"- I ogłaszam was mężem i żoną.
Państwo młodzi odwrócili się i skierowali się do wyjścia z kościoła. Za drzwiami świątyni w promieniach jesiennego słońca powitał ich rozradowany tłum. Damy płakały, panowie się uśmiechali. W tej całej sforze ludzi cisnących się, aby zobaczyć młodych z bliska i im pogratulować szła obok swojego świeżo poślubionego męża Marianne Dashwood. Teraz już pułkownikowa Brandon. Szła z uśmiechem na ustach i tylko jej siostra widziała jak wiele ją to kosztuje i jak bardzo jest zagubiona.
Elinor powoli zaczynała żałować przystąpienia do spisku. A jeżli tym samym unieszczęśliwili oboje? Jak to ciężko przewidzieć czy podjęta decyzja była słuszna dopóki nie zobaczy się jej konsekwencji. A w tym przypadku mogą być nieprzyjemne.
W tym czasie korowód podążający za młodą parą dotarł już do powozu, którym państwo młodzi mieli odjechać bezpośrednio do Delaford. Marianne niepewnym krokiem wspomagana przez Brandon wsiadła do powozu i po raz ostatni spojrzała stojącej obok powozu siostrze prosto w oczy. Spojrzenie to wyrażało nieskrywaną panikę. Po chwili drzwiczki się zatrzasnęły i powóz odjechał a w nim przerażona dziewczyna.
- Obyśmy dobrze postąpili Edwardzie - odezwała się Elinor do męża. - Obyśmy nie mieli w przyszłości na sumieniu ich nieszczęścia.
- Zobaczysz moja droga. Będą jeszcze tak szczęśliwi jak my teraz."
"Po przyjeździe do Delaford Marianne była już tak zmęczona, że nawet nie dała się namówić na herbatę. Brandon widząc to polecił służącej zaprowadzić panią do sypialni, aby mogła udać się na spoczynek. Sam pułkownik pozostał w salonie i rozkoszował się świadomością, że jego cierpliwość i miłość zostały wynagrodzone przez los dostając taką wspaniałą żonę. Trapiła go jednak jedna myśl. Czy idąc tej nocy do żony nie wystraszy jej zbytnio i nie zniszczy tego, co z takim trudem udało się zbudować. Kiedy ogień na kominku już dogasał Brandon postanowił udać się na spoczynek. Skierował się do pokoju żony. Kiedy wszedł zobaczył, że Marianne już śpi. Przejęty widokiem podszedł do łoża i długo się jej przyglądał. Potem pochylił się, delikatnie ucałował jej policzek i wyszedł cicho zamknąwszy za sobą drzwi.
Poranek powitał Marianne pięknym słońcem przezierającym się między zasłonami. Przez chwilę myślała, że nic nie zmieniło się. Jednak zasłony i firany w oknach były inne, dywan nie był taki jak w jej pokoju i dźwięki ją dochodzące były jakieś obce. Strach powrócił do serca Marianne. Aby uniknąć spotkania z Brandonem postanowiła przejść się trochę po okolicy. Znała tutejsze ścieżki. Ileż to razy przemieżała je razem z Elinor. Teraz stała się panią tego wszystkiego.
– Czy nie za dużo wzięłam na siebie?? Czy dobrze postąpiłam?? Mam tylko 19 lat. Pułkownik jest tyle ode mnie starszy. Czy ja znajdę z nim szczęście? Nie jest taki jak Willouhby. Brandon ogóle nie jest podobny do niego. Dojrzały, spokojny, opanowany. Gdzież jest ta pasja w zachowaniu i uczuciu, które tak ceniłam? – ale to nie były wszystkie troski i niepewności, które kierowały Marianne. Najbardziej ją przerażało spełnienie obowiązku żony. Tej nocy pułkownik nie przyszedł do niej, ale nie miała, co liczyć, że tak będzie zawsze. Ale jak mogła przyjąć go do siebie? – Co ja zrobiłam? Jak mogłam do tego wszystkiego dopuścić?!
Kiedy wróciła ze spaceru do domu w drzwiach powitał ją mąż.
– Dzień dobry. Spacer się udał?
– Dzień dobry. Był bardzo miły. – odpowiedziała niepewnie.
