PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Mary Barton
Autor Wiadomość
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 20 Maj, 2006 18:38   Mary Barton

Przeklejone

Przeczytalam "Mary Barton" - powiesc Elizabeth Gaskell.
Zdaje sie, ze bylo to jej pierwsze dzieło - z 1848 r. (N&S napisala w 1855). I chyba to widac.
Na poczatku ksiazka mi sie podobala, mimo opisow biedy, chorob, smutnych wydarzen. Niestety w pewnym momencie akcja siadla.
No moze nie tyle akcja, bo sie sporo dzialo, ale to juz nie bylo to co na poczatku.
Jest i tu watek milosny, ale wszystko rozwiazuje sie za szybko, to znaczy ona szybko uswiadamia sobie, kogo tak naprawde kocha. Nie ma zaskoczenia, rozwoju uczuc.
Jest za to zabojstwo, jest proces sadowy, jest walka o uwolnienie ukochanego. Jest wina, jest kara, jest wybaczenie.
Sa robotnicy i pracodawcy.
To zdaje sie Caroline mowila, ze razi ja dydaktyzm tej historii.
To prawda. Mnie tez razi.
Ostatnio zmieniony przez Gosia Pon 05 Cze, 2006 09:47, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Caroline 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 1637
Wysłany: Sob 20 Maj, 2006 22:42   Re: Mary Barton

Gosia napisał/a:

To zdaje sie Caroline mowila, ze razi ja dydaktyzm tej historii.
To prawda. Mnie tez razi.

Zgadza się ;)
Dodam jeszcze, że jest w powieści postać matki - silnej kobiety, zapatrzonej w swojego syna, w sam raz dla wielbicieli pani Thornton. Zakończenie jest dziwne, nie wiem, czy mogę o tym pisać, żeby nie zepsuć przyjemności tym, którzy zamierzają książkę przeczytać...

Uwaga, spoiler! ;)
Dlaczego Gaskell kazała bohaterom wyjechać z Anglii? Gosiu masz jakiś pomysł? Ciekawa zmiana zresztą, w pierwszej książce Gaskell bohaterowie opuszczają przemysłowe miasto, w N&S główna bohaterka musi wrócić, żeby znaleźć szczęście. Czyżby ewolucja poglądów pisarki? ;)
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 20 Maj, 2006 22:54   

Pozwolisz ze sie zastanowie i jeszcze raz siegne do ksiazki, ale to w poniedzialek, ok ? :) Zostawilam ja w pracy ..
Ale faktycznie i jej pisarstwo uleglo zmianie, dojrzala po prostu, tak jak jej poglady ..

Jest jednak ewoluujaca postac dziewczyny - glownej bohaterki, ktora robi wiele, by ratowac kochanego.
I jest w tym odwazna i niezalezna, podobnie jak bohaterka N&S.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 05 Cze, 2006 17:46   

Strona tytułowa najbardziej popularnego wydania Penguin Books:


Ilustracja Alexa Pendla do "Mary Barton":


Oto strona tytułowa pierwszego i jedynego polskiego wydania "Mary Barton"


Inne wydania:
http://www.fantasticficti...mary-barton.htm

Ilustracje i fragment:
http://www.lang.nagoya-u....els-Barton.html
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 03 Lip, 2006 20:40   

Fragment posłowia do "Mary Barton" z jedynego wydania polskiego z 1956 r. (przepraszam za ewentualne bledy, ale skanowalam przez OCR z wypozyczonego egzemplarza):

