w rogu stał na palenisku rondel i sagan z dwiema kapustami; wzdłuż jednej ze ścian ułożona była stara leżanka, wyłożona końskim włosiem. Mogła nawet dojrzeć wystające włosie w kilku miejscach. Stał też drewniany kuchenny stół i trzy proste krzesła. Wszędzie zaś walały się skórzane strzemienia, końskie mosiężne przedmioty, końskie podkowy. Zwisały one na gwoździach wbitych między wielkie ścienne głazy kamienne. Nigdy nie widziała tak wielkich kamieni. Domy w Newcastle robione były z cegły, ale tutaj wszystkie budowane były z kamienia, ale żadne nie mogły się równać wielkością z tym tutaj.
Wrzasnął do niej, ‘I jak ci się podoba mój dom, moja twierdza?’
Kiwnęła z uznaniem, ‘To ładny dom’.
‘Przetrwał huragany i niepogodę, kobiety i wojny’. Odchylił głowę i wybuchnął śmiechem; kiedy zerknął na dziewczynę ona uśmiechała się do niego, na jedną chwilę jego twarz spoważniała, podskoczył do niej mówiąc nieco ciszej, ‘Tu się urodziłem, tu wychowałem, przyprowadziłem tu moje trzy żony, wykarmiłem dwóch synów, ale ich już nie ma, dawno pomarli, przeklęta kopalnia; i co po mnie zostanie? Ned, tylko Ned. To dobry chłopak, Ned’. Podszedł bliżej. ‘Jest taki jak ja, zbudowany z twardej skorupy, chadza własnymi drogami, nie uznaje panów, nie ma takiego, kto mógłby go ujarzmić, na Boga, nie ma! Ja, ja byłem taki sam. Ale moi chłopcy, cóż, byli pocieszni, wzięli wszystko z matek, zero odwagi. Zgubił ich ołów. Mówiłem im, że tak będzie, ale nie, oni chcieli zarobić, szybko zarobić. I to wszystko przez kogo? Przeklęty stary Beaumont. Trzymajcie się handlu zwierzętami, tak mówiłem. Jak długo istnieją kopalnie, tak długo będzie zapotrzebowanie na muły i szkockie konie Galloway, ale nie, woleli wytapiać metal. Trucizna, tym właśnie jest ołów, trucizną. Wiesz? Trucizna’.
Usiadł na krześle, chwycił wielki brązowy imbryk ze szczytu piecyka i nalał do kubka parującej czarnej herbaty, wychylił duży łyk gorącego płynu, mlasnął ustami, następnie znowu odwrócił się do niej, tam gdzie siedziała z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w niego i powiedział, ‘Byłem największym handlarzem tutaj w tych stronach, właśnie ja; sprzedałem kopalniom tuziny szkockich Galloway’ów. Pewnego razu osiodłali je i użyli do przenoszenia rud metali; ciekawe po co. Budowali przeklęte drogi, używając wozów. Nie za dużo wtedy potrzebowali Galloway’ów, ale i tak wystarczająco’. Wyprostował brudną rękę i klepnął ją w kolano, twarz rozjaśniła się śmiechem, powiedział, ‘Co za pożytek z wozu bez konia, prawda?’
Potrząsnęła głową, uśmiechnęła się i odrzekła, ‘Nie, nie’, zamierzała dodać swoje trzy grosze do rozmowy, mówiąc, ‘Konie w Newcastle są trzy raza większe od twoich, z olbrzymimi krzaczastymi kopytami, zwłaszcza ten, który ciągnie piwny wóz’; ale postanowiła szybko w myślach, że nie potrafiłaby odtworzyć słowami krzaczastych końskich kopyt, więc dalej uśmiechała się i spoglądała na staruszka, słuchając, co mówi.
‘Zdajesz sobie sprawę, że potrafiłem w młodości zarobić tyle pieniędzy w jeden dzień, co moje chłopaki w miesiąc w kopalni. Co miesiąc funt, po który oni wbijali się paznokciami w ziemię, reszta była przeznaczana na inwestycje. Nie wierzysz mi? Tak było, jak mi Bóg miły. Pieniądze, które utrzymywały przy życiu, tak je nazywano, dla żebraków! Ubogo egzystowali na nich. Każdy, który idzie do kopalni ołowiu to skończony dureń, od tej chwili zaprzedają swoje dusze. Wiesz co się stało ostatnio, rok temu kiedy zaczęli strajkować? Osiemnaście tygodni nie pracowali, i co się stało? Zwolniono ich, zwolniono ponad setkę z nich, a połowa z nich straciła swoje domy, dach nad głową. I co się z nimi stało? Wyruszyli w podróż do Ameryki następnego miesiąca. Oto czym jest kopalnia. Tylko właściciele i ich agenci mogą się na niej wzbogacić. I Thornton jest jednym z nich… Po co idziecie do Thornton’ów?’ Przy ostatnim pytaniu jego głos zabrzmiał całkiem normalnym tonem.
‘Nie wiem’. Potrząsnęła głową mówiąc to, a on zapytał, ‘Nie wiesz?’
‘Nie’.
‘Ech!... Ech!’ Roześmiał się. ‘No cóż ptaszynko, Ned powiedział, że przeszłyście z matką całą tą drogę z Newcastle i mówisz mi, że nie wiesz, po co to wszystko? Cóż mogę myśleć, jesteś albo głupiutką małą dziewczynką, albo zmyślną małą dziewczynką, a z tego, co widzę, to na pewno nie jesteś głupia, więc’ – kiwnął głową – ‘chowaj swoje tajemnice, nie winię cię za to, trzymaj je ukryte. Ale jeśli zamierzacie tam iść, do Thornton’ów, to niebawem się dowiesz, w czym rzecz, a z tobą cała wioska’.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Narya 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 493
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 11:36   

Moniczko dziękuję Ci bardzo za kolejny fragment :kwiatki_wyciaga:
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 13:52   

Dziękuję za już i proszę o jeszcze! :kwiatki_wyciaga: :mrgreen:
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pią 21 Wrz, 2007 21:47   

Dzięki Moniczko :kwiatek:
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 30 Wrz, 2007 16:28   

Rozdział II

Miasteczko Elmholm leżało dwie i pół mili na południe od Allendale. Znajdowało się tam czterdzieści pięć domów. Pośród nich włączone były dwa małe rzędy górniczych chat, rozsianych za domami, po prawej stronie zielonej wioski, patrząc z drogi z Allendale do Sinderhope. Wybudowane zostały jakieś pięćdziesiąt lat nim powstały chaty zapełnione teraz przez górników, zatrudnionych w kopalniach ołowiu i fabrykach przemysłowo metalowych. Były to niskie dwupokojowe mieszkania z kamienia o mulistych podłogach, wyjąwszy płytę chodnikową gdzieniegdzie położoną; zdrowotne zwyczaje ich mieszkańców podobne były do tych, które rozpanoszyły się w samym mieście Allendale; wychodki budowali przy frontowych drzwiach mając w pogardzie wszystkich tych rzemieślników we wsi, którzy swoje wychodki trzymali z tyłu domu, albo jeszcze lepiej, przy końcu ogrodu. Lecz czas tkał swą misterną robotę i oto nie tylko toalety można było znaleźć z tyłu chat, ale również sami mieszkańcy wioski żyli ze sobą w spokoju przez większość roku, z wyjątkiem dni kiermaszu, czy piątków po wypłacie. Dziś był dzień, kiedy górnicy dostawali swą pensję. W takie dni awanturnicy spośród nich wzniecali kłótnie, wdając się w bójki a nawet bijąc swoje kobiety. Powrót do normalności zaczynał się z dniem powrotu do pracy.
Miasteczko kształtem przypominało gruszkę, droga z Allendale miała swój początek pomiędzy warsztatem kowala Ralph’a Buckman’a, a chatą Will’a Rickson’a i podwórzem budowniczego, nim przetnie się obie strony zieleńca, zostawiając wioskę za sobą, gdzie zupełnie jak łodyżka gruszki zwężało się między murami cmentarza i Elmholm House.
Chaty i domy wypełniające wioskę były rozmaitych kształtów i rozmiarów. Dom Ted’a Loam’a był dwupiętrowym mieszkaniem, gdzie drugie piętro używane było jako sklep rzeźniczy.
Dwa inne stojące osobno należały do Walter’a Bynge, kamieniarza i Thomas’a Wheatley’a, kupca zboża, który również przeznaczył górne piętro w razie potrzeby na sklepik z mąką i nasionami, mimo że jego główny interes kręcił się w Allendale.
Lecz większość mieszkańców pracowała w gospodarstwach lub jako poganiacze, którzy zacnie zachowując się w ciągu całego tygodnia, podobnie jak górnicy, nieco żywiej odbijali sobie to w jarmarczne dni, śluby, chrzciny, pogrzeby i z rzadka w sobotnie wieczory.
Był tam także, co oczywiste, zbór Metodystów oraz oberża, która przyciągała wieśniaków, którzy kierowali swe ślady w jej kierunku.
Po drugiej stronie drogi od murów cmentarza stała niska żelazna brama prowadząca do małej alei ukazującej Elmholm House, należący do Matthew Thornton’a.
Można by powiedzieć, że każdy w miasteczku do pewnego stopnia lubił Matthew Thornton’a, zaś jego żonę w żadnym wypadku. Powszechnie wiadome było, że Matthew Thornton’owi poszczęściło się w życiu, on sam nigdy temu nie zaprzeczał. Ani temu, że ludzie, u których służył mieli sklepik w Haydon Bridge, że edukację odebrał od starego emerytowanego nauczyciela, który mieszkał niedaleko jego domu i który przyjął go pod swoje skrzydła. Nauczyciel nie nauczył go jedynie czytania, pisania, czy rachunków, lecz zaszczepił w nim także znajomość łaciny. Ta ostatnia umiejętność sprawiała, że w jakimś stopniu czuł się inny, lecz mówił sobie już na początku, że na nic się to zda człowiekowi, który ma zostać inżynierem. Jednakże, w częstych rodzinnych rozmowach wieczornych w gospodzie, ją, madame, jego żonę, musiał ująć wynik tej edukacji, który dodał mu nie tylko pewności w mówieniu, lecz także i w śpiewie, była kimś lepszym, córką prawnika z Newcastle. Jednakże, o czym rozmawiano w pubie Franka Pearson’a, nie była spokrewniona z Beaumont’ami ze strony kuzynki Marion, ani też mąż jej kuzynki nie był przyrodnim kuzynem starego Beaumont’a. Kop najgłębiej jak się da, a kto wie, co znajdziesz, tak mówiono.
Stali klienci gospody mieli, z czego się śmiać, z pani Thornton i jej roszczeń do szlacheckich korzeni, tak samo bywalcy zboru i kościoła z wioski – zaś dla ich żon była pierwszą damą społeczności.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 30 Wrz, 2007 21:51   