Po chwili milczenia Marianne skierowała się do jadalni, aby zjeść śniadanie a pułkownik podążył za nią, bo jak się okazało zwlekał ze zjedzeniem posiłku na jej powrót."
"Dzień mijał powoli. Jak się później okazało znajomi i służba postąpili zapobiegliwie i nie pozostawili żadnego zajęcia, żadnej sprawy do wykonania. Dwór Barton Park był pusty gdyż państwo Middletonowie wraz z Panią Jenings wybrali się w odwiedziny do jakiejś dalszej rodziny. Elinor i Edward pozostali w Barton Cottage, gdyż Elinor coraz ciężej znosiła trudy podróży w swoim stanie. Państwo Brandon byli, więc sami i skazani na swoje towarzystwo.
Po kolacji pułkownik poprosił Marianne, aby ta zagrała na pianoforte, na co dziewczyna przystała więcej niż chętnie. Po chwili pusty prawie pokój zalał piękny głos i dźwięki instrumentu. Po muzyce przyszedł czas na lekturę. Po przeczytaniu kilkunastu stron Marianne podziękowała za miły wieczór i udała się na spoczynek.
Brandon zdawał sobie sprawę, że nie może odkładać sprawy na wieczność, bo to nie tylko jego męczyło, ale i dziewczynie musiało dać się we znaki. Odczekawszy chwilę poszedł do sypialni Marianne. Kiedy przekroczył próg pokoju ujrzał bladą twarz dziewczyny czekającej na niego. Ubrana już była w koszulę nocną a włosy miała splecione w warkocz. Nie wiedząc jak się wobec niej zachować, instynktownie podszedł do niej i ucałował ją najpierw w dłoń, potem w czoło. Poczuł, że zadrżała. Delikatnie objął ją i pocałował w policzek. Dziewczyna stała sztywno. Pułkownik postanowił postawić wszystko na jedną kartę i pocałował Marianne w usta. Na początku dziewczyna nie okazywała nic, ale po chwili rozluźniła się nieco. Brandon potraktował to jako zachętę i zacieśnił uścisk zmuszając tym samym Marianne do przytulenia się. Ciągle ją całując powolnym ruchem rozplatał warkocz dziewczyny aż jej piękne włosy kaskadą fal opadły na plecy. Delikatnie, aby jej nie wystraszyć wziął ją na ręce i zaniósł na łoże. Położywszy ją na nim zaczął zdejmować z siebie surdut i kamizelkę. Zauważył, że ta czynność przykuwa wzrok żony. Po chwili zdjął też koszulę i powrócił do pozostawionej na posłaniu dziewczyny. Wyraz zdziwienia w jej oczach był dla Brandona największym pochlebstwem. Delikatnie zaczął dotykać i całować żonę po całym ciele. Marianne już nie okazywała niechęci. A wręcz przeciwnie. Czekała na każdy gest, jaki mąż wykona i przyjmowała wszystko z nieskrywaną radością. Sama jednakże nie wykonała żadnego gestu. Jednakże nie było to potrzebne."
Author Kaori-night
"Skrępowanie, jakie przyszło następnego dnia dla Marianne było nie do zniesienia. Bała się spojrzeć mężowi w oczy, kiedy zeszła na śniadanie. Ale pułkownik powitał ją z uśmiechem na ustach i jeszcze większą galanterią niż zawsze.
– Co byś powiedziała na spacer lub przejażdżkę faetonikiem po okolicy?
– Dziękuję, chętnie. – odparła żona.
– Przyszedł list od Twojej matki. – powiedział mąż podając jej kopertę. – Coś się stało? – zapytał kiedy Marianne otworzyła prędko list i łapczywie go czytała.
– Matka pisze, że emocje ostatnich dni wywołały wcześniejszy poród ale Elinor i synek czyją się bardzo dobrze. Edward jest bardzo zadowolony. Do domu będą wracać najwcześniej za dwa tygodnie. – uśmiechnęła się – Chcą dać dziecku na imię Chrostoffer, po człowieku którego bardzo cenią. – tu podniosła wzrok na męża chcąc zobaczyć jaka będzie jego reakcja.