Mary Barton odzwierciedla swą epokę z tak typowym dla niej zamętem ideologicznym. Epokę, dla której XVIII wiek z perspektywy dnia dzisiejszego urastał do sielankowego złotego wieku sytości, wolności i pokoju klasowego. Epokę, która jednocześnie zaczynała już zdawać sobie sprawę, że pod pewnymi względami powrót do przeszłości jest niemożliwy i niepożądany; że przemysł, jego maszyny, jego wzmożona produkcja weszły na stałe do życia społeczeństwa angielskiego; jeszcze się jednak łudziła, że na nowej, industrialnej podstawie uda się przywrócić stan, w którym konflikty klasowe pozostawać będą w stanie uśpienia. Epoka patrzała więc za siebie i przed siebie jednocześnie; mówię — epoka, bo patrzały tak, w różnym co prawda stopniu, wszystkie klasy i warstwy społeczne, chociaż każda wypatrywała — za czy przed sobą — innych zjawisk i innych idealnych modeli społecznych.
Zadania, które stawiała sobie epoka, były nierealne, bo procesy historyczne są nieodwracalne i nie można stworzyć społeczeństwa, które byłoby zlepkiem do-brych stron różnych epok — jako że wszystkie strony życia społecznego określone są przez jego ekonomiczną podstawę. Wychodząc więc z takich nierealnych założeń, nastawiano się nie na badanie społeczeństwa w jego całokształcie, lecz na badanie niezależnego rozwoju każdej jego strony z osobna, jak gdyby każda strona rzeczywiście mogła się rozwijać niezależnie.
W świetle takiej analizy wydawało się, że społeczeństwo współczesne złożone jest nie z klas, lecz z bogatych i biednych. Proletariat nie jest klasą, rozpływa się on w masie pozbawionej elementarnych środków dla znośnego życia, rozpływa się wśród biednych i pokrzywdzonych. Można się nad jego losem litować, lecz niesposób dojrzeć samodzielnej roli, jaką właśnie z racji jego klasowego położenia ma on odgrywać w historii. Początki samodzielnego ruchu rewolucyjnego proletariatu przyjmowane są za odruch buntu zrozpaczonych nędzarzy. Nic więc prostszego jak przywrócić poziom bytowy osiemnastowiecznego rzemieślnika (nic nie oddając z dorobku kapitalistycznej industrializacji), aby owe odruchy buntu znikły wraz z nędzą i rozpaczą. Taki też jest, z grubsza biorąc, światopoglądowy punkt wyjścia Mary Barton.
Gaskell lituje się nad proletariatem; siła obserwacji, przenikliwość spojrzenia, pozbawione uprzedzeń stanowisko obserwacyjne pozwalają jej zobaczyć i narysować wstrząsający obraz jego nędzy i, co więcej, postępującego ubożenia. Gaskell nie godzi się z tym stanem, potępia go, piętnuje publicznie z wielką siłą ernocjonalną artystycznego wyrazu. Ale punkt obserwacyjny jest snadź niefortunnie umieszczony na skrzyżowaniu epok; można z niego dostrzec stan, ale nie jego przyczyny. Gaskell daleka jest od odkrycia, że nędzę, którą potępia, przyniósł ten sam rozwój kapitalistycznego przemysłu, który pochwala, że dwa te zjawiska są ze sobą nierozerwalnie związane i nie mogą bez siebie" się obejść. Gaskell szczerze pragnie likwidacji złych następstw kapitalizmu, lecz nie zdaje sobie sprawy, że w tym celu zlikwidować trzeba sam kapitalizm.
Jest tu konsekwencja punktu wyjścia. Jeśli każdy element życia społecznego ma swe odrębne i niezależne dzieje — ma je również moralność społeczeństwa. Są wieczne, sformułowane w Ewangelii zasady moralne, niewrażliwe na ekonomiczne czy socjalne przemiany. Obecny stan społeczeństwa angielskiego jest rezultatem złamania zasad ewangelicznych. Bogaci łamią je dlatego, że w zapale tworzenia zapominają o swym obowiązku troski o biednych; biedni łamią je dlatego, że pozbawieni opieki bogatych cierpią w nędzy, zaś cierpienie czyni człowieka złym. Jest to więc stan przejściowy, niekonieczny, wynikły z obustronnych zaniedbań. Usuńcie zaniedbania, a będzie dobrze! Gdy kształty społeczeństwa są niewyraźne i płynne, wydaje się, że można je lepić dowolnie. Pogląd, który później stał się maską faryzeuszy, w czasach Gaskell mógł być jeszcze i był poglądem uczciwego człowieka.
Gaskell więc pragnie, aby ewangelia stała się najwyższym autorytetem społecz-nym, aby do niej odnosić ludzkie postępowanie. Szuka w ewangelii ucieczki przed gwałtem, nienawiścią ludzi do ludzi, przelewem krwi, których tak pełna była jej epoka. Zdawało się, że burzliwość starć spowodowana jest zgromadzeniem wszystkich dóbr materialnych i całej odpowiedzialności na jednym biegunie społeczeństwa; dla Gaskell wstrętną więc jest wszelka krańcowość, wszelkie zbyt ostre kanty i zbyt rozległe dysproporcje. Stępić ostrze kantów, zbliżyć bieguny, zlikwidować nadmierne różnice, przenieść je na wyższy poziom, aby nędza i ubóstwo pozostały poniżej ich dolnej granicy — oto cel, który pragnie osiągnąć.
Podobne poglądy w ich ostatecznym wydaniu, w ich dojrzałej postaci z końca wieku nazwalibyśmy liberalną próbą zamazywaniakonfliktów klasowych, łagodzenia walki klasowej kosztem ustępstw możnych na rzecz wydziedziczonych.
Istotnie, odnajdujemy w Mary Barton w zalążkowej postaci pełny komplet idei, które w końcu wieku zyskały miano liberalnego radykalizmu, później zaś legły u podstaw oportunizmu —owej burżuazyjnej polityki robotniczej. Jest w Mary Barton pogląd, iż przemiany moralne stanowią o społecznym rozwoju, że postęp społeczny równa się postępowi moralnemu, ten zaś ostatni zależny jest jedynie od siły oddziaływania świałych umysłów.
Jest idea, zależności dobrobytu robotników od poziomu zysków kapitalistycznych, a więc i zainteresowania robotników w podnoszeniu tych zysków zwiększoną wydajnością pracy. Jest koncepcja współodpowizialności klas za rozwój społecznego bogactwa i za pracę przemysłu, jest nakaz wzajemnego konsultowania się w ważniejszych kwestiach, nakaz zwiększania u robotników poczucia politycznej wspólodpowiedzialności za kierowanie kapitalistycznym przemysłem. Jest spora doza wiecznego, ponadczasowego i ponadklasowego humanizmu. Jest gwałtowne i surowe potępienie gwałtu i przemocy bez względu na ich skalę i cel.
Wszystkie te idee rzeczywiście znaleźć możemy, bardziej lub mniej jasno wypowiedziane, na stronicach Mary Barton. Trudno byłoby jednak o pogląd bardziej fałszywy niż mechaniczne przenoszenie ocen liberalizmu epoki rodzącego się imperializmu na autorkę Mary Barton.
Poglądy, które trwałość swą w końcu wieku zawdzięczały zgodności z interesem klasowym wstecznej klasy, w połowie tegoż wieku mogły być jeszcze błądzeniem uczciwego człowieka. Ograniczoność ideologii, narzucona później przez interes klasowy, w czasach Gaskell była spowodowana ograniczonością horyzontu poznawczego, brakiem dziejowej perspektywy. W pierwszej połowie wieku trudno było wyjść poza ograniczone koncepcje owej ideologii; w końcu wieku interes burżuazji nakazywał sztuczne utrzymywanie ograniczoności tych koncepcji. Jest to różnica zasadnicza, która wymaga, by odmiennie traktować podobnie brzmiące tezy, gdy wypowiadane są one w odstępie pięćdziesięcioletnim. Jeśli przebudzony znienacka człowiek przyjmie zmierzch za poranek, nie mamy jeszcze podstaw wątpić o jego szczerości; inna sprawa, gdyby trwał w błędzie, gdy po zmierzchu nastąpiła już noc.
O ile radykalizm liberalny przełomu XIX i XX wieku wyrażał jednoznacznie interesy panującej klasy, to światopogląd Elżbiety Gaskell posiada wiele korzeni. Zbiegł się tutaj żywiołowy protest proletariatu przeciw nieludzkim warunkom, w jakie wtrącił go rozwój kapitalistycznego przemysłu, z podziwem dla burzliwego procesu tworzenia materialnych podstaw potęgi człowieka; potępienie moralne krzywdy ludzkiej i społecznej niesprawiedliwości — ze strachem przed krwawym odwetem za tę krzywdę; rewolucyjność dzisiejszego proletariusza — z niezdecydowaniem wczorajszego chałupnika; perspektywy przyszłości — z tęsknotą za przeszłością. Stąd wewnętrzna sprzeczność w poglądach Gaskell. Ostrość demaskatorskiej krytyki, którą zawdzięcza ona opowiedzeniu się po stronie uciskanych, ogranicza obawa przed konsekwencjami takiej krytyki. Dlatego Gaskell zatrzymuje się w pół. drogi. Bezlitosna w krytyce, bezradna jest w wysnuwaniu wniosków. Aby być konsekwentnym bez reszty, trzeba się bez reszty włączyć do walki toczonej przez jedynie postępową siłę społeczną, trzeba się z tą walką związać. Gaskell zaś przyglądała się. jej z okien pastorskiej plebanii.
Gaskell wikła się w sprzecznościach własnej pozycji i własnej epoki. Apeluje do miłości międzyludzkiej, do owej biblijnej miłości „do bliźniego swego...", lecz widzi jednocześnie, jak kanony ewangeliczne kruszą się i rozsypują w starciu z twardą rzeczywistością. Nawołuje do miłości, lecz widzi, że jest to bezprzed-miotowe wołanie w warunkach powszechnych cierpień. Od nienawiści klasowej odwołuje się do ponadspołecznych uczuć wiecznego i absolutnego człowieka „jako takiego", ale widzi, jak trudno znaleźć wspólny pierwiastek ogólnoludzki w no-rze bezrobotnego i w pałacu fabrykanta; wtedy wbrew logice i konsekwencji usiłuje przekonać siebie i czytelnika, że cierpią wszyscy—fabrykant i robotnik, że problem tkwi jedynie w skali tego cierpienia.
Autorka Mary Barton nie wzniosła się do stanowiska proletariatu. Pisze o swe powieści z pozycji mas uciskanych w ogóle, z pozycji ludzi skrzywdzonych przez proces historyczny, lecz nie będących twórcami tego procesu, z pozycji ludz gnębionych przez społeczeństwo, lecz nie tych, którzy powołani są do jego przekształcenia. Trudno byłoby zresztą żądać tego od Gaskell, wzniosła się ona i tal na najwyższy z dostępnych jej i w jej epoce poziomów syntezy.
Ze wspomnianych wyżej przyczyn stosunek Gaskell do współczesnego jej ruchu robotniczego jest tak samo pełen sprzeczności jak wszystko w jej poglądach. Gaskell ma niejasne wyobrażenie o istocie związków zawodowych, podobne zresztą do poglądów rozpowszechnionych wówczas w środowiskach burżuazyjnych. Związki są dla niej tajemniczą, mafijną niemalże organizacją spiskowców terrorystycznych, spowitą romantyczną, lecz ponurą zarazem mgiełką wendety. Niezdolna zrozumieć przyczyn powstania związków i perspektyw ich rozwoju, traktuje je raczej jako przejściowe zło. Gaskell potępia związki zawodowe za stosowaną przez nie przemoc wobec fabrykantów; potępiając rozgrzesza je jednak upatrując przyczynę gwałtowności ich metod w „niesprawiedliwości" fabrykantów. To fatum nędzy masowej wkłada w ręce Johna Bartona pistolet, ale odwrócenie tego fatum leży w możliwościach ludzi. Muszą się jednak w tym celu wysilić głównie fabrykanci; gdy oni powrócą do ewangelicznych zasad, zniknie główna przyczyna, dla której odwracają się od tych zasad robotnicy. Nie od rzeczy byłoby, gdyby robotnicy pokazali przy tym swym pracodawcom przykład ewangelicznego postępowania. Dramat moralny, skrucha i dobrowolna pokuta Johna Bartona ucieleśnia wyrok autorki. Pojednanie Bartona i Carsona na płaszczyźnie ewangelii uosabia spodziewane dobroczynne następstwa tego wyroku. Realistyczna tragedia znajduje niespodziewanie utopijne rozwiązanie; sprzeczności w postawie autorki rodzą z konieczności rażącą niewspółmierność między realizmem tragicznego opisu a sztucznym, naciągniętym zakończeniem.
Dochodzimy tu do sedna oceny Gaskell i jej twórczości. Dochodzimy do znanej prawdy, że można dać realistyczny i krytyczny, demaskatorski w swej prawdziwości obraz społeczeństwa kapitalistycznego nawet wtedy, gdy nie stoi się na proletariackich pozycjach; ale namalowanie realistycznego obrazu wewnętrznych prawidłowości kapitalizmu i roli poszczególnych jego klas, wykrycie sił napędowych jego rozwoju i upadku możliwe jest jedynie z proletariackiej perspektywy. Mary Barton jest jaskrawym przykładem tej prawdy. Aby uzyskać siłę wyrazu artystycznego i emocjonalnego oddziaływania, właściwą realistycznym obrazom książki, Gaskell stara się w ostatnich jej partiach nienaturalnym patosem i nieprawdopodobnym nagromadzeniem nieoczekiwanych i mało uzasadnionych wydarzeń zastąpić siłę przekonywania, jaką poprzednim partiom zapewniała prawda realizmu.
Książka Gaskell znalazła się od razu w głównym nurcie walk klasowych swego okresu. W epoce, gdy „nikt nie mówił o niczym innym” tylko o biednych, Mary Barton opowiadała się zdecydowanie po stronie tych biednych. Chwytała główny problem epoki, koncentrowała na nim uwagę społeczeństwa, pobudzała umysły, wstrząsała sumieniami , podsycała protest przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Z racji swej siły oskarżycielskiej Mary Barton, wbrew założeniom autorki była przesycona tchnieniem rewolucji. Była donośnym krzykiem protestu uczciwego człowieka przeciw epoce, która wykreśliła uczciwość z listy zalet ludzkich.
Realizmowi obrazu, a nie utopijnym projektom rozwiązań społecznych zawdzię-cza też Mary Barton swą żywotność i trwałość. Jest ona do dziś aktualna, zachowała świeżość wzruszeń i siłę przekonywania, bowiem zrośnięta była ze swą epoką, odpowiadała na jej najgłówniejsze pytania, przeniknięta była żarliwością ideową i przepojona agitacyjnym patosem. Ponadhistoryczną wartość dzieła artystycznego mierzy się bowiem jego historyczną konkretnością. Historia zachowuje w pamięci ludzkiej najpełniej to, co tkwiło korzeniami w głównym jej nurcie, w zasadniczych jej konfliktach.
Wartość poznawcza Mary Barton polega nie tylko na wierności odtworzonego w niej obrazu bytowo-społecznego. Książka Gaskell jest dokumentem epoki również - a może w pierwszym rzędzi -dlatego, że pełna jest właściwych epoce sprzeczności, że jest kruszyną zawartości tego tygla alchemicznego, w którym kipiało niekształtne tworzywo późniejszych ideologii klasowych dojrzałego kapitalizmu i dojrzałych klas. Tak odczytana Mary Barton jest nieocenionym skarbem wiedzy o przełomie dwu epok, na której żyć wypadło Elżbiecie Gaskell.
Dzięki tym zaletom, dzięki głębokiemu realizmowi Mary Barton nie należy dziś, wbrew falsyfikatorskim wysiłkom współczesnej burżuazyjnej krytyki angielskiej, do tradycji liberalnej burżuazji. Miejsce Mary Barton znajduje się w tradycjach jedynego godnego spadkobiercy dokumentów ludzkiej uczciwości i płomiennego humanizmu, jedynej siły społecznej, zdolnej do czynnej krytyki zła i rodzącego go ustroj - w tradycjach rewolucyjnego odłamu angielskiego proletariatu. Zło, z którym walczyła Gaskell, żyje do dziś. Jej twórczość żyje wraz z klasą, która nieustępliwie i zdecydowanie toczy walkę z tym złem. Bowiem wśród wielu nurtów i tendencji, które splotły się korzeniami w twórczości Elżbiety Gaskell, nurtem najżywotniejszym i najtrwalszym jest nurt proletariacki.
Ta właśnie poprawka, wniesiona przez perspektywę czasu, pozwala dojrzeć rzeczywistą wartość w skomplikowanej ideologii Gaskell. Współczesny czytelnik widzi problemy postawione w Mary Barton, w ich właściwych proporcjach i hierarchii, niedostępnych dla samej autorki i dla ludzi jej współczesnych.

