PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Gosia
Sob 08 Mar, 2008 18:50
Megafanfik - odsłona III
Autor Wiadomość
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Czw 05 Kwi, 2007 18:09   

No widzisz... A Darcy nie wie. JESZCZE nie wie... :wink:
I jeszcze próbuje walczyć, bo on bardzo do rodowej tradycji przywiązany jest. Ale mu przejdzie... I to bardzo niedługo. :grin:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 05 Kwi, 2007 20:33   

Kaziuta napisał/a:
Dzisiaj przeczytałam. Niteczki mnie zachęciły.

Maryann napisał/a:
Obowiązek i pragnienie walczyły w jego piersi. To musi być obowiązek. Wiedział, że musi !


Dlaczego musi ? Nasz ordynat to od początku wiedział, że będzie walczył, a nie ożeni sie z obowiązku i dlatego go lubię.


Kaziutku, bo ordynat to ...ordynat z naszej krwie słowiańskiej, im trudniej tym lepiej, a on co? Bubek malowany, nawet za ich niebo musieliśmy się w Dywizjonie 303 i nie tylko, narażać :wink:
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1637
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 09:09   

Rozdział IX cz. 9

- Panie Darcy!
Partia została zakończona, Bingley, Hurst i inni ruszyli w stronę wystawionych dań, dając pannie Bingley sposobność do wyszeptania niemal bez tchu Darcy’emu:
- Zamierzam złożyć wizytę pannie Bennet w sobotę. Co by pan radził?
Darcy uniósł porto do ust i powoli opróżnił kieliszek. Potem wstając spojrzał bez wyrazu na nią.
- Proszę robić, co pani uzna za stosowne w sprawie panny Bennet. Nie chcę więcej słyszeć jej imienia.
*
Gdy James zdołał zatrzymać pod portykiem Broughton Castle źle dobrane konie, które zmuszeni byli wziąć w ostatnim zajeździe, Darcy był już całkowicie wyczerpany i żałował impulsywnej decyzji wzięcia udziału w przyjęciu Saye’a. Podróż przebiegała z incydentami, a zgrzyty w tylnej osi powozu nie ustawały ani na chwilę. Drogi pokryte śniegiem zwiększały niewygodę i czas podróży, przyczyniając się dodatkowo do spóźnienia, tak więc gdy przybyli, lampy płonęły już w portyku i w Wielkiej Sali zamku, z której odwołano Saye’a od kolacji, by go powitał.
- Darcy, drogi przyjacielu! – zawołał Saye od wejścia – jaką okropna podróż musiałeś znieść! To twoja pierwsza wizyta w Broughton Castle. Musisz pozwolić mi zatrzeć pierwsze złe wrażenie.
- Saye – skłonił się – to ja muszę przeprosić za przerwanie ci kolacji i odciągnięcie cię…
- Dość, dość, Darcy, nie mów nic więcej. Starzy przyjaciele nie muszą robić takich ceremonii. Z pewnością jesteś głodny a stół czeka nakryty. Pozwól, że mój człowiek zaprowadzi cię do twoich pokoi, dołącz do nas jak tylko będziesz gotów – odparł Saye z uśmiechem, który odpowiadała jego rosłej posturze ruszając w stronę służącego.
Z Fletcherem na posterunku Darcy podążył za lokajem do wystawnie urządzonych apartamentów wyglądając na mały, ogrodzony ogród, teraz jałowy i pokryty śniegiem. Za ogrodem królowały cienie nocy, ale pomyślał, że fosa, którą mijali ciągnie się dalej na wschód. Niewiele mieli czasu na przyjrzenie się wygodom pokoju, po chwili odgłos kufrów rzucanych na podłogę garderoby odwołał Fletchera do jego obowiązków. Wkrótce pojawiła się gorąca woda i ciepłe ręczniki, dowód cichej sprawności Fletchera, Darcy zaczął żywić nadzieję, że zrzuci z siebie niewygody i niepokój ostatnich dni i że zdoła spojrzeć na nie z właściwej perspektywy. „Właściwa perspektywa!” Darcy zadumał się, gdy siadał, by pozwolić Fletcherowi pozbawić się całodniowego zarostu. Jego palce nieświadomie zagłębiły się w kieszonkę kamizelki, ale niczego tam nie znalazły. „Co?” zerwał się, a po chwili zreflektował, ale było za późno, ostrze Fletchera zacięło go w brodę.
- Och, proszę pana – zawołał zrozpaczony Fletcher i pospiesznie przyłożył ręcznik do rany.
- Do diabła! – krzyknął Darcy strząsając spienione mydło, gdy przeganiał kamerdynera i chwytał ręcznik. Spojrzał na jaskrawą, czerwoną plamę. Przyłożył ją z powrotem do twarzy, westchnął i opadł na krzesło.
- Doskonałe zakończenie tego dnia! – przez chwilę tylko spoglądał w sufit, potem odwrócił się do kamerdynera – można coś zrobić, Fletcher?
Fletchera, uzbrojony w plaster, przetarł skaleczenie i przykleił opatrunek, jego twarz wyrażała zaniepokojenie.
- Skaleczenie nie jest głębokie, proszę pana i powinno zagoić się szybko, ale nie jestem pewien, czy będzie można usunąć plaster zanim pójdzie pan na dół na kolację.
Darcy skrzywił się
- Muszę pójść na dół, skoro przybyliśmy tak późno. Odmówić dołączenia do towarzystwa byłoby afrontem dla Saye’a i jego gości.
Przyjął swoją poprzednią pozycję w fotelu.
- Skończ swoją pracę, Fletcher. Skoro plaster ma być dowodem mojej głupoty, niech tak będzie – kamerdyner rzucił mu zaciekawione spojrzenie, wziął ponownie do ręki kubek z mydłem i pędzel z włosia borsuczego, ale nic nie powiedział.
Nazwał to głupotą, bo istocie nią było. Oczywiście, że zakładki nie było w kieszeni! Została w kasetce z biżuterią, gdzie sam ją włożył, by trzymać ją z dala od siebie. Jak mógł pozwolić, by stała się niemal talizmanem, przeklętą zajęczą łapką! „Dobry Boże, spraw, żebym nie stał się jeszcze większym głupcem!”
„Perspektywa” Darcy przywołał się do porządku, tym razem myśląc o swoim wyjeździe z miasta poprzedniego dnia i chłodnym pożegnaniu z siostrą. Georgiana była zmartwiona jego nagłym oświadczeniem, że zamierza opuścić ją na tydzień lub więcej na rzecz towarzystwa ludzi, których ledwie znał. Od dnia, kiedy jej to powiedział do dnia wyjazdu, dzielnie walczyła ze swoim rozczarowaniem zdobywając się na uśmiech, co sprawiało, że czuł się jeszcze bardziej winny z powodu swojej dezercji. Być może dlatego zaczął zachwalać plany rozrywek, jakie miała dla niej ciotka, kończąc na obietnicy Broughama, że zaopiekuje się nią. To właśnie wtedy Georgiana straciła cierpliwość.
- Lord Brougham? – powtórzyła – Dlaczego jego lordowska mość miałby obiecać coś takiego?
Spojrzała na niego w sposób, którego nie rozumiał.
- Chyba nie prosiłeś go, by na mnie uważał. Powiedz, że tego nie zrobiłeś!
- Nie, najdroższa, sam to zaproponował, kiedy mu powiedziałem, że zamierzam wziąć udział w przyjęciu Saye’a. On także należał do bractwa*, jak wiesz, i też dostał zaproszenie.
Odwróciła się od niego i powiedziała niskim, pełnym napięcia głosem.
- Jestem zdziwiona więc, że lord nie bierze w nim udziału. Takie zgromadzenia są niezbędne jego towarzyskiej naturze.
- Georgiano! – upomniał ją zaskoczony jej tonem. – Lord Brougham jest od dawna moim dobrym przyjacielem i choć nie podoba mi się życie jakie prowadzi, nikt nie może mu zarzucić nic ponad marnowanie wybitnego intelektu. To niegodne z twojej strony powziąć do niego niechęć, gdy on dba o twoje sprawy.