Pułkownik ze wzruszenia nie wiedział co powiedzieć. Duma jaką odczuł słysząc słowa żony była tak wielka że aż niedająca się opisać. Marianne w przypływie radości podeszła do męża i przytuliła się wylewając w jego ramię łzy. Brandon wiedząc że to łzy szczęścia nie starał się uspokoić dziewczyny tylko przytulił ją mocno do siebie.
Dopiero po chwili Marianne zdała sobie sprawę z tego jak się zachowała. Delikatnie odsunęła się od męża i ze spuszczoną głową wróciła na swoje miejsce.
– Może zamiast przejażdżki przeszlibyśmy się gdzieś? – nieśmiało zaproponowała dziewczyna podnosząc wzrok i patrząc niepewnie na męża.
– Jeśli masz ochotę na spacer to oczywiście.
ROZDZIAŁ 2
Marianne dojrzewała wraz z ilością przybywających jej obowiązków. Teraz zajmowała się prowadzeniem domu, opiekowała się wsią i pomagała Elinor w opiece nad jej synkiem. Na święta wszyscy mają pojawić się w Delaford, więc miała teraz wiele więcej zajęć, jako że do świąt pozostało niewiele ponad 2 tygodnie. Matka z Małgorzatą miały zjechać jeszcze dziś a państwo Palmerowie, Middletonowie i pani Jennings za tydzień. Pułkownik cieszył się niezmiernie mogąc gościć w swoim domu tylu znajomych więc nic nie mogło negatywnie wpłynąć na jego nastrój. Mimo, że teraz widywali się rzadziej, bo Brandon wrócił do swoich obowiązków a i Marianne miała ich nie mało, między nimi układało się całkiem dobrze. Wciąż jednak żona nie potrafiła swobodnie zachować się przy mężu, co niestety sprawiało mu ból. Dziewczyna nadal była skryta i małomówna. Co wieczór ona śpiewała mu, on jej czytał. Ale nie zamieszkali w jednej sypialni. Nadal żyli obok siebie zamiast z sobą. On czekał na znak. Ona nie umiała mu go dać."
Author Kaori-night
Dzięki waszemu zainteresowaniu mam kolejny kawałek.
"– Wracam do domu Elinor bo w każdej chwili może mama z Małgorzatą zjechać a chciałabym powitać je osobiście. – powiedziała siostrze. – Pułkownika nie ma w domu więc wszystkiego ja doglądam.
– A gdzież się pułkownik podziewa? – zapytała Elinor obserwując siostrę.
– Wyjechał na 3 dni do Londynu. Spodziewam się jego powrotu jutro po kolacji. Czas na mnie. Pozdrów Edwarda i pamiętaj, że jutro koniecznie musicie przyjechać na śniadanie.
W domu czekała na nią niespodzianka. Matka z Małgorzatą już przybyły i powitał je nie kto inny jak sam pan domu, który tak się stęsknił za swą piękną żoną, że postanowił wrócić wcześniej. Marianne niepomiernie ucieszyła się z widoku wszystkich jej bliskich tak samo, choć nie tak samo to okazała. Radość była tak silna, że aż dziewczyna zasłabła w progu. Pod wieczór okazało się, że stan Marianne się pogorszył do tego stopnia, że nie miała siły dopełnić tradycji śpiewu i gry i wcześniej udała się na spoczynek. Zatroskany Brandon osobiście odprowadził ją do sypialni i siedział przy niej aż zasnęła. Sen miała bardzo niespokojny z początku ale kiedy mąż ją wziął w ramiona uspokoiła się i spała mocno aż do rana.
Rano kiedy się obudziła zobaczyła męża śpiącego w fotelu przysuniętym do jej łoża i trzymającego ją za rękę.
– Dzień dobry. – odezwała się cicho.
– Dzień dobry. – odpowiedział Brandon budząc się na dźwięk jej głosu. – Jak się dzisiaj czujesz?? Zmartwiłaś nas swoim zasłabnięciem.
– Dziękuję, lepiej. Czy byłeś tu, pan, całą noc? – zapytała niepewnie.
Pułkownik uśmiechną się i skiną głową na potwierdzenie.
– Martwiłem się stanem Twojego zdrowia i chciałem... mógłbym... nie chciałem Cię zostawiać samej. – powiedział. – Ale widzę, że wróciły Ci rumieńce. To musiało być tylko chwilowe osłabienie. – pułkownik podniósł się do wyjścia.