Zygmunt Bauman
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 16 Lip, 2006 22:00   

Myślę, że warto przeczytać fragmenty powieści "Mary Barton", które wiele powiedzą o stylu "wczesnej" Gaskell (i stylu tego tłumaczenia).
Książka jest trudno dostępna, więc sądzę, że sprawię przyjemność niektórym z was zamieszczając tu kilka fragmentów. Wybrałam najciekawsze, moim zdaniem.
Przepraszam za ewentualne błędy, bo skanowałam tekst przez program OCR i mogłam nie zauważyć jakichś literówek.

Życzę przyjemnej lektury :D
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Nie 16 Lip, 2006 23:23, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 16 Lip, 2006 22:18   

Pierwszy fragment to "tea-time" czyli herbata u Alicji, na którą zaprosiła dwie dziewczęta w tym samym wieku, aby się zapoznały i zaprzyjaźniły: Mary Barton i Margaret Jennings.
Myślę, że to bardzo ładny fragment tej powieści.

Jakże podniecona czuła się Alicja! Nieczęsto zdarzało jej się podejmować gości herbatą, przeto świadomość ciążących na niej obowiązków gospodyni niemal ją przytłaczała. Poszła śpiesznie do domu i za pomocą pożyczonych miechów roznieciła oporny ogień, starając się go jak najszybciej rozpalić. Gdy była sama, umiała zawsze okazać cierpliwość i pozwalała węglom tlić się powoli. Potem włożyła chodaki i poszła napełnić kociołek wodą przy studni na sąsiednim podwórku, wracając zaś pożyczyła filiżankę; spodeczków od wytłuczonych filiżanek z rozmaitych serwisów miała dużo, w razie potrzeby zastępowały talerze. Pół uncji herbaty i ćwierć funta masła pochłonęły niemal cały jej dzienny zarobek; była to jednak niezwykła okazja.
Sama dla siebie parzyła przeważnie herbatę z ziół, chyba że któraś z domyślnych pracodawczyń dała jej w podarku nieco listków herbacianych ze swych obfitych domowych zapasów. Teraz Alicja wysunęła na środek pokoju dwa krzesła dla gości, wytarłszy je i odkurzywszy jak należy, po czym z widoczną wprawą położyła starą deskę na dwóch równie starych i ustawionych na sztorc skrzyneczkach po świecach. Było to oczywiście dość chwiejne urządzenie. Alicja jednak przywykła do niego od dawna i pamiętała, że należy siadać na nim ostrożnie; prawdę mówiąc, zabiegi te czyniła raczej dla dodania sobie godności niż dla istotnej wygody. Mały, bardzo maleńki okrągły stolik ustawiła tuż obok komina, na którym ogień huczał teraz wesoło. Na staroświeckiej, nie lakierowanej tacce, którą kupiła z trzeciej ręki, umieściła czarny imbryk na herbatę, dwie filiżanki w biało-czerwone wzorki i trzecią w swojski niebieski deseń oraz niedopasowane spodeczki (na jednym z tych dodatkowych spodków puszył się dumnie kawałek masła).
Skończywszy te przygotowania Alicja zaczęła rozglądać się dokoła z zadowoleniem, zastanawiając się wszakże, czym mogłaby jeszcze uświetnić wieczór. Wzięła jedno z krzeseł z wyznaczonego mu miejsca przy stole i przysunąwszy je tuż pod wiszącą na ścianie szeroką i długą półkę, o której wspominałam wam opisując izbę w suterenie, weszła na nie, sięgnęła po stare pudełko z sosnowego drzewa i wyjęła ze środka sporą garść owsianego chleba, podpłomyka, który jest przysmakiem w Gumberland i Westmorland. Potem, ostrożnie, aby cienkie płatki nie pokruszyły się w ręce, zeszła na podłogę i położyła podpłomyki na stole; była pewna, że nadzwyczajnie uraczy gości dając im przysmak swego dzieciństwa. Wyjęła również z szafki piękny czterofuntowy bochen żytniego chleba, potem zaś usiadła na jednym z wyplatanych krzeseł, aby odpocząć, naprawdę odpocząć, a nie udawać, że odpoczywa. Świeca stała oprawiona w lichtarzyku. woda wrzała w kociołku, herbata oczekiwała swego losu w papierowej torebce. Wszystko było gotowe.
Stukanie do drzwi! Przyszła Margaret, młoda robotnica mieszkająca nad sutereną. Usłyszawszy krzątaninę, po której zaległa cisza, pomyślała, że już czas zejść na dół z wizytą. Była to blada, chorowita młoda kobieta o łagodnej twarzyczce, na której malo-wał się wyraz troski. Miała odzienie nader skromne i proste — suknie z ciemnej tkaniny nieokreślonego bliżej gatunku i ciemno-żółty szal czy też szeroką chustkę, okręconą wokół szyi i spiętą na plecach oraz z przodu po obu bokach. Stara kobieta przywitała gościa serdecznie i usadowiła na krześle, z którego właśnie wstała, sama zaś przysiadła na chwiejącej sic desce, aby Margaret myślała, że wybiera to miejsce z własnej i nieprzymuszonej woli.
— Zupełnie nie rozumiem, co mogło zatrzymać Mary Barton. Spóźnia się niczym prawdziwa dama — powiedziała Alicja, gdy Mary wciąż nie nadchodziła.
Otóż Mary stroiła się: tak, szła w odwiedziny do biednej starej Alicji, a jednak uważała, że warto zastanowić sie nad wyborem sukni. Ale możecie być najzupełniej pewni, że nie robiła tego dla Alicji; nie, zbyt dobrze sie przecież znały. Lecz Mary lubiła wzbudzać w ludziach podziw, co, trzeba przyznać, nader często jej się udawało, teraz zaś szło jej o tę obcą dziewczynę. Ubrała się więc w ładną nową suknię z granatowej wełny, zachodzącą wysoko pod szyją, przypięła mały kołnierzyk z białego płótna i takież mankiety, a potem wyruszyła na podbój biednej, łagodnej Margaret. Udało się. jej to w zupełności. Alicja, która niewiele poświęcała czasu myślom o urodzie, nie wspomniała nigdy Margaret, jak ładna jest Mary. Gdy więc Mary weszła z lekkimi rumieńcami zakłopotania na twarzy. Margaret nie mogła oderwać od niej oczu, Mary zaś spuściła długie czarne rzęsy, jakby nic rada tej obserwacji, choć była ona przecie celem tylu jej zabiegów.
Czy potraficie sobie wyobrazić krzątaninę Alicji; przygotowywała herbatą, nalewała ją do filiżanek, słodziła do smaku i czę-stowała dziewczęta raz po raz podpłomykami i chlebem z masłem. Czy możecie sobie wystawić zachwyt, z jakim staruszka obserwowała górę podpłomyków niknących w ustach głodnych dziewcząt, i przysłuchiwała się ich pochwałom dla przysmaku jej dzieciństwa?
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Nie 16 Lip, 2006 23:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Nie 16 Lip, 2006 22:59   