Anne Thornton była kobietą wysoką, jej jasne włosy i porcelanowa skóra uwydatniały wyrazistość jej błękitnych oczu. Miała mały nos, duże usta, można by rzec pełne, lecz ładnie wykrojone. Nie miała na tyle dobrej figury by o tym wspominać, lecz wszelkie niedostatki w wiadomych częściach anatomii nadrabiała dumnym krokiem. Ponadto była znakomitą panią domu, dobrą matką dla czworga swych dzieci; zaś co do bycia dobrą żoną, jedynie Matthew Thorton mógłby co nieco powiedzieć w tym temacie.
Gdyby zapytać o nią jej dwójki służących, Bella Monkton, główna kucharka oraz Tessie Skipton, która pracowała jako pokojówka, pomoc kuchenna i opiekunka zwarłyby szeregi, popatrzyły na siebie, zacisnęły usta i nie pisnęły ani słowa. Bella Monkton, czterdziestolatka, czuła się przegraną kobietą, dla której staropanieństwo było wielką troską, a zdobycie pracy było trudne, chyba że używa się rozumu, by dbać o swoje sprawy, dlatego celowo wolała zatrzymać dla siebie opinię o swojej pani.
Tessie Skipton natomiast od jedenastego roku życia wiedziała z doświadczenia, że każde inne miejsce jest lepsze od przytułku, kiedy to przed czterema laty została stamtąd uratowana przez pana Thornton’a i dla którego mogłaby pracować dzień w dzień bez ustanku zdzierając ręce do kości. Lecz to nie dla niego pracowała i nie dla niego zdzierała paznokcie, lecz dla pani domu. Co o niej myśli? Tego nie powie. Tylko z Bellą mogłaby o tym mówić, a nawet wtedy byłoby to wyszeptane w skrytości poddasza, które dzieliły wspólnie na słomianym sienniku ułożonym na podłodze.
Miały się dobrze, obie, Bella Monkton i Tessie Skipton. Jedna dla drugiej była swoistym substytutem; jedna córką, druga matką, a ich wzajemne relacje pomagały w sprawnym prowadzeniu domu, ponieważ we dwie wykonywały pracę czterech służących.
Pracował tam jeszcze jeden służący, Dandy Smollett, który wcześniej także przebywał w przytułku. Miał czternaście lat i do jego obowiązków należało doglądanie ogrodu i zajmowanie się koniem, z którym dzielił stajnię.
John Thorton, najstarszy syn, miał dwanaście lat. Był już znacznego wzrostu; z wyglądu przypominał swoją matkę, choć charakteru z pewnością nie odziedziczył po niej.
Starsza z dziewcząt, Margaret, zdecydowanie wygląd wzięła po ojcu. Miała krępą twarz, jasne brązowe włosy, szare oczy i szerokie usta. Poza tym była niezwykle wrażliwym dzieckiem, które pochylało się z płaczem nad każdym zwierzęciem.
Robert, dziesięcioletni, wygląd zewnętrzny także odziedziczył po ojcu, był obecnie znacznie wyższy od Margaret. Miał duszę żądną przygód i silną, upartą osobowość; te cechy, jak się domyślał, otrzymał w spadku po swoim dziadku Thornton’onie.
Beatrice, najmłodsze dziecko, na którą najczęściej wołano Betsy, była dokładną kopią swej matki, w twarzy, w figurze i charakterze i mając dziewięć lat jej małostkowość przypisywano byciu dzieckiem, najmłodszym cherubinkiem w rodzinie, dlatego też wszyscy ją rozpieszczali.
W tej chwili wszystkie dzieci były w domu, John spędzał tu wakacje zdala od swojej oficerskiej szkoły w Hexam, a Margaret i Robert od dziennej szkoły w Allendale; Betsy nie uczęszczała jeszcze do szkoły, gdyż uznano ją za delikatnego zdrowia, choć nie znaczyło to, że wcale nie pobierała lekcji. Każdego dnia, o poranku przez godzinę i półtorej po południu matka czytała jej fragmenty z Biblii, uczyła czytania, pisania i arytmetyki, haftowania i gry na szpinecie.
Właśnie teraz Anne Thorton siedziała przy szpinecie, razem z Johnem, Margaret i Betsy stłoczonych wokół niej. Palce spoczywały na klawiszach, oczy skierowane były w stronę nut, lecz siedziała wciąż doskonała w swym dostojeństwie; jej powieki ani razu nie mrugnęły, ani palce nie poruszyły się, kiedy zawołała gwałtownie, ‘Robercie!’
Dzieci stojące przy jej boku zareagowały niepokojem. Margaret szturchnęła łokciem Johna, który w odpowiedzi do niej wyszczerzył zęby w uśmiechu, podczas gdy Betsy uniosła się cicho na palcach w swoich miękkich domowych kapciach i, patrząc się wokoło, obróciła szyję najwięcej jak mogła i spojrzała w stronę okna salonu; wtedy jej głos zaskrzypiał, krzyknęła z wrzaskiem, ‘Uciekł, Mamo; uciekł w dół alejki’.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pon 01 Paź, 2007 08:43   

Dwa ciacha od rana :banan_Bablu:

Dzięki Moniko. :kwiatek:
Znowu inżynier z zamiłowaniem do języków starożytnych :-D
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Narya 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 493
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 01 Paź, 2007 11:24   

I John Thorton. Trochę młody, ale zawsze to John Thorton :mrgreen: Zobaczymy co z niego wyrośnie :wink:
Moniczko :kwiatki_wyciaga:
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 01 Paź, 2007 16:17   

Narya napisał/a:
I John Thorton. Trochę młody, ale zawsze to John Thorton :mrgreen: Zobaczymy co z niego wyrośnie :wink:

:rotfl:

~~~

Anne Thornton podniosła się z obrotowego stołka przy fortepianie w takim popłochu, że jej szeroka spódnica trzepnęła młodszą z córek, omal nie pozbawiając jej równowagi; natychmiast znalazła się przy oknie, stukając mocno w szybę. Następnie otworzyła okno, zawoławszy, ‘Robercie!’, rozkazującym tonem.
Chłopiec odwrócił się i spojrzał na matkę; w końcu potrząsnął głową i rozkołysał się ramionami z boku na bok, zanim niechętnie wrócił na alejkę i prosto do domu.
Kiedy przekroczył długi, ciasny korytarz prowadzący do drzwi salonu, jego matka czekała na niego, lecz nim zdołała go skarcić, on szybko wtrącił, ‘Mamy wakacje, Mamo; jest taki ładny dzień, chciałbym się przejść na wzgórza’.
‘Co chciałabyś, a co musisz zrobić to są dwie różne rzeczy, Robercie. Już ci mówiłam, i jeśli raz jeszcze będziesz mi nieposłuszny będę zmuszona porozmawiać o tym z ojcem’.
Ta przemowa raczej nie zrobiła wielkiego wrażenia na chłopcu, który wkładając ręce do kieszeni spodni wysunął do przodu twarz, niechętnie wyrzucając stopę za stopą, przeszedł przez salon w kierunku brata i sióstr, którzy ukradkiem obserwowali go.
Anne Thornton usiadła ponownie na taborecie, umoszczając spódnicę uniosła palce do pianina, kiedy raz jeszcze przerwał głos jej nieznośnego syna, wołającego, ‘O nie, tylko nie to! „How Oft Has The Banshee Cried”. To brzmi jak pieśń pogrzebowa, jak jakiś lament’.
Było słychać w jej głosie, jak ciężką walkę o cierpliwość z sobą toczy, kiedy odpowiedziała nie poruszając rękoma i głową, ‘To jedna z najsłynniejszych pieśni pana Thomasa Moore’a. Co więcej, to jedyna piosenka napisana na cztery głosy i macie ją zaśpiewać bezbłędnie, by zaskoczyć ojca’.
Z ust Johna wydobyło się prychnięcie, a z ust Margaret chichot; ale dźwięki szybko rozpłynęły się w powietrzu, dzieci popatrzyły przez matkę, siedzącą bez ruchu, wyprostowaną i cichą, w kierunku nut leżących na statywie.
Zapanowała długa przerwa nim Anne Thornton przemówiła znowu, ‘Zaśpiewam zwrotkę, wiecie, w którym momencie macie wejść, w refrenie. Ty pierwsza, Margaret, później ty Robercie, i John’. Odwróciła głowę i spojrzała na swego drugiego syna mówiąc, ‘I pamiętajcie, wszyscy, tą piosenkę trzeba zaśpiewać tak jak jest tu zapisane’ – wskazała głową – ‘powoli i z powagą’.
Obróciła się w stronę pianina i cienkim, lecz wcale całkiem przyjemnym sopranem zaczęła śpiewać:

‘Jak często Banshee płakał,
Jak często śmierć rozwiązywała
Świetliste węzła utkanej Aureoli
Słodkie więzy splecione Miłością!’

W tym momencie uniosła rękę i klasnęła w powietrzu, a Margaret dołączyła głosem, śpiewając:

‘Pokój dla wszelkiej mężnej duszy w wiecznym śnie;
Wytchnienie dla każdego wiernego szlochającego spojrzenia;
Prawego i odważnego;
Wzdychającego nad bohaterskim grobem’.

Matka znów klasnęła na znak, by dołączyli John i Robert.
Zawtórowały głosy, podnosząc się i opadając w lamencie, w ostatnich słowach zaśpiewanych zgodnie: Wzdychającego nad bohaterskim grobem’.
Margaret zaintonowała głęboko; John również swym prostym, altowym głosem; nawet Betsy zapiszczała: ‘Nad bohaterskim gro…bem’.
Tego już było za wiele dla dzieci; także i dla ich matki. Kiedy John, Margaret i Betsy próbowały pohamować śmiech, ręce ich matki upadły na klawisze z taką siłą, że dźwięk zjawił się gwałtownie i nagle się zdławił. Okręcając się chwyciła swego nieznośnego syna za ucho, wymaszerowała z nim z salonu, wzdłuż korytarza aż do stopni klatki schodowej i tutaj, potrząsając jego uchem dopóki nie schował głowy chroniąc ucho w ramieniu, wrzasnęła na niego, ‘Idź natychmiast do swojego pokoju! Opowiem o wszystkim ojcu, kiedy tylko wróci’.