* bractwo – chodzi o takie mini stowarzyszenia, jakie powstawały i nadal powstają na uniwerkach w ramach „domów studenckich”, jak powiedział kiedyś Hugh Grant, który ukończył zdaje się Oxford i należał do takiego stowarzyszenia, członkowie tych klubów zajmowali się głównie „piciem i nierządem” :) Oczywiście nie dotyczy to Darcy’ego, popierdółki naszej jedynej z kijem brzozowym w funkcji rdzenia kręgowego.
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 09:30   

Oczywiście nie dotyczy to Darcy’ego, popierdółki naszej jedynej z kijem brzozowym w funkcji rdzenia kręgowego.

Kocham Carolcię! Wspominałam już kiedyś o tem? :lol: :lol:
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 09:37   

Caroline napisał/a:
Spojrzał na jaskrawą, czerwoną plamę.

CZERWONĄ ? :shock:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 11:02   

Maryann napisał/a:
Caroline napisał/a:
Spojrzał na jaskrawą, czerwoną plamę.

CZERWONĄ ? :shock:


Podstępny! A myślałyśmy, że jest błękitnokrwisty. Tfu! Zlustrować go!
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 11:11   

A tak się obnosi ze swoją arystokratycznością i nosa zadziera... Wyszło szydło z worka... :lol:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 22:08   

Proponuję jakiś jubileusz z okazji zakończenia drugiej setki stron na Wordzie. :D
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1637
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2007 22:14   

Drogie Damy!
Jutro od rana idę święcić jajka, więc nie będzie mnie na forum. Nieco więc przedwczesna wklejka fanfikowa :D