Tak to zachecająco wyglada, ze sobie sciągnełam po angielsku. Tylko to strasznie duzo stron wyszło, a nie lubie czytac na monitorze... A jak sobie zamówiłam N&S, to tak długo to trwało, że na razie nie chce tego powtarzac... (A na film dalej czekam... :cry: )
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 16 Lip, 2006 23:04   

No to kolejny, tym razem króciutki i smutniejszy fragment.
John Barton, ojciec Mary idzie przez miasto do apteki, aby kupic leki dla ciezko chorego i biednego robotnika.

Piękny widok roztacza się przed człowiekiem, który idzie ulicą między oświetlonymi sklepami; gaz płonie tak jaskrawo, towary na wystawach wyglądają o tyle bardziej kusząco niż w dzień, a spośród wszystkich sklepów apteka najbardziej nam przypomina baśnie dzieciństwa, od zaczarowanego ogrodu Aladyna aż po czarującą Rozamundę z purpurowym dzbanem.
W duszy Bartona nie było takich skojarzeń. Odczuwał jednak kontrast między pełnymi towarów, jarzącymi się od świateł sklepami a mroczną, posępną piwnicą i zmarkotniał na myśl, że tego rodzaju kontrasty istnieją. Lecz tajemniczy ów problem dręczył nie tylko jego. Jął się teraz zastanawiać, czy w tym śpieszącym się tłumie choć jeden człowiek wyszedł przed chwilą z takiego jak on domu niedoli. Wydało mu się, że wszyscy przechodnie mają wygląd radosny i poczuł do nich nagłą złość. Nie mógł jednak (bo nikt nie potrafi) odgadnąć losów tych, co go mijali na ulicy. Cóż bowiem można wiedzieć o fantastycznych przygodach ich życia, o doświadczeniach i pokusach, na jakie są wystawieni, być może, w tej właśnie chwili, jakim opierają się, czy ulegają? Każdej chwili może cię potrącić porzucona dziewczyna, gotowa ważyć się na wszystko, dziewczyna, która śmieje się w swej szaleńczej, sztucznej wesołości, podczas gdy duszą całą tęskni za spoczynkiem śmierci; dziewczyna, która w zimnych wodach rzeki widzi jedyny objaw miłosierdzia bożego, jedyne wybawienie, jakie na tej ziemi znaleźć zdoła. Możesz otrzeć się w tłumie o zbrodniarza planującego zbrodnie, o których czytać będziesz jutro z dreszczem przerażenia. Możesz potrącić kogoś, kto pokorny i niepozorny, ostatni ze wszystkich ludzi na ziemi, w niebie po wieczne czasy będzie się radował bliskim światłem boskiego oblicza. Posłannictwo miłosierdzia — posłannictwo grzechu. Czyś zastanawiał się kiedy, czytelniku, dokąd śpieszą tysiące ludzi, których każdego dnia spotykasz na ulicach? Misję, którą spełniał Barton, dyktowało miłosierdzie; lecz najtajniejsze myśli jego serca skażone były grzechem, zaciekłą nienawiścią do szczęśliwych, których w obecnym stanie ducha utożsamiał z samolubami.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Pon 17 Lip, 2006 20:16, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Nie 16 Lip, 2006 23:26   

Gosia napisał/a:
Następne będą oświadczyny Jema Wilsona, ale to juz jutro, co by Was nie zanudzać


Bardzo zabawne. :lol: :lol: :lol:
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pon 17 Lip, 2006 09:59   

Dobrze, że tu wpadłam :grin:
Nawet nie wiedziałam, że piszesz fragmenty powieści "Mary Barton"
Ten pierwszy uroczy taki "angielski", drugi rzeczywiście smutny.
Fragment z oświadczynami jak najchętniej przeczytam, tych nigdy za mało :wink:

Jakby tak zrobić temat z wszystkimi pięknymi oświadczynami z książek i zrobić sondę, które najlepsze? To bym dopiero czytała z wypiekami na twarzy :oops:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 17 Lip, 2006 20:27   

No to zanim oswiadczyny ;) to jeszcze inny fragment. Z samego poczatku książki.
Mary ma 13 lat, żyje jeszcze jej matka, tez o imieniu Mary.
Bartonowie zapraszają do siebie na posiłek Wilsonów.

Pani Barton wyjęła z kieszeni klucz od drzwi wejściowych. Gdy weszli do mieszkania, wydało im się, że ogarnęły ich nieprzeniknione ciemności, rozświetlone tylko jedynym jasnym punktem, który mógł być kocim ślepiem lub też (czym był w rzeczywistości) czerwoną plamą ognia tlącego się pod bryłą węgla, którą John Barton natychmiast rozkruszył; rychłym wynikiem jego zabiegów było ciepłe, migotliwe światło w każdym kącie. Aby w izbie większa jeszcze zapanowała jasność, pani Barton zapaliła od płomieni łojową świeczkę (choć to pospolite żółte światełko gubiło się w blasku bijącym od paleniska) i osadziwszy ją jak należy w cynowym lichtarzyku jęła rozglądać się wokoło pragnąc sprostać jak najlepiej obowiązkom gościnności. Izba była spora i posiadała wiele udogodnień. Na prawo od drzwi (patrząc od wejścia) mieściło się podłużne okno z szerokim parapetem. Po obu jego stronach wisiały firanki w biało-niebieską kratę, które teraz zasunięto, aby odgrodzić od świata przyjaciół pragnących nacieszyć się swym towarzystwem. Dwa krzewy geranium w doniczkach, nie strzyżone i rozrośnięte, tworzyły dodatkową ochronę przed wścibskimi spojrzeniami z zewnątrz. W rogu pomiędzy oknem a kominem stała szafa, pełna talerzy i półmisków, filiżanek i spodeczków oraz wielu innych bliżej nieokreślonych przedmiotów, z których właściciele nie mieli żadnego zgoła pożytku; na przykład szklane bryłki w kształcie pryzmatu, tak zwane koziołki do podkładania pod brudne widelce i noże.

Jednakże pani Barton była snadź dumna ze swych fajansów i szkła, gdyż, rozejrzawszy się wokoło z radosnym ukontentowaniem, zostawiła szafę otwartą. Naprzeciw okna i drzwi wejściowych znajdowały się schody i dwoje drzwiczek, z których jedne (bliższe komina) prowadziły do małej komórki, gdzie wykonywano brudniejszą robotę (jak na przykład zmywanie statków), a której półki służyły za spiżarnię, składzik i tym podobne. Za drugimi drzwiczkami, znacznie od poprzednich niższymi, mieścił się schowek na węgiel — ukryta pod schodami komórka o pochyłym suficie. Podłoga między tymi drzwiczkami a kominem wyłożona była skrawkiem barwnego linoleum. Izba wydawała się niemal przeładowana sprzętami, co w mieście fabrycznym uznać należało za nieomylny znak dobrobytu. Pod oknem, stał kredens o trzech głębokich szufladach. Naprzeciw komina znajdował się stół sosnowy, który skłonna byłabym nazwać stołem w stylu Pembroke, tylko że nie wiem doprawdy, czy tego rodzaju nazwa może być zastosowana do sprzętu z tak mało szlachetnego drzewa. Na stole tym, oparta o ścianę, stała jaskrawo-zielona tacka z laki z widniejącą pośrodku szkarłatną parą obejmujących się kochanków. Blask ognia tańczył wesoło na lśniącej powierzchni tacy i wbrew dobremu smakowi (prócz chyba gustu dziecka) ożywiała ona bogactwem barw ów kąt pokoju. Szkarłatna puszka na herbatę, także z laki, szła jak gdyby w sukurs tacy. W rogu, naprzeciwko szafy, stał okrągły stolik na jednej rozgałęzionej nodze — naprawdę do użytku; a jeśli potraficie wyobrazić sobie te wszystkie sprzęty na tle ścian malowanych w nieco zblakłe, lecz starannie odrobione wzorki, będziecie mieli jaki taki obraz domu Johna Bartoma.
Zdjęto tackę ze stołu, lecz zanim rozległ się wesoły brzęk filiża-nek i spodków, kobiety zdjęły z siebie wierzchnie okrycia i poleciły Mary zanieść je na górę. Potem słychać było długie szepty i brzęk pieniędzy, na co państwo Wilsonowie z grzeczności nie zwracali uwagi, wiedząc dobrze, że wszystko to ma związek z przygotowaniami do aktu gościnności; gościnności, którą oni z kolei radzi będą ofiarować. Zajęli się więc dziećmi i usiłowali puszczać mimo uszu polecenia, z którymi pani Barton zwróciła się do Mary.
— Pobiegnij, Mary, złotko, za róg do Tippinga i przynieś kilka świeżych jaj (możesz wziąć po jednym na osobę, co wyniesie pięć penisów). I dowiedz się, czy pan Tipping ma dobrą szynkę na wagę, której byś kupiła z funt.
— Powiedz dwa funty, żono. Nie bądźże skąpa — wtrącił mąż.
— W takim razie półtora funta, Mary. Ale postaraj się, żeby to była szynka Cumberland, bo Wilson stamtąd pochodzi i przyjemnie mu będzie wspomnieć rodzinne strony. I — widząc, że dziewczyna już się gotuje do odejścia — Mary, kup jeszcze mleka za pensa i bochenek chleba — tylko uważaj, żeby był świeży, nie czerstwy, i... i... to już będzie wszystko, Mary.
— Nie, to nie wszystko — oznajmił Barton. — Kupisz jeszcze za sześć pensów rumu do wzmocnienia herbaty; dostaniesz go „Pod Winogronami". I pójdziesz do Alicji Wilson. Wilson powiada, że Alicja mieszka tuż za rogiem, na Barber Street pod numerem 14 — słowa te Barton skierował do żony — i powiesz jej, żeby przyszła i wypiła z nami herbatę; pewnie będzie rada zobaczyć brata, nie mówiąc już o Jane i bliźniakach.
— Jeśli przyjdzie, niech przyniesie ze sobą filiżankę i spodek, bo my mamy tylko pół tuzina, a jest nas sześcioro — dodała pani Barton.
— Też mi kłopot, Jem i Mary mogą przecież pić z jednej.
Ale Mary postanowiła w duchu, że dołoży wszelkich starań, by Alicja przyniosła ze sobą filiżankę i spodek, skoro w przeciwnym razie miało grozić jej dzielenie czegokolwiek z Jemem.

Alicja Wilson wróciła właśnie do domu. Cały dzień spędziła na łąkach zbierając polne rośliny na napoje i lekarstwa, prócz bowiem bezcennych przymiotów pielęgniarki i obranego w życiu zawodu praczki posiadała jeszcze rozległą wiedzę o ziołach leczniczych rosnących na polach i w rowach. Przeto w pogodne dni, gdy nie trafiało jej się żadne zyskowniejsze zajęcie, wędrowała zazwyczaj po łąkach i ścieżkach, dopóki starczało jej sił w nogach. Tego wieczoru wróciła objuczona pokrzywami i zapaliwszy świeczkę zabrała się natychmiast do rozwieszania powiązanych w pęki roślin we wszystkich wolnych kątach sutereny. Izba ta odznaczała się wzorową czystością; w jednym kącie stało ubożuchne łóżko z kraciastą zasłoną w głowach, pusta zaś bielona ściana znaczyła przestrzeń, gdzie powinno stać drugie. Podłoga z cegieł była doskonale wyszorowana, tak jednak wilgotna, że wydawało się, iż nigdy nie wyschnie po ostatnim praniu. Okno sutereny wychodziło na ulicę, alby więc mali łobuziacy nie ciskali przez nie kamieniami, chroniła je umieszczona na zewnątrz okiennica i zasłaniały osobliwe girlandy najróżniejszego rodzaju ziół, które my zwykliśmy uważać za bezwartościowe, lecz które mają ogromną moc, dobrą lub złą, i jako takie są wśród ludzi biednych w powszechnym użyciu. Izba była usłana, obwieszona i zaciemniona pękami roślin, które schnąc wydzielały woń niezbyt doprawdy miłą. W jednym rogu wisiała na ścianie szeroka półka sklecona ze starych desek, na której Alicja przechowywała drogie sercu pamiątki. Nieliczne naczynia kuchenne stały rzędem na półce nad kominkiem, obok nich lichtarz i pudełko zapałek. W małej szafce na dole mieścił się węgiel, wyżej zaś chleb i puszka z płatkami owsianymi, patelnia, imbryk na herbatę i mały cynowy rondel służący za kociołek do wody lub też naczynie do gotowania małych porcyjek wyśmienitego rosołu, który Alicja przyrządzała niekiedy dla którejś z chorych sąsiadek.

Gdy Mary zastukała do drzwi, Alicja zziębnięta i zmęczona po dalekiej drodze, zajęta była właśnie rozpalaniem ognia z na pół zielonych patyków i wilgotnego węgla.
— Proszę — powiedziała; przypomniawszy sobie wszakże, że zaryglowała drzwi na noc, pośpieszyła je otworzyć.
— To ty, Mary Barton? — zawołała, gdy blask świecy padł na twarz dziewczyny. — Jak tyś wyrosła, odkąd widywałam cię w domu brata! Wejdź, dziewczyno, wejdź.
— Matka prosi — zaczęła Mary niemal bez tchu — aby pani przyszła do nas na herbatę i przyniosła ze sobą filiżankę i spodek, bo George i Jane Wilson są u nas, i bliźnięta, i Jem. I matka prosi jeszcze, żeby się pani pospieszyła...
— Bardzo to doprawdy po sąsiedzku i bardzo zacnie ze strony twojej matki; przyjdę chętnie, stokrotne dzięki. Czekaj, Mary, czy twoja matka ma pokrzywy na herbatę? Jeśli nie, przyniosę jej wiązkę.
— Nie, zdaje się, że nie ma.
Mary pobiegła z chyżością łani spełnić to, co trzynastoletnią, żądną władzy dziewczynkę najbardziej w powierzonym jej zadaniu pociągało — wydać pieniądze. Przyznać trzeba, że dobrze i sumiennie wywiązała się ze swego zadania powróciwszy do domu z małą butelką rumu i jajkami w jednej ręce, a w drugiej z zawiniętą w papier biało-różową, smakowitą wędzoną szynką z Cumberland.

Zanim Alicja wybrała wiązkę odpowiednich ziół, zgasiła świecę, zamknęła drzwi i dowlokła się na obolałych nogach do mieszkania Johna Bartona, Mary była już w domu i smażyła szynkę. Jakże wygodne wydało się Alicji to mieszkanie po jej nędznej suterenie! Nie próbowała nawet porównywać, lubowała się jednak rozkosznym żarem bijącym od kominka, jasnym światłem, które docierało do wszystkich kątów izby, smakowitymi zapachami, miłym dla ucha bulgotaniem wody w kociołku i skwierczeniem smażonej szynki. Złożywszy staromodny dyg zamknęła za sobą drzwi i odpowiedziała z głębi serca płynącą czułością na hałaśliwe przywitanie zdumionego jej pojawieniem się brata.
Gdy wszystkie przygotowania były już ukończone, towarzystwo zasiadło do stołu. Pani Wilson na honorowym miejscu, w fotelu na biegunach, po prawej stronie kominka, karmiła jedno z bliźniąt, gdy tymczasem jej mąż siedzący naprzeciw na próżno usiłował uciszyć drugie chlebem maczanym w mleku.
Pani Barton zbyt dobre miała maniery, aby zajmować się czymkolwiek innym prócz siedzenia przy stole i nalewania herbaty, w głębi duszy jednak żałowała, że nie może przypilnować smażenia, i rzucała wiele niespokojnych spojrzeń na Mary, która rozbijała jajka i przewracała szynkę z niemałą wiarą w swe kulinarne zdolności. Jem stał oparty niezdarnie o kredens i odpowiadał dość gburowato na pytania ciotki, która, jego zdaniem, rozmawiała z nim tak, jak się rozmawia z małym chłopcem, gdy tymczasem on uważał się za młodego człowieka, i to wcale nie tak bardzo młodego, gdyż za dwa miesiące miał skończyć osiemnaście lat. Barton krążył pomiędzy kominem a stołem, dobry zaś nastrój psuło mu tylko wrażenie, że od czasu do czasu twarz jego żony oblewa rumieniec i wykrzywia skurcz jakby nagłego bólu.
Wreszcie rozpoczęła się ceremonia jedzenia. Słychać było teraz brzęk noży i widelców, filiżanek i spodków, lecz ludzie milczeli, gdyż byli głodni i nie mieli czasu na rozmowy.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 17 Lip, 2006 21:42   

No to najpierw namiastka. To jeszcze nie oswiadczyny!!!
To fragment zaraz po bardzo smutnych wydarzeniu - po smierci dwoch braci Jema Wilsona (zmarli w wyniku epidemii).

Alicja zabrała się do uprzątania pokoju, zacierając, jak tylko mogła najlepiej, wszelkie ślady choroby. Podsyciła ogień i nastawiła wodę na herbatę dla bratowej, której ciche jęki i łkanie rozlegały się od czasu do czasu w pokoju na górze.
Mary pomagała Alicji we wszystkich tych drobnych czynnościach. Pracowały tak obie, gdy nagle drzwi otworzyły się i wszedł Jem, usmolony i zabrudzony po wieczornej pracy, w wyplamionym fartuchu owiniętym wokół bioder, czyli w odzieniu, w jakim w innych okolicznościach przykro by mu było stanąć przed Mary. Teraz jednak zaledwie zauważył jej obecność; podszedł prosto do Alicji i spytał ją o zdrowie malców. W porze obiadowej czuli się odrobinę lepiej i Jem, pracując przez całe długie popołudnie i późno w noc, łudził się, że w chorobie nastąpił zwrot na lepsze. Wybiegł z warsztatu podczas półgodzinnej popołudniowej przerwy i kupił dla nich kilka pomarańczy, które wypychały mu teraz kieszenie.
Zmusił ciotkę do mówienia. Nie chciał zrozumieć ruchu jej głowy i szybko płynących po policzkach łez.
— Odeszli obaj — powiedziała.
— Nie żyją!
— Tak. Drogie biedactwa. Około drugiej poczuli się gorzej. Joe odszedł pierwszy, pokorny jak baranek, ale Will miał cięższą śmierć.
— Obaj!
— Tak, chłopcze, obaj. Pan chciał uchronić te niewiniątka od jakowejś niedoli, która je w przyszłości czekała. Inaczej nie padłby na nich wybór. Tego możesz być pewien, chłopcze.
Jem podszedł do kredensu i spokojnie wyjął z kieszeni kupione pomarańcze. Ale stał tam długo, a po chwili silnym jego ciałem wstrząsnął gwałtowny szloch. Obie kobiety patrzyły nań z lękiem, jak zwykle kobiety, gdy patrzą na zmożonego boleścią mężczyznę. Wreszcie zawtórowały mu płaczem.
Na widok żałości Jema serce Mary stopniało jak wosk, podeszła cicho do kąta, w którym stał odwrócony od nich plecami, i położywszy delikatnie dłoń na jego ramieniu powiedziała:
— Och, Jem, nie rozpaczaj tak strasznie! Nie mogę na to patrzeć.
Jem poczuł w sercu osobliwą radość; zrozumiał, jak wielką władzę pocieszenia go posiada Mary. Nie odzywał się, jak gdyby w obawie, że gestem lub słowem zniweczy szczęśliwość tej chwili, gdy dotyk jej delikatnej dłoni przenikał dreszczem jego ciało, a srebrzysty głosik szeptał mu do ucha tkliwe słowa. Tak! Jem dopuszczał się być może niegodziwości; gotów był siebie za to znienawidzić, bo choć otaczały go śmierć i cierpienie, czuł w sercu radość, czuł błogość z powodu słów Mary.
— Nie płacz, Jem, nie płacz — wyszeptała znowu, przypuszczając, że jego milczenie jest tylko nowym objawem żałości.
Nie mógł się powstrzymać. Zamknął jej dłoń w mocnym, choć drżącym uścisku i odezwał się głosem, który natychmiast wywołał zmianę w jej usposobieniu.
— Mary, nabieram do siebie wstrętu, lecz czuję, że za żadne skarby świata nie wyrzekłbym się tej chwili, choć moi mali bracia nie żyją, a ojciec i matka tak bardzo cierpią. A ty, Mary — (gdy próbowała uwolnić rękę) — wiesz dobrze, co czyni mnie szczęśliwym.
Wiedziała — Jem miał rację. Lecz gdy obrócił się, by spojrzeć w jej słodką twarzyczkę, ujrzał na niej wyraz niekłamanego frasunku, nieomal gniewu. Był to lęk przed Jemem, który on wziął za odrazę.
Uwolnił jej dłoń z uścisku, ona zaś spiesznie wróciła do boku Alicji.
„Co za głupiec — nie, co za niegodziwiec ze mnie, żem wybrał tę żałobną porę, aby mówić jej o miłości. Nic dziwnego, że odwróciła się ze wstrętem od takiego sobka i brutala."
Chcąc więc uwolnić ją od swej obecności, a także kierując się prawdziwą potrzebą serca oraz pokutnym pragnieniem uczestniczenia w boleści rodziców, udał się na górę do zmarłych.
Mary mechanicznie pomagała starej Alicji we wszystkich czynnościach, jakie ta wykonywała przez całą tę długą noc, lecz nie zobaczyła już Jema. Pozostał w pokoju na górze, dopóki wczesny świt nie przypomniał Mary, iż może bez obawy pójść do domu i przed rozpoczęciem pracowitego dnia wzmocnić się krótkim snem. Poprosiła tedy Alicję, aby przekazała serdeczne pozdrowienia George'owi i Jane. Wahała się chwilę, czy wolno jej również dla Jema pozostawić kilka serdecznych słów, zdecydowała jednak, iż bezpieczniej będzie tego nie czynić.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Pon 17 Lip, 2006 23:05, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Gitka 



Dołączyła: 25 Maj 2006
Posty: 2305
Wysłany: Pon 17 Lip, 2006 21:52   

Opisy działają na wyobrażnię...
Oświadczyny mogą poczekać, przyjemności należy dozować :wink:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 22:58   

Postanowilam wkleic jeszcze dosc dynamiczna scene pozaru fabryki
cz.1

Zachodnie skrzydło fabryki, ku któremu wiatr pędził szalejące płomienie, było przykryte jak gdyby kopułą i ozdobione wieżyczkami triumfującego ognia. Wysuwał on z każdego otworu okiennego piekielne języki, które z miłosną niemal pasją lizały czarne ściany. Płomienie chwiały się lub ustępowały przed potężnym wichrem poto tylko, aby ukazać się wyżej i jeszcze wyżej, aby niszczyć i huczeć z większą jeszcze furią. Ta część dachu zapadła się z ogłuszającym trzaskem, tymczasem zaś tłum parł coraz natarczywiej na Dunham Street — czymże bowiem były wspaniałe i straszliwe płomienie, czymże były walące się krokwie i chwiejące się ściany w porównaniu z życiem ludzkim?
Tam gdzie pustoszące płomienie odepchnięte zostały przez potęż-niejsze jeszcze podmuchy wiatru, lecz gdzie mimo to kłęby czarnego dymu buchały z każdego otworu, tam przy jednym z okien lub raczej drzwi na czwartym piętrze, gdzie umocowany był żuraw do podnoszenia towarów, tam chwilami, gdy na moment rozwiewały się gęste kłęby dymu, dojrzeć było można postacie dwóch mężczyzn błagalnie wyciągających ręce. Z niewiadomych bliżej przyczyn robotnicy ci pozostali w fabryce po odejściu całej załogi, a ponieważ wiatr przeniósł ogień na drugą stronę budynku, nie zauważyli ani nie usłyszeli nic niepokojącego. Zrozumieli niebezpieczeństwo dopiero w długi czas potem — jeżeli w ogóle można rzec, że cokolwiek trwało długo w tym paśmie okropności, które wydarzyły się w nie-spełna pół godziny — kiedy ogień zniszczył stare drewniane schody w odległym krańcu budynku. Nie jestem pewna, czy ci dwaj ludzie nie uświadomili sobie po raz pierwszy grozy położenia dopiero wówczas, gdy usłyszeli wrzawę zbierającego się na dole tłumu.
— Dlaczego nie ma pomp strażackich? — zwróciła się Margaret do swego sąsiada.
— Nadjadą pewnie niedługo; ale co sobie panna wyobrażasz, przecież to najwyżej dziesięć minut, jakeśmy zauważyli pożar. A przy tym wietrze i suszy stara buda pali się jak hubka.
— Czy nikt nie poszedł po drabinę? — wyjąkała z trudem Mary, patrząc na uwięzionych w płonącym budynku mężczyzn, którzy wyraźnie, choć niedosłyszalnie, błagali zebrany na dole tłum o ratunek.
— A jakże, syn Wilsona i jeszcze jakiś drugi pobiegli co sił w nogach. Pewno będzie z pięć minut temu. Ale mularze, kamie-niarze i w ogóle inni robotnicy po skończeniu pracy pozamykali składy.
A więc mężczyzna, którego postać majaczyła na tle wciąż wzmagającej się, posępnej, gorejącej łuny światła, ilekroć wichura rozpraszała zasłonę dymu, nazywał się Wilson. „Czy to George Wilson?" — pomyślała Mary słabnąc z przerażenia. Wiedziała, że Ge-orge pracuje u Carsonów. W pierwszej jednak chwili nie przypuszczała nawet, że jakiekolwiek życie ludzkie jest w niebezpieczeństwie. Skoro sobie to uświadomiła, a dodamy do tego jeszcze żar w powietrzu, ryk ognia, migotliwe światło i podniecenie pomrukującego tłumu, zaczęła niemal tracić zmysły.
— Och, Margaret, chodźmy do domu; nie wytrzymam tu dłużej.— Nie wydostaniemy się! Spójrz tylko, jak jesteśmy otoczone przez tłum. Biedna Mary, nie będziesz drugi raz tęskniła za pożarem. Słuchaj! Słuchaj!
Ponad głowami przycichłego tłumu, który cisnął się wokół narożnika fabryki i wypełniał Dunham Street, popłynął odgłos dudnienia toczącej się po bruku maszyny, ciężkiego, szybkiego stuku końskich
kopyt.
— Bogu dzięki! — odezwał się sąsiad Margaret. — Przyjechała pompa.
Znowu zaległa cisza; szpunty w studni zamarzły i woda nie mogła się wydostać.
Potem tłum zafalował, ci z pierwszych rzędów zaczęli napierać na tych, którzy stali za nimi, aż dziewczętom zrobiło się słabo od naporu zaciskającego się wciąż wokół nich pierścienia ludzkich ciał. Potem znów chwila odprężenia i możność zaczerpnięcia oddechu.
— To przechodził właśnie młody Wilson i jeden strażak, nieśli drabinę — odezwał się sąsiad Margaret, wysoki mężczyzna góru-jący nad tłumem.
— Och, powiedzcie nam, co widzicie — błagała Mary.
— Przystawili drabinę do ściany szynku. Jeden z mężczyzn w fabryce upadł; głowę dam, że go dym zamroczył. Ale podłoga jeszcze się tam trzyma. Boże! — zawołał sąsiad Margaret przenosząc wzrok niżej — drabina jest za krótka! Teraz już po nich, biedakach! Ogień powoli, ale ciągle przenosi się na tę stronę hali i zanim zdobędą wodę albo przyniosą drugą drabinę, tamci jak amen w pacierzu wyzioną ducha. Boże, zmiłuj się nad nimi!
W ciszy, która zawisła nad tłumem, rozległ się kobiecy szloch. Ciżba znowu została odepchnięta do tyłu. Mary uczepiła się ramienia Margaret, zacisnęła na nim kurczowo dłonie, pragnęła zemdleć, stracić przytomność, uciec przed rozpaczliwym smutkiem, jaiki od-czuwała. Minęło kilka minut.
— Wnieśli drabinę do „Świątyni Apollina". Nie mogą przedostać się z nią z powrotem na podwórze, z którego ją zabrali.
Z piersi ludzi wyrwał się potężny okrzyk, który mógłby zbudzić umarłego. Wysoko nad głowami ukazał się podrygujący na wietrze koniec drabiny wysuniętej z okna na poddaszu w szczytowej ścianie szynku, niemal naprzeciw drzwi, w których widziano przedtem obu mężczyzn. Ci, którzy stali najbliżej fabryki, a co za tym idzie, najlepiej mogli widzieć okienko na poddaszu, powiedzieli, że kilku męż-czyzn trzymało koniec drabiny i uwiesiwszy się na niej ciężarem ciał przesuwało ją do otworu w hali fabrycznej na czwartym pię-trze. Ramę okienną na poddaszu wyjęto, zanim tłum na dole zdał sobie sprawę z czynionych przygotowań.
Wreszcie — bo czas odmierzany biciem serc wlókł się nieznośnie, choć upłynęły zaledwie dwie minuty — drabina została umocowana na zawrotnej wysokości niby napowietrzny most ponad wąskim tunelem ulicy.
Znieruchomiałe, pełne niepokoju spojrzenia zawisły na owym moście; nawet oddechy zdawały się milknąć w pełnym napięcia oczekiwaniu. Postaci dwóch mężczyzn nie było teraz widać, lecz wiatr, który przez chwilę dął jeszcze silniej, przepędził nacierające płomienie na drugą stronę budynku.
Tuż nad głowami dziewczęta mogły dojrzeć teraz chwiejącą się na wietrze drabinę. Tłum ustąpił do tyłu. W oknie poddasza uka-zały się hełmy strażaików, dzierżących mocno drabinę, po chwili zaś jakiś mężczyzna, trzymając nieruchomo głowę, przeszedł szybkim, pewnym krokiem z jednego jej końca na drugi. Gdy przebywał niebezpieczny most, który uginał się pod nim przy każdym kroku, w tłumie umilkły nawet szepty; lecz gdy znalazł się już po drugiej stronie, względnie bezpieczny w budynku fabryki, z piersi ludzi wyrwał się krótki, radosny okrzyk, stłumiony jednakże niemal natychmiast na myśl o ryzyku przedsięwzięcia, a przede wszystkim obawą, aby w najmniejszym nawet stopniu nie wystawić na szwank nerwów śmiałka, który rzucił życie na tak niepewną szalę.
— O... o... znów go widać — cisnął się okrzyk na usta gapiów, kiedy ujrzeli, że mężczyzna zatrzymał się na chwilę w drzwiach, jak gdyby pragnął zaczerpnąć powietrza, zanim odważy się na powrotną drogę. Na plecach niósł bezwładne ciało.
— Jem Wilson i jego ojciec — szepnęła Margaret, lecz Mary wiedziała to już przedtem.
Tłum zamarł z przerażenia: Mężczyzna na drabinie nie mógł teraz ruchami ramion utrzymywać równowagi; wszystko zależało od wytrzymałości jego nerwów i pewności oka. Ludzie na ulicy widzie li, że dzięki nieruchomo uniesionej głowie wzrok Jema Wilsona utkwiony był w przestrzeń. Drabina uginała się pod zdwojonym ciężarem, lecz Jem nie wykonał głową ani jednego ruchu — nie śmiał spojrzeć w dół. Zdawało się, że upłynęła wieczność, zanim napowietrzny most został przebyty. Wreszcie Jem dotarł do okna; tam uwolniono go od niesionego ciężaru, po czym obaj znilknęli.
Wtedy tłum mógł pozwolić sobie na wyrażenie radości. I głośniejszy niż ryk ognia, głośniejszy niż szum potężnego wichru rozległ się gromki okrzyk podziwu dla śmiałego i tak szczęśliwie zakończonego przedsięwzięcia. Potem donośny głos spytał:
— Czy stary Wilson żyje?
— Tak! — zawołał jeden ze strażaków do umilkłego w dole tłumu. — Chlusnęliśmy mu w twarz zimną wodą i wraca szybko do siebie.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:01   

cz. 2 tej sceny

Widoczna w oknie głowa strażaka znikła i znowu słychać było skwapliwe pytania, okrzyki, gwar rozmów rozkołysanego, drepczącego w miejscu tłumu, podobny do pomruku morskich fal — lecz tylko przez moment. Po chwili znacznie krótszej niż ta, której po-trzebowałam na możliwie najkrótszy opis owej pauzy w wydarzeniach, ten sam zuch pojawił się znów na drabinie, zamierzając najwyraźniej pośpieszyć na ratunek robotnikowi, który nadal znajdował się w płonącej fabryce.
Tak jak za pierwszym razem, Jem Wilson szedł krokiem szybkim i pewnym, a ludzie zebrani na dole, uspokojeni nieco jego dotychczasowym powodzeniem, rozmawiali między sobą, dzielili się głośno uwagami o postępach, jakie pożar uczynił w drugim końcu budynku, opowiadali sobie, jak to strażacy starają się w tamtej części podwórza zdobyć wodę. Cały też czas ciasno zbita masa ludzka kołysała się chybotliwie. Nie był to już ten sam tłum sprzed kilku zaledwie minut, zastygły w milczącym oczekiwaniu. Nie wiem, czy z tej przy-czyny, czy działało tutaj wspomnienie przebytego niebezpieczeństwa lub też fakt, że dzielny ratownik spojrzał w przepaść pod stopami w owym momencie wytchnienia, zanim rozpoczął drogę powrotną z drugą ofiarą (drobnym, niskim mężczyzną) przewieszoną przez plecy, dość, że Jem Wilson stawiał kroki mniej pewnie, jego ruchy były mniej skoordynowane. Zdawało się, że bada stopą każdy szczebel drabiny, że waha się, aż w końcu przystanął w pół drogi. Tymczasem w tłumie znów zapadła cisza; w straszliwej owej chwili nikt nie odważył się dobyć głosu, czy choćby wypowiedzieć słowa otuchy. Wielu osłabło z grozy i zamknęło oczy, aby nie widzieć katastrofy, której się spodziewali. A katastrofa zdawała się być nieuchronna. Dzielny chłopak zachwiał się, najpierw ledwo dostrzegalnie, jak gdyby przenosząc tylko ciężar ciała z nogi na nogę; ale snadź tracił odwagę, a nawet przytomność umysłu. Było jednak godne podziwu, że zwierzęcy instynkt samozachowawczy nie stłumił w nim wszelkich szlachetnych uczuć i nie skłonił go do zrzucenia bezradnego, osłabłego ciała, które niósł na plecach. Ten sam, być może, instynkt podszepnął mu, że nagłe uwolnienie się od tak wielkiego ciężaru już samo przez się stanowiłoby wielkie niebezpieczeństwo.
— Ratunku! Ona zemdlała! — zawołała Margaret. Ale nikt nie zwrócił uwagi na jej okrzyk. Spojrzenia wszystkich wzniesione były ku górze. W tym to bowiem momencie jeden ze strażaków zręcznym ruchem zarzucił na głowy obu mężczyzn linę zakończoną ruchomą pętlą, która na podobieństwo lassa zacisnęła się wokół ich ciał. Prawda, że niezbyt pewna była to pomoc, lecz choć tak niepewna, przywróciła zimną krew, dodała otuchy zamierającemu sercu, uspokoiła zawrót głowy. Jem ruszył znów przed siebie. Nie naglono go do pośpiechu pociąganiem czy szarpaniem liny. Powoli i stopniowo wciągano sznur do środka, powoli i stopniowo Jem przebył owe cztery czy pięć kroków, które dzieliły go od ocalenia. Dotarł wreszcie do okna i w ten sposób wszyscy zostali uratowani. Ludzie na ulicy dosłownie tańczyli z radości, wiwatowali i wrzeszczeli, aż zdawało się, że za chwilę pękną im struny głosowe; a potem, z całą zmiennością zainteresowań charakterystyczną dla wszelkich licznych zbiegowisk, jęli się pchać i potrącać, wymyślać sobie i przeklinać, aby jak najśpieszniej wydostać się z Dunham Street i wrócić w bezpośrednią bliskość pożaru; potężny diapazon jego ryczących płomieni tworzył przerażający akompaniament dla krzyków, wrzasków i złorzeczeń prącego naprzód tłumu.
Gdy ciżba odpłynęła, Margaret została na Dunham Street, blada i uginająca się pod ciężarem ciała Mary, którą zdołała utrzymać w pozycji stojącej opasawszy mocno ramionami jej kibić, słusznie się bowiem obawiała, że niebaczny na nic tłum stratowałby omdlałą dziewczynę.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:07   

Nastepne beda oswiadczyny, teraz juz naprawde :D
I chyba to bedzie ostatni zamieszczony przeze mnie fragment.
Chcialam Wam pokazac, jaka jest ta ksiazka, o czym mowi, jakim stylem jest pisana (i jakie jest tlumaczenie).
A przeciez to polskie wydanie jest naprawde trudno dostepne.
Ja korzystam z pozyczonego egzemplarza.

Tak w ogole to naprawde mogliby wznowic u nas te ksiazke.
Mija 50. rocznica wydania tej powiesci w Polsce!
Moze jakies jubileuszowe wydanie ? ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:15   

A kto to wydał? Może napisac do nich, czy nie zastanawiają się nad wznowieniem?

Edycja: Już widzę: PIW - jescze istnieją, więc może można spróbować...
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:25   

Pod hasłem: ksiazka na 50-lecie! :D

Wtedy ta ksiazka spelniala zadania ideologiczne:
biedni robotnicy - zli fabrykanci. Ogolnie: ten okropny system kapitalistyczny.
Tak w uproszczeniu.

Hmmm, czy PIW dalby sie przekonac do wydania jej ponownie?
Jakos w to watpie, ale mozna by sprobowac.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:34   

Nie wiem, czy dadzą sie przekonać, ale nic nie tracimy, próbując, nie? Mozna by im powiedzieć ogólnie, ze jest grupa ludzi ..blah..blah, która się interesuje XIX-wieczną Anglią..blah...blah,, i czy nie mysleli o wznowieniu Gaskell. Czy cos w tym stylu...
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:38   

Wlasnie jestem na stronie PIWu.
Wydawnictwo obchodzi 60-lecie.
http://www.piw.pl/rocznica.php
Pisza o roznych seriach wydawniczych wsrod ktorych sa:
- WSPÓŁCZESNA PROZA ŚWIATOWA (no tu Elizabeth sie nie miesci)
- BIBLIOTHECA MUNDI - dzieła fundamentalne dla różnych kręgów kulturowych (no tu, to by byla przesada)
i
- OSTROGA. KSIĄŻKI NAJLEPSZE - to seria, która prezentuje tytuły, które od dawna znajdują się w kanonie klasyki literatury oraz te, które naszym zdaniem powinny w nim się znaleźć. Ostroga symbolizuje bodziec, zachętę, ale i prowokację. Podtytuł zaś wskazuje na gatunkową i historyczną różnorodność serii. - Klub Interesującej Książki: to znakomita, nieistniejąca już dziś seria prezentująca prozę łatwiejszą w odbiorze; znaleźli się tu m. in. Heimito von Doderer, Wiliam Faulkner, Romain Gary, Ernest Hemingway, Leo Perutz, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Virgina Woolf, Mika Waltari.

Ta ostatnia sie nadaje :D

Znalazlam jeszcze jedna:
- SPOJRZENIA - Nowa seria Państwowego Instytutu Wydawniczego ma prezentować twórczość mało lub wcale nie znanych w Polsce pisarek z całego świata. Wspólnym mianownikiem książek oprócz, rzecz jasna, płci autorek jest ich oryginalność, świeżość, przełamywanie schematów kulturowych, obyczajowych, stylistycznych.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Wto 18 Lip, 2006 23:41, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:40   

Tak, ja tez tak myslę. Tez ogladam ich stronkę :mrgreen:
Chyba trzeba by sie zwrócic do kierownika redakcji literackiej.
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:46   

Gosia napisał/a:

Znalazlam jeszcze jedna:
- SPOJRZENIA - Nowa seria Państwowego Instytutu Wydawniczego ma prezentować twórczość mało lub wcale nie znanych w Polsce pisarek z całego świata. Wspólnym mianownikiem książek oprócz, rzecz jasna, płci autorek jest ich oryginalność, świeżość, przełamywanie schematów kulturowych, obyczajowych, stylistycznych.


Jakos odniosłam wrażenie, że to ma dotyczyc prozy bardziej współczesnej, chociaz nigdzie tego wyraxnie nie napisali...
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:51   

Tez mi sie tak wydaje, niestety ....
Pozostaje Ostroga ...
Tylko, ze w dzisiejszych czasach ta ksiazka moze byc nieatrakcyjna tematycznie, chyba zeby namowic ich takze na N&S, wtedy łatwiej by bylo przekonac, bo film ...
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Harry_the_Cat 
poszukująca



Dołączyła: 30 Cze 2006
Posty: 11292
Wysłany: Wto 18 Lip, 2006 23:55   

Gosia napisał/a:
Tylko, ze w dzisiejszych czasach ta ksiazka moze byc nieatrakcyjna tematycznie, chyba zeby namowic ich takze na N&S, wtedy łatwiej by bylo przekonac, bo film ...


Tak, ale to maja juz przetłumaczone!! Mniej pracy, mniejsze koszty - pewnie trzeba by tylko jedną korekte robić! Nakłady książek obecnie sa niskie, bo i na duże to i tak nie ma szans.

Z N&S myslę, ze byłby większy problem. Chociaż tu się zastanawiałam, czy nie zpytać w Prószynski i S-ka, oni taka klasyke czasem przecież wydają! Chyba czytalam gdzies, że BBC wcale nie planowało N&S na DVD wydać, tylko ludzie ich zmusili!! (Tzn myslę, że to się i tak opłaciło, ale była to jednak odpowiedz na zapotrzebowanie ogólne).
_________________
Carry on my wayward son, For there'll be peace when you are done. Lay your weary head to rest, Now don't you cry no more...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.