Kiedy rzuciła nim do przodu, upadł na pierwszy stopień; przyłożył rękę do piekącego ucha powoli zaczął się wspinać na górę, zatrzymał się nagle na półpiętrze i spojrzał na krzyczącą matkę, ‘Dopilnuję by zabronił ci pójścia na przyjęcie do pana Beaumont’a’.
Usta chłopca zadrżały, wyglądał tak jakby za chwilę miał się rozpłakać; jednak wysunął brodę do przodu, odwrócił się plecami do matki i przeszedł przez piętro do swojej sypialni.
Pani Thornton spojrzała za siebie, w stronę salonu, gdzie stała pozostała trójka i idąc do nich, panując nad głosem, powiedziała do Margaret, ‘Przynieś „Podręcznik młodej damy”, Margaret’. Następnie spojrzawszy na syna, zapytała, ‘Co zamierzasz robić, John?’
‘Nic, Mamo’. Przeważnie tak odpowiadał, z takim samym skutkiem mógłby powiedzieć, ‘Chyba pójdę się przespacerować na wzgórza’.
‘W takim razie, chodź z nami do cieplarni. Margaret czytała ostatnio o metalach z „Podręcznika młodej damy”. Ojciec będzie rady wiedząc, że interesuje się kruszcami i temu podobnymi’.
Odwróciła się mówiąc dalej, ‘Och, tu jesteś, moja droga’ i wyciągnęła dłoń biorąc książkę z rąk córki.
Idąc przez hall w kierunku cieplarni otworzyła książkę z namaszczeniem i przeczytała na głos:
„Podręcznik młodej damy; vademecum wytwornej rozrywki; ćwiczenia i zajęcia’.
Uśmiechając się rzuciła okiem na dzieci, ‘Za każdym razem, kiedy to czytam znajduję w tym wspaniałą przyjemność, której pierwszy raz doświadczyłam, kiedy moja droga mama zapoznała mnie z tą książką w moje czternaste urodziny’.
Obie dziewczynki, każda po jednej jej stronie truchtały przy matce, szeleszcząc spódnicami, spojrzały na nią, lecz nic nie odpowiedziały. Betsy nie powiedziała, ‘Opowiedz nam Mamo o przyjęciu na twoje czternaste urodziny’, ponieważ słyszała tą opowieść już tyle razy, że przestało to być ekscytujące, podczas gdy Margaret zastanawiała się, dlaczego bajki nigdy się nie nudziły, zaś opowiastki z dzieciństwa przykrzyły się zawsze.
Kiedy już wszyscy usiedli pośród donic z paprociami w cieplarni, Margaret początkowo dukając zaczęła rozprawę o metalach. Powoli, bezbarwnym tonem zaczęła czytać słowa, które nie miały dla niej żadnego sensu:

‘Czy nie jest odosobnionym przypadkiem to, że ruda metalu jest często całkiem niepodobna do metali? Wiele minerałów ziemnych widzimy często niemal w ich naturalnym kształcie; lecz kilka osób zapoznało się z rudą metali powszechnych w użyciu albo rozważało nad procesami potrzebnymi do ich produkcji z takich wyrobów jak to przyjęliśmy nazywać, z przyzwyczajenia, najprostszej wy… wygody. Czy może być coś bardziej podobnego do miedzi, niż te zielone okazy, eksponujące sko… skoncentrowaną powłokę o delikatnej, napromieniowanej konstrukcji? czy też te szlachetne, świetliście niebieskie, niezrównane bogactwo aksamitu, takie miękkie i jedwabiste z wyglądu? To ostatnie jest… pokryte miedzią; - miedź połączona z wodą; te zielone…’.
_________________
Niech moje tchnienie znajdzie w twym sercu schronienie, niech w twej miłości zatraci się moja dusza... Aamir
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - anime

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.