Rozdział IX cz.10

- Dba o moje sprawy? – odpowiedziała rumieniąc się na to upomnienie – Nie będę udawać, że rozumiem, co masz na myśli.
- Jesteś dobrze wychowaną kobietą, więc nie ma powodu, byś rozumiała – odparł podniesionym głosem poirytowany bardziej własnym poczuciem winy niż przewinieniem siostry – a raczej nie powinno być powodu, dla którego lord miałby podejmować jakieś działania.
Przestraszone spojrzenie, jakie mu rzuciła słysząc jego pochopne słowa, głęboko go poruszyło, przeklął sam siebie.
- Georgiano, wybacz mi, nie chciałem…
- On wie? – wyszeptała, gdy Darcy brał ją za rękę.
- Nie, nie o tym!
- A o czym? – odważyła się spojrzeć na niego, ale on nie wiedział co odpowiedzieć I tylko spoglądał ponuro na ich splecione palce – Fitzwilliamie musisz mi powiedzieć, co masz na myśli. W jaki sposób lord Brougham ma dbać o moje sprawy.?
- Robi to, jak rozumiem, z powodu naszej wieloletniej przyjaźni – wyznał niepewnie – uniemożliwił wyjście na jaw twoich „zainteresowań” w kulturalnym towarzystwie.
- Moje „zainteresowania” – powtórzyła słabo wycofując ręce z jego uścisku. – Rozumiem.
Podniosła się i podeszła do pianoforte. – Skąd lord wie o moich zainteresowaniach? Rozmawiałeś z nim o tym?
- Nie, nigdy nie podjęliśmy tego tematu – on także wstał, ale zachował dystans między nimi, którego Georgiana zdaje się pragnęła.
- Jak więc…
- Twoja książka! Nie pamiętasz pierwszego dnia, kiedy przyszedł? Myślałem, że o niej zapomniał, ale kiedy grałaś, dyskretnie ją podniósł. Jego reakcja była bardzo znacząca.
Odwróciła się od niego przebiegając palcami po błyszczącej politurze pianoforte w całkowitej ciszy.
- Wstydzisz się mnie, bracie – pytanie, gdy wreszcie padło, zawisło między nimi jak chmura. – To czego nie uczyniło moje grzeszne szaleństwo i zdrada Wickhama, osiągnęło moje religijne zaangażowanie! A lord Brougham konspiruje z tobą, żeby ukryć moją ekstrawagancję przed światem.
- Nie, Georgiano… najdroższa, nie wstydzę się ciebie – szukał słów. – Jestem bardzo zaniepokojony, do czego może ta obsesja doprowadzić… nie wiem. – zamilkł zniechęcony, wiedząc, że jego słowa nie naprawią krzywdy, którą spowodował.
Spróbował jeszcze raz, starając się, by jego głos jak najlepiej oddawał całą jego szczerość.
- Musisz mi uwierzyć, kiedy mówię, że znam świat, w którym się poruszamy i że nie toleruje on tych, którzy przekraczają przyjęte granice. Pewnego dnia będziesz musiała zająć swoje miejsce w tym świecie, taki jest twój obowiązek. Nie dotrzymałbym słowa danego naszemu ojcu, nie okazałbym w pełni mojej miłości, gdybym nie zrobił wszystkiego, co możliwe, by twoje szczęście i obowiązki były zbieżne.
Jej głębokie, drżące westchnienie wstrząsnęło nim do głębi, poczuł ból w sercu, ale zachował spokój całkowicie przekonany o prawości swoich słów.
- Wydaje mi się, że cię rozumiem, Fitzwilliamie, musisz wiedzieć, że doceniam twoją troskę o mnie – wyszeptała odwracając się w końcu do niego, jej oczy błyszczały od łez.
Podszedł do niej i przyciągając ją do siebie ucałował ją w czoło.
– Ale lord Brougham, bracie! – szeptała w fałdy jego krawata. – Jest tak lekkomyślny, a rozmowa z nim to zawsze zawiła dyskusja o błahostkach.
- To prawda, ale tylko częściowo – zapewnił. – Wiele kryje się w Dy’u, o czym kręgi towarzyskie nie wiedzą, a jego „błahostki” często okazują się wartościowe – pogładził ją po policzku. – Nie doceniasz go, słodziutka. A powinnaś, jeśli nie znajdujesz innych powodów, to choćby dlatego, że jego rekomendacja może otworzyć ci drzwi, przez które pewnego dnia chciałabyś przejść.
Uniosła brwi nie potrafiąc ukryć powątpiewania w jego ostatnie słowa, ale nic więcej nie powiedziała.