– Sir. – zatrzymał go głos żony – Dziękuję za troskę.
Brandon zatrzymał się w drzwiach i powiedział:
– Chciałbym, żebyś nazywała mnie moim imieniem. W końcu jesteśmy małżeństwem a nie obcymi ludźmi. – i z tymi słowami opuścił pokój żony.
Marianne pośpiesznie ubrała się i zeszła na dół aby dopilnować wszystkiego należycie. Chwilę później przyjechali Edward i Elinor z maleństwem i zaczęło się podziwianie 3 miesięcznego dziecka. Na szczęście młody pan Ferrers był dzieckiem pogodnym, więc ze spokojem zniósł te całe zamieszanie a potem grzecznie poszedł spać.
– Marianne, a kiedy ty przysporzysz mi wnuków? – zapytała z niezwykłym brakiem delikatności pani Dashwood. – Nie zwlekaj z tym zbyt długo.
Na te słowa Marianne się zarumieniła a Brandon odwrócił głowę.
– Mamo czy miałaś jakieś wieści od Johna i Fanny? – starsza siostra natychmiast zmieniła temat widząc reakcje gospodarzy. – Nie mam jakoś od nich znaku życia. Zapowiedzieli, że odwiedzą nas jak synek nam podrośnie.
Marianne wdzięczna za wyczucie siostry podjęła ten temat:
– Do mnie też się nie odzywali. Wysłałam im zaproszenie na święta do Delaford ale niestety do teraz nie dostałam odpowiedzi.
– Ja dostałam list od Johna jakiś tydzień temu. Pisał mi, że w Norland panuje epidemia grypy. Wszystkie ich dzieci są chore. Najgorzej jest z najstarszą córką. Lekarz nie daje jej żadnych szans na wyzdrowienie. Nie mają czasu pisać.
- To straszne. – powiedziała Elinor i uścisnęła rękę męża. – Mam nadzieje, że do nas nie dotrze ta choroba."
Author Kaori-night
"- Spokojnie. – uspokoił ją mąż. – Nic nam nie grozi. Marianne strasznie pobladłaś. – zwrócił się do szwagierki.
Rzeczywiście Marianne zbladła i osunęła się na fotel. Brandon od razu podbiegł i wziął ją na ręce. Poleciwszy służącemu posłać po lekarza, przeprosił gości i zaniósł żonę, jak by nic nie ważyła, bezpośrednio do sypialni. Była ona przytomna ale zbyt słaba, żeby sama mogła się poruszać.
– Nie powinienem pozwalać Ci dzisiaj wstawać. – wyrzucał sobie pułkownik. – Powinnaś wypoczywać.
– Christoffer, nie martw się. Wszystko w porządku. Jestem tylko zmęczona. – na dźwięk swojego imienia wypowiedzianego przez żonę podszedł do niej. – Zostań ze mną do przyjazdu lekarza, proszę.
– Oczywiście najdroższa. – mąż uśmiechną się. Na takie słowa z jej strony czekał. Przysiadł na łożu i przytulił do siebie żonę.
Po pewnym czasie, który wydawał im się chwilą, usłyszeli pukanie do drzwi. Elinor przyszła powiedzieć, że lekarz już przyjechał i zapytać czy może go przyprowadzić. Pułkownik niechętnie wypuścił żonę z objęć i wyszedł na czas badania z sypialni.
Kiedy lekarz badał Marianne jej mąż przemierzał korytarz szybkim krokiem, denerwując się co tez medyk może powiedzieć. Na szczęście długo czekać nie musiał. Po chwili w drzwiach pojawił się doktor Cart prosząc pułkownika do sypialni. Kiedy Brandon wszedł jego żona leżała uśmiechnięta w łożu. Podszedł do niej natychmiast i wziął za rękę.
– Doktorze, co jej jest? – zapytał nie czekając aż lekarz sam się odezwie.
– Diagnoza jest prosta. Z całą pewnością pułkownikowa jest przy nadziei. – odparł lekarz.
Brandon spojrzał najpierw na niego a potem na swą młodą, piękną żonę. Nie mógł uwierzyć, że los chciał go obdarzyć aż tak wielkim szczęściem.
– Ale skąd w takim razie te omdlenia? – dopytywał się Brandon patrząc wciąż na żonę.