Gdy pociągłymi, wyćwiczonymi ruchami Fletcher usuwał zarost z jego twarzy, Darcy ponownie zamyślił się nad łzami Georgiany. Jej oskarżenie, że się jej wstydzi prześladowały go całą drogę na północ, podobnie jak powody tej podróży. Mimo słów wypowiedzianych do panny Bingley i przyrzeczenia, jakiego dokonał pod wpływem brandy, twarz i głos Elizabeth Bennet przenikały jego myśli. Pozbył się pamiątki po niej, co miało być krokiem w stronę doprowadzenia się do porządku, ale nadal nieświadomie sięgał po nią, tak jak teraz. Od tej nocy, kiedy postanowił wytrwale szukać żony, pocieszał się myślą, całkowicie logicznie wyrozumowaną, że jego niezdolność do odsunięcia od siebie Elizabeth Bennet wynikała tylko z tego, że jeszcze nie odnalazł Właściwej Kobiety. Gdy tylko ją spotka, ta druga zblaknie, na zawsze zostanie przesłonięta. Ale była to, jak powiedział Poeta ustami przebiegłego króla Johna „marna pociecha”. Ta słabość woli, brak panowania nad sobą, człowieka, który szczycił się samokontrolą, wydawała się udręką zesłaną na niego z samego Hadesu.
A teraz troska Georgiany połączyła się z rozmyślaniem o Elizabeth, by jeszcze bardziej podkopać jego pewność siebie. Z pewnością nie mylił się w swojej ocenie. Czy to możliwe, by jego podejście do religijnej pasji Georgiany wynikało ze wstydu za własną słabość? Fletcher skończył i wręczył mu świeży, ciepły ręcznik. Darcy przycisnął go do twarzy, powoli usuwając resztki zarostu. Zastanawiał się, czy przerzucił na siostrę brzemię uwagi, które gwoli uczciwości, jego własne działania mogły ściągnąć – jeśli miałby ulegać takim pragnieniom? Wstał z krzesła rozwiązując krawat, potem rozpinając koszulę podszedł do dzbana, by dokończyć toalety przed ubraniem się. A może Georgiana zdołała zajrzeć w jego serce i wyczytała w nim prawdę – głębokie niezadowolenie z tego, jak Stwórca kierował jego sprawami. Czy jego zakłopotanie spowodowane jej oddaniem wynikało z towarzyskich konsekwencji czy może z jego własnego podejrzenia, że takie oddanie było bardzo naiwne i nie na miejscu i mogło wyrządzić jego siostrze krzywdę?
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Sob 07 Kwi, 2007 21:56   

Caroline napisał/a:
Od tej nocy, kiedy postanowił wytrwale szukać żony, pocieszał się myślą, całkowicie logicznie wyrozumowaną, że jego niezdolność do odsunięcia od siebie Elizabeth Bennet wynikała tylko z tego, że jeszcze nie odnalazł Właściwej Kobiety. Gdy tylko ją spotka, ta druga zblaknie, na zawsze zostanie przesłonięta.

Akurat... :mrgreen:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1637
Wysłany: Nie 08 Kwi, 2007 09:14   

Przy jajeczku....

Rozdział IX cz. 11

Darcy złożył ręce i pochylił się nad dzbanem, chlusnął sobie gorącą wodą w twarz. Szok wywołany gorącem podziałał odświeżająco i pobudzający, podobnie jak otarcie twarzy ręcznikiem, który Fletcher położył mu pod ręką.
Podobnie jak Kasjusz, za dużo rozmyślał, co najwyraźniej było niebezpieczne. Działanie, aktywność – tego wymagało jego ciało i umysł, a nie dręczących myśli, tych kręgów w kręgu. Przyjechał tu by znaleźć odpowiednią żonę, a przynajmniej zacząć na poważnie poszukiwania, a także dobrze się bawić – przypominał sobie. „Do dzieła więc!”
Fletcher wyjął piękną, świeżą, batystową koszulę, którą na znak Darcy’ego wsunął mu na ramiona.
- Panie Darcy – wymamrotał pokazując do zaakceptowania wieczorowy strój, który wybrał.
- Tak – przystał na wybór Darcy – Fletcher, co z tym plastrem?
Lokaj przyjrzał się mu uważnie, wyciągnął rękę i delikatnie szarpnął plaster wywołując grymas na twarzy swojego pana.
- Jeszcze krwawi, proszę pana. Nie chciałbym zobaczyć pańskiego krawata poplamionego krwią, kiedy będzie pan zabawiał damy. Na szczęście skaleczenie jest nisko, kołnierzyk i węzeł ukryją zręcznie plaster.
- Węzeł? – Darcy zapytał swojego lokaja. – Co wymyśliłeś dla mnie na dziś, Fletcher?
- Dziś wieczór będzie raczej prosty, proszę pana. Ja… to znaczy, nie chciałby pan zacząć efektownie i nie mieć czego pokazać później w trakcie tej wizyty.
- Bez wątpienia – usta Darcy’ego drgnęły, gdy Fletcher, prezentując swoją strategię, pomagał mu włożyć wieczorowy strój.
- Żałuję, że nie mogę powiedzieć czegoś dokładniej, ale dopiero co przyjechaliśmy – przeprosił, - kiedy dowiem się, jakie są plany gospodarza na czas pańskiego pobytu i kim są pozostali goście, będę dokładnie wiedział, jak postępować dalej..
Drobiazgowe podejście do obowiązków i duma z wykonywanej pracy zasługiwały, jak uznał Darcy, na szczerość z jego strony.
- Jest pewna sprawa, której powinieneś być świadom, Fletcher.
- Tak, proszę pana? – wyraz twarzy Fletchera zdradzał przekonanie, że nic nie umknęło jego uwagi.
- Postanowiłem ostatnio, że pora się ożenić.
- Ożenić się, proszę pana? Doprawdy, panie Darcy, ożenić się? – szczególny grymas pojawił się na twarzy Fletchera – więc one tutaj są?
- Jakie „one”? Nie miałem jeszcze przyjemności poznać listy gości lorda Saye’a. Kogo masz na myśli? – zażądał odpowiedzi od swojego człowieka Darcy.
Lokaj spojrzał na niego zaskoczony:
- Dlaczego więc tutaj jesteśmy, proszę pana?
- Dlaczego? Żeby poszukać właściwej kandydatki, to chyba oczywiste! Gdzież mielibyśmy być? – Darcy patrzył z namysłem, jak Fletcher otwiera usta, by udzielić odpowiedzi, a potem zamyka je zanim jakakolwiek zrozumiała sylaba mogła z nich wypłynąć. Zaczerwienił się i odkaszlnął.
- Nigdzie, proszę pana! To znaczy, tutaj… jak sądzę. Proszę mi wybaczyć, panie Darcy! – odwrócił się i zajął bliżej nieokreślonymi poszukiwaniami w szufladach, które dopiero co uporządkował.
Darcy ubierał się dalej obserwując jednym okiem dziwaczne ruchy lokaja, póki wszystko nie było gotowe i brakowało mu tylko węzła na krawacie:
- Fletcher – zmuszony był zwrócić jego uwagę – jestem gotów.
- Tak, proszę pana – lokaj podszedł do niego z naręczem krawatów przewieszonych przez ramię – znaczącym symbolem jego wzburzenia.
- Myślałem, że dziś wieczór będzie prosto? – Darcy wskazał na ciężar obarczający Fletchera.
- Proszę mi wybaczyć, panie Darcy, nagle poczułem się źle. To tylko na wszelki wypadek. – wygładził pierwszy krawat wokół szyi swego pana, przeprowadził pod kołnierzykiem i zaczął wiązać.
- Poczułeś się źle?! Chory, gdy najbardziej cię potrzebuję – zażartował Darcy wątpiąc, by rzeczywiście choroba była przyczyną dziwnego zachowania lokaja. – Jak znajdę żonę, jeśli nie będę dobrze ubrany? Wszystko w twoich rękach, człowieku!
Reakcją na ten żart nie był uśmiech, a raczej lekkie uniesienie brwi, potem Fletcher puścił oko do swojego pana i spytał:
- Będzie pan tańczył dzisiaj?
- Nie mam pojęcia, pewnie dowiem się przy kolacji. Dlaczego? – spytał Darcy spodziewając się, że Fletcher odpowie żartem.
- Jeśli zamierza pan tańczyć, unikałbym szkockiego dżiga, w przeciwnym razie może okazać się, że jeden „cinque pace” skończy się angażem na całe życie - Fletcher dokonał ostatnich poprawek. - Myślę, że jest pan już gotów.
- Naprawdę, Fletcher? – Darcy zerknął na niego – A z której to sztuki? Nie przypominam sobie.
Fletcher otworzył drzwi do hallu i skłonił się przed nim, ale Darcy chwycił drzwi przytrzymując je uchylone zanim lokaj mógł się za nimi skryć.
- Sztuka! – nalegał.
Fletcher poruszał się niespokojnie, zmarszczka między jego brwiami pogłębiła się, ale Darcy nie zamierzał się ruszyć póki nie dostanie odpowiedzi, więc czekał. W końcu lokaj podniósł wzrok, spojrzał mu prosto w oczy i prostując ramiona oznajmił:
- „Wiele hałasu o nic”, panie Darcy, i taka też jest moja opinia na ten temat… proszę pana!


I to koniec tłumaczenia tego tomu słówko w słówko.
Od jutra Maryannek wjeżdża ze streszczeniem. A potem... tom III
Coming soon! :)
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Nie 08 Kwi, 2007 12:15   

Caroline napisał/a:
- Postanowiłem ostatnio, że pora się ożenić.
- Ożenić się, proszę pana? Doprawdy, panie Darcy, ożenić się? – szczególny grymas pojawił się na twarzy Fletchera – więc one tutaj są?

One... :rotfl: A podobno Darcy to skryty facet...
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Nie 08 Kwi, 2007 13:59   

Caroline napisał/a:
nie chciałby pan zacząć efektownie i nie mieć czego pokazać później w trakcie tej wizyty.

Prawdziwego mężczyznę p[oznaje się po tym jak kończy :cool:

Dzięki Caroline :hello:
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Nie 08 Kwi, 2007 18:44   

Mag napisał/a:
Prawdziwego mężczyznę p[oznaje się po tym jak kończy :cool:

Hmmm... Jeśli chodzi o tę konkretną wizytę, to trudno to kończenie ocenić jednoznacznie... :? ??:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 08:33   

Szanowne Damy, niniejszym zapraszam na krew w żyłach mrożącą opowieść, o tym, jak pan Darcy szukał odpowiedniej żony i co z tego wynikło...
Fragmenty napisane kursywą to tłumaczene fragmentów książki.

Rozdziały X-XIV

Tak, jak Hinchcliffe powiedział Darcy’emu, lord Saye – właściciel Broughton Castle, stał na krawędzi bankructwa. Kłopoty finansowe nie skłoniły go jednak do mniej wystawnego trybu życia. W najbardziej naglących sytuacjach Jego Lordowska Mość sprzedawał po prostu jakiś fragment dobytku – jak na przykład rodzinny księgozbiór, obrazy czy nawet tylko ich złocone ramy. Zostawały po tym puste półki w bibliotece, dziury po gwoździach i ciemne ślady na boazeriach, ale można było zachować pozory: na liczne grono gości czekał zawsze bogato zastawiony stół i służba w satynowej liberii.
Oprócz swoich dawnych znajomych z czasów studenckich, a wśród nich swojego dawnego współlokatora z akademika, lorda Momountha oraz lorda Manninga, brata lady Saye, Darcy ku swemu zaskoczeniu spotkał w Broughton Castle lady Felicię, narzeczoną swego kuzyna i jej rodziców, a także cały zastęp młodych dam.
Towarzystwo spędzało czas na przejażdżkach po okolicy, muzykowaniu i tańcach. Dżentelmeni grali też w karty, a panny… polowały na mężów
- Nieszczęsna panna Avery miała już dwa nieudane sezony – zaczął Fletcher wyliczając na palcach – Lord Manning porzucił już nadzieję na sukces, winiąc nieśmiałość panny Avery. A teraz wozi ją wszędzie, żeby zwrócić uwagę swoich zamożnych znajomych. Jeśli w przeciągu roku nie pojawi się propozycja małżeństwa, zostanie wyprawiona do małego majątku w Yorkshire, żeby tam na uboczu żyła w staropanieństwie.
- Następna – kontynuował wystawiając drugi palec – Jest panna Fansworth. Lady Beatrice nie posiada się z niepokoju, że krnąbrny charakter jej córki sprowadzi na nią niesławę, albo uczyni ją nieznośną dla każdego mężczyzny z pozycją i reputacją. Im szybciej panna Fansworth wyjdzie za mąż i znajdzie się pod kontrolą męża, tym szybciej lady Beatrice będzie mogła przestać się nią przejmować i skoncentrować na własnej przyszłości.
- Ona też poluje – Darcy bez ogródek stwierdził fakt, co do prawdziwości którego mógł sam zaświadczyć.
- Tak, sir ! – skinął głową zaskoczony Fletcher, nie kwestionując opinii swego pana – Czwarta to lady Felicia.
- Ona jest zaręczona z moim kuzynem ! – warknął Darcy ostrzegawczo. Fletcher przygryzł wargi i spojrzał na niego ze współczuciem wypisanym na twarzy.
- Wiem, sir – zaczął cicho po chwili – Ale ta dama nie jest zadowolona z uwielbienia pańskiego krewnego. Jest przyzwyczajona do atencji dworu wielbicieli, do których swego czasu pan też należał. To, że z własnej woli się pan z niego wyłączył, mocno zraniło jej dumę. Stosownie do tego, co mówi jej pokojówka, przysięgła mieć i pana i pańskiego kuzyna.
Ze spojrzeniem pełnym ponurej odrazy Darcy odwrócił się i oparł ramię o okno, przedkładając uczciwą ciemność przed sobą nad to, co mu ukazano. Niewielki zegar wybił trzecią. Zaczekał, aż przebrzmi echo ostatniego uderzenia i zapytał:
- A lady Sylvanie ?
- Lady Sylvanie i jej pokojówka to zupełna tajemnica, sir – w napiętym głosie Fletchera wyczuwało się wzburzenie.

Lady Sylvanie była przyrodnią siostrą gospodarza. Piękna, intrygująca i tajemnicza młoda dama po śmierci matki wróciła z Irlandii do rodzinnego domu . Lordowi Saye bardzo zależało na jak najszybszym wydaniu jej za mąż – i nie miało to nic wspólnego z troską kochającego brata. Jak dowiedział się nieoceniony Fletcher, matka lady Sylvanie w testamencie zapisała pasierbowi jakiś grunt w Irlandii z zastrzeżeniem, że wejdzie on w jego posiadanie dopiero wtedy, gdy jego siostra korzystnie – i z własnej, nieprzymuszone woli ! – wyjdzie za mąż. Zapis sam w sobie dosyć dziwny, biorąc pod uwagę mało serdeczne relacje, jakie w przeszłości łączyły macochę i pasierba i fakt, że po śmierci ojca zmusił ją do opuszczenia majątku. Dziwny tym bardziej, że oryginału testamentu nie widział nikt poza prawnikiem, który go sporządził, a który przepadł jak kamień w wodę. Ale lordowi Saye, który miał nóż na gardle, to nie przeszkadzało – sprzedaż tego gruntu mogłaby rozwiązać jego coraz bardziej palące problemy finansowe. Tyle, że do tego trzeba było wydać Sylvanie za mąż, a panna z sobie tylko znanych przyczyn nie miała ochoty ułatwiać bratu tego zadania.
Atmosfera między rodzeństwem była bardzo napięta. Niechęci, a nawet nienawiści do siostry nie udawało się ukryć zwłaszcza Beverly’emu, młodszemu bratu lorda Saye. W Darcym, który kilkakrotnie był mimowolnym świadkiem burzliwych scen między rodzeństwem, stopniowo zaczynał budzić się podziw dla chłodnej i pełnej godności postawy pięknej panny. Coraz mocniej zastanawiał się, czy nie mogłaby ona być jego poszukiwaną kandydatką na żonę.
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Ulka 



Dołączyła: 20 Paź 2006
Posty: 693
Skąd: Łódź
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 11:25   

:D no wiecie co, pan Darcy omawia ploteczki towarzyskie, ba! ustala kampanię z kamerdynerem ;p
_________________
"...aż dotąd
i dalej niż dotąd."
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 11:58   

Bo on "za dużo wie" :D
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 13:12   

AineNiRigani napisał/a:
Bo on "za dużo wie" :D

Za dużo ? Fletcher po prostu wie wszystko. I widzi wszystko. A nawet, jeśli czegoś nie wie, to się dowie.
Bez Fletchera Darcy by w tym Broughton Castle przepadł z kretesem i żadnego III tomu by nie było... :wink: Ale szczegóły jutro.

Dziewczynki, do tych z Was, które zgłaszały chęć zapoznania się z oryginałem, wysłałam angielski tekst streszczonych rozdziałów.
Miłego czytania. :wink:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1637
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 14:45   

Maryann, Twoje streszczenia są lepsze od oryginału i pozbawione szczegółów na temat golenia, na szczęście :twisted: Dzięks
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 15:34   

Caroline napisał/a:
Maryann, Twoje streszczenia są lepsze od oryginału i pozbawione szczegółów na temat golenia, na szczęście :twisted: Dzięks

Dziękuję, ale może nie chwal dnia przed zachodem... :mrgreen:
W jutrzejszym kawałku tego oryginału będzie trochę więcej - pozwoliłam sobie wykorzystać Pamelkowy opis pana-Darcy'owych sercowych rozterek.

A a'propos szczegółów - pół biedy golenie, tam są całe fragmenty opisujące szczegółowy przebieg partii pokera, czy jakiejś innej gry hazardowej. O wycieczkach krajoznawczych i lokalnych legendach nie wspominając... :? ??:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2007 18:42   

Dzięki, Maryanku. 108 stron! Jak mu byśmy to przetrwały, gdyby nie Twoje streszczenie! :thud:
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Wto 10 Kwi, 2007 06:14   

Rozdziały X-XIV - streszczenia cd.

“Oświadcz się o nią…” powracała drażniąca myśl. Jakie byłoby życie z lady Sylvanie u jego boku ? Pod względem wychowania, obyczajów i orientacji w świecie miała dobre kwalifikacje do noszenia jego nazwiska jako pani jego majątku i matka jego dziedziców. Nie mógłby życzyć sobie kobiety o bardziej ascetycznie pięknej postawie, a mimo to mającej wokół siebie jakąś aurę poetyckości. Jako córkę wicehrabiego, każdy zorientowany mężczyzna uznałby ją za wartościowy dodatek do swojej pozycji, nawet mimo jej braku posagu. Poza względami praktycznymi, był do niej życzliwie nastawiony. Jej towarzystwo przedkładał nad każde inne w Broughton i nad towarzystwo większości młodych dam, które mu przedstawiano jako odpowiednie partie. Poza tym, jako jego żona miałaby jego opiekę przed tymi, którzy ją niepokoili i tak okrutnie odmawiali jej pozycji i godności.
Jego myśli popłynęły ku bardziej osobistym aspektom zagadnienia. Była bardzo piękna, a jej namiętność z pewnością była głęboka, ale czy skierowałaby się ku niemu ? Czy kiedykolwiek mogłaby go pokochać, czy… Z roztargnieniem sięgnął do kieszonki kamizelki… Co to jest ? Spojrzawszy szybko na Trenholme’a który nadal badał wewnętrzną stronę swoich powiek, wsunął palce do kieszonki i powoli wyciągnął zwinięte, błyszczące pasma. Elizabeth. Wizja lady Sylvanie jako pani jego serca i domu rozpłynęła się w jednej chwili na widok tego, co leżało w jego dłoni.

Zainteresowanie Darcy’ego osobą lady Sylvanie nie uszło uwagi jej braci. Zwietrzywszy okazję zaczęli mu robić niedwuznaczne aluzje i dawać do zrozumienia, że jego związek z ich siostrą byłby jak najbardziej mile widziany. Co dziwniejsze - również sama panna zaczęła okazywać mu szczególne względy.
Pewnego poranka, kiedy całe towarzystwo odpoczywało jeszcze po atrakcjach minionego wieczoru, Darcy, który swoim zwyczajem wstał wcześnie, wybrał się na spacer po zamku. Niemal na samym jego początku spotkał lady Sylvanie, która ofiarowała się być mu przewodniczką. Dotarli do zamkowej galerii. I tam, przed portretem przedstawiającym zmarłego lorda Saye z żoną i córką…
Niemal to zrobił ! (…) Pokusa, którą otrzymał, jego nieusprawiedliwione poddanie się jej i nikłość ucieczki, którą mu zapewniono, podziałały na niego niczym uderzenie w żołądek. O czym on myślał ? Czy w ogóle myślał ? Zastanowiwszy się na chłodno, zaczął mocno wątpić, czy “namysł” miał cokolwiek wspólnego z tym spotkaniem. Pociągało go jej przejęcie i żarliwość bez względu na wszystko. Była piękna, co do tego nie było wątpliwości i miała zadowalający, a nawet zaszczytny rodowód i pozycję. Jej inteligencja, talent i wdzięk były niezaprzeczalne. Przemawiało też do niego i jego poczucia sprawiedliwości i prawości haniebne traktowanie jej przez rodzinę, a także zaobserwowana przez niego jej zaciekła obrona swej nowo zdobytej niezależności.
Szedł za nią, pozwolił, żeby zostali praktycznie sami i niemal uległ silnemu, chwilowemu pragnieniu, żeby ją pocałować. Nie tylko pocałować, przypomniał sobie, czując chłód na karku, ale pocałować w sposób oznaczający zaprzeczenie prawd, które wyznawał przez całe życie. Rozmowa w galerii, jej otwarty sprzeciw wobec Niebios, kazały mu się poddać niebezpiecznej nawałnicy leżącej za czarownymi, szarymi oczyma Sylvanie. Jeden uścisk, jedna chwila słabości i poddania się namiętności – i złożyłby w jej ręce swoją rodzinę, swój majątek i swoją przyszłość.

Niewiele brakowało… Na szczęście w ostatniej chwili pojawił się Fletcher i wybawił swojego chlebodawcę z opresji.
Darcy oparł dłoń o zimną szybę, witając z zadowoleniem jej lodowate zimno, gdy patrzył na coraz szybciej padający śnieg. Niezależnie od tego, jak bardzo pragnąłby uciec z tego miejsca, żadna podróż jutro nie będzie możliwa. Nie tylko powód, dla którego przyjechał do Broughton Castle, okazał się niepowodzeniem, ale też okoliczności, jakie tu spotkał, posłużyły do umocnienia go w opinii o nieprawdopodobieństwie znalezienia kobiety, która mogłaby usunąć tamtą z jego świadomości. Fletcher miał rację. Chociaż obecny tylko w jego umyśle, cień Elizabeth Bennet przesłaniał wszystkie brylanty, które oferowało mu towarzystwo, czy to w salonach Londynu, czy wśród jego dawnych znajomych na wsi. Ujmujący urok jej osoby i charakteru był miarą, którą od czasu ich spotkania mierzył każdą kobietę. I każdej czegoś brakowało. Wyglądało to na boskie okrucieństwo, jak oświadczyła lady Sylvanie, ten mimowolny pociąg graniczący z obsesją, nad którym jego osławiona samokontrola nie mogła na trwale zapanować. Jaka była dla niego nadzieja, oprócz poświęcenia wszystkiego dla osiągnięcia tego, czego chciało jego nierozważne, zdradzieckie serce ? Czy mógł to zrobić, albo czy zrobiwszy nie żałować straty wszystkiego innego, co cenił ? Czy też powinien wytrwać, utrzymać to, wśród czego się urodził i wychował, i wyrzec się miłości, szacunku i ożenić się zgodnie ze swoim nazwiskiem. Jeśli nie samemu sobie, to czy nie jest winien swego dziedzictwa swoim dzieciom, a potem ich potomkom ?
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Wto 10 Kwi, 2007 10:03   

To świnia! Z tą Sylwanią to się chciał w galerii jak ordynat całować, a Lizzy, to nawet po oświadczynach nie cmoknął, co tam cmoknął, nawet jej ramienia nie podał, co za piciel pietruszka!!! Ale on mnie mierzi! Fletcher to powinien mu jakimś fajansem w łeb przygrzać, może wstrząs przywróciłby mu jakieś właściwe postrzeganie świata. O matko, co za koszmar!
Maryannku, jesteś bardzo dzielną dziewczynką, że to z taką wyrozumiałością znosisz....
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Wto 10 Kwi, 2007 10:12   

Alison napisał/a:
To świnia! Z tą Sylwanią to się chciał w galerii jak ordynat całować, a Lizzy, to nawet po oświadczynach nie cmoknął, co tam cmoknął, nawet jej ramienia nie podał, co za piciel pietruszka!!!

Toż czarnej magii przeciwko niemu używała... On tak nie z własnej nieprzymuszonej woli... :wink:
Alison napisał/a:
Ale on mnie mierzi! Fletcher to powinien mu jakimś fajansem w łeb przygrzać, może wstrząs przywróciłby mu jakieś właściwe postrzeganie świata. O matko, co za koszmar!

Myślisz, że to z tą brzytwą... że to nie było przypadkiem...? :? ??:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Marija 



Dołączyła: 15 Wrz 2006
Posty: 5608
Skąd: woj. dolnośląskie
Wysłany: Wto 10 Kwi, 2007 10:12   

Ja się zgadzam, chociaż nie wiem, co ten "piciel pietruszka".... :cool:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.