– To jest kwestia zmęczenia. Zalecam pozostanie w łożu co najmniej przez tydzień. To powinno pomóc na omdlenia. W razie czego proszę mnie wzywać. – powiedział lekarz po czym się pożegnał i wyszedł.
Pułkownik nie mówił nic. Tylko patrzył na żonę wzrokiem pełnym miłości. Marianne ze wzruszenia popłynęły łzy z oczu. Ona też nie wiedziała co powiedzieć. Mąż pogładził ją po policzku i bardzo delikatnie do siebie przytulił.
– Nie wiem co powiedzieć tak się cieszę. – powiedział w końcu. – Teraz będziesz potrzebować dużo odpoczynku i spokoju. Niech gospodyni zajmie się przygotowaniem do świąt. Tobie nie wolno wstawać. Już ja tego dopilnuje... Jeśli mi pozwolisz. – Brandon odsunął trochę żonę od siebie i spojrzał jej w oczy.
– Niczego innego nie pragnę. – odparła Marianne."
Mimi to nie mi sie nalezy ten kwiatek ale bardzo jestem wdzieczna. dla Ciebie
"Kiedy zjechało całe towarzystwo dom w Delaford rozbrzmiewał głosami, radością i krzykami dzieci, jako że i Middletonowie i Palmerowie zabrali wszystkie swoje pociechy. Radość była ogromna kiedy całemu towarzystwu przedstawiono młodego pana Ferrarsa, a jeszcze większa, kiedy pułkownik przyznał, że niedługo w tym domu nie będzie trzeba pożyczać dzieci żeby było głośno. Najgłośniej z tego cieszyła się pani Jennings powtarzając ciągle, że ona wiedziała że tak będzie. To były najpiękniejsze święta Brandona od tragedii z Elizą Williams.
ROZDZIAŁ 3
W trosce o zdrowie Marianne pułkownik zdecydował się nie wyjeżdżać do Londynu. Goście się rozjechali i państwo Brandon zostali znowu sami.
Pewnego wieczoru Marianne zastała męża pogrążonego w rozmyślaniach. Sądząc po wyrazie twarzy nie były to przyjemne myśli. Zajęła miejsce obok męża i z troską zapytała:
– Czy coś się stało? Taki smutny jesteś.
– Dostałem list od mojej podopiecznej Beth. Pisze mi, że chciałaby się spotkać ze mną. Jej córeczka jest już duża i Beth chce wrócić do towarzystwa.
– Co w tym złego? Przecież to młoda dziewczyna. Nie ma się co dziwić. – odparła żona.
– Beth chce przyjechać tutaj na razie. Nie wiem czy taka osoba jak ona nie wpłynie negatywnie na stan Twojego zdrowia. Ale chciałbym zaprosić tutaj Beth.
– Więc nie zastanawiaj się dłużej tylko napisz jej, żeby przyjeżdżała. – uśmiechnęła się Marianne i uścisnęła dłoń męża. – Jakoś się z nią porozumiem. A teraz powinieneś odpocząć. Dopiero co wróciłeś z Londynu.
– Masz absolutną rację. Muszę odpocząć. Ale ty też powinnaś odpocząć. Słyszałem, co dzisiaj robiłaś w ogrodzie. – dodał z uśmiechem.
Rzeczywiście obojgu potrzebny był odpoczynek. W świetle nowego dnia problemy wydały się mniejsze niż na początku sądzono i zaraz po śniadaniu Brandon napisał do swojej podopiecznej, że oboje z niecierpliwością oczekują jej przyjazdu.
Beth nie zwlekała z przyjazdem i, zanim na dobre zaczęła się wiosna, zajechała karetką przed drzwi domostwa Delaford. Pana domu akurat nie było więc nowo przybyłą przywitała tylko pani domu. Niestety nadzieje Marianne co do zawarcia porozumienia już na samym początku legły w gruzach. Beth czuła się w Delaford jak we własnym domu i do przyjazdu pułkownika doprowadziła panią domu to omdlenia. Kiedy Brandon wrócił do domu przywitał go radosny okrzyk podopiecznej. "
MiMi ja tez uwielbiam male dzieci. moja siostra za miesiac urodzi swoje wiec wtedy bede swirnieta ciocia!!